Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Na ryby! Z Adelaide na Półwysep Eyre

Autor: Stan Guzinski 10 stycznia 2015

Reportaż napisany w styczniu 2003. Został przejrzany i linki zaktualizowane w styczniu 2015

DZIEŃ PIERWSZY

Anno Domini 2002, tuż przed Swietami Bozego Narodzenia, padl pomysl – jedziemy na ryby na półwysep Eyre, 700 kilometrow od domu. Wyjazd z Adelaide nastapil w drugi dzien Swiat, okolo 8.30. Umówieni bylismy na 8.00 i wszyscy trzej uczestnicy przybyli punktualnie, ale przed domem Mietka rozmawialismy jeszcze z jego żoną i mamą, ktora właśnie niedawno przyjechala do Australii w odwiedziny.

Dzien sloneczny, ale nie wycieńczajaco goracy. Droga po wyjezdzie z Adelaide nie byla tak pusta, jak oczekiwalismy. Wiekszosc pojazdow wypelniona sprzetem turystyczno – rekreacyjnym, wiele aut ciagnelo za soba przyczepki bagazowe, a część z nich przyczepy kempingowe. Wielkich ciezarowek napotkalismy tylko kilka. Skierowalismy sie na polnoc. Pierwszy przystanek w miasteczku Snowtown. Skąd śnieg w Poludniowej Australii? Moze nazwa pochodzi od polozonych w tej okolicy slonych jezior, z ktorych do dzis pozyskuje sie sol?

Miasteczko to zyskalo bardzo ponura, ogolno-australijska slawe, z powodu makabrycznego odkrycia dokonanego w nieczynnej filii jednego z bankow. Jakies 2 lata temu natknieto sie tam na kilka duzych plastykowych beczek, wypelnionych ludzkimi szczatkami. Potem, w ramach sledztwa odkryto jeszcze inne szczatki zakopane na terenie adelajdzkiej posesji. Obecnie (styczeń 2003) trwa wlasnie rozprawa w sprawie zwanej „Bodies in the barrels case”. Materialy zebrane w sledztwie sa tak drastyczne, ze w pewnym momencie konieczna byla wymiana kilku sedziow, ktorzy nie wytrzymali psychicznie.

W miasteczku natknelismy sie na 3 osoby – sprzedawce miejscowego supermarketu i pare turystow fotografujacych sie pod tablica „Witamy w Snowtown”. Rowniez tam przypomnialem sobie o istnieniu malych i nieustannie atakujacych twarz much (w Adelajdzie ich nie ma). Towarzyszyly nam one przez cala podroz, choc z rozna aktywnoscia. W Snowtown Mietek rozlozyl na masce swej Toyoty, specjalnie na te okazje zakupione, szczegółowe mapy i pokazal nam dokad jedziemy. Zachodni brzeg polwyspu Eyre ma bardzo urozmaicona linie brzegowa, pelna zatok, wysp, półwyspow, wysokich klifow i bialych plaz. Cieszy sie on bardzo dobra opinia wsrod wedkarzy, zeglarzy, surferow i amatorow innych rozrywek wodnych.

To jest stronka rzadu stanowego promujaca turystyke przyjazdowa do Australii Poludniowej (South Australia). Półwysep Eyre jest tam opisany pośród innych atrakcji tego stanu: www.southaustralia.com/regions/eyre-peninsula.aspx

Jadac dalej na polnoc, a potem skrecajac na zachod, minelismy trzy przemyslowe miasta:

Port Pirie

Port Augusta

Whyalla

Rozwinely sie one na bazie znalezisk mineralnych dokonanych w ich rejonie.

W Port Pirie znajduje sie jedna z najwiekszych na swiecie hut cynku i olowiu. W Port Augusta jest duza elektrownia zaopatrywana w wegiel przez stosunkowo niedalekie zloza, a Whyalla to duzy przemysl hutniczy. Byc, albo nie byc tych miast, w duzym stopniu zalezy od istnienia i kondycji tych zakladow. Na przyklad Whyalla (czytaj Uajala) jeszcze w latach 1970-tych dysponowala calkiem sporym przemyslem stoczniowym. Budowano tam duze statki oceaniczne – do 70 tys.DWT. Niestety nie potrafili sprostac azjatyckiej konkurencji. Stocznie zamknieto, specjalisci opuscili miasto w poszukiwaniu pracy, a pozostaly puste hale i nieczynne pochylnie.

Za Port Augusta skierowalismy sie na poludniowy zachod, a za Whyalla wkroczylismy na tereny, ktorych nigdy wczesniej nie widzialem – Półwysep Eyre – Eyre Peninsula.

Drogi opustoszaly, choc nadal byly dobrej jakosci. Krajobraz, z niewielkimi wyjatkami, monotonny. Plaski lub łagodnie pofaldowany, porosniety niskimi, pokreconymi drzewami i gestymi krzakami. Od czasu do czasu, wielkie polacie pokryte wyschnieta trawa i kamieniami. Mietek poinformowal nas, ze te tereny zostaly wykarczowane, gdzies na poczatku XX wieku. Caly polwysep oczyszczano ogromnym nakladem sil, ale spora czesc tej pracy poszla na marne. Odbywalo sie to przy pomocy dwoch ciagnikow, ktore jadac w pewnej odleglosci od siebie, ciagnely rozpiety pomiedzy nimi lancuch kotwiczny (taki jak na statkach sluzy do opuszczania kotwicy). Ciagniki takie widzielismy potem w mini-muzeum na wolnym powietrzu, w Cowell. Wielkie jak lokomotywy i oczywiscie parowe.

Karczowanie umożliwiło rozwoj uprawy zboz na polwyspie. W kazdej, nawet najmniejszej osadzie stoja duze silosy zbozowe, a pola ciagna sie kilometrami. Jednak terenow niezagospodarowanych tez jest sporo. Z drogi widac powyrywane i poczerniale konary, porzucone 100 lat temu na karczowiskach. Od tego czasu na ziemiach tych wyrosly tylko pojedyncze krzaki i trawa. Mietek twierdzi, ze roslinnosc zregeneruje sie nie wczesniej niz za 200-300 lat, a to za sprawa gruntu i ograniczonej dostepnosci wody.

Jadąc dalej, oprocz owiec widzielismy „strusie” emu i kangury, rowniez takie, ktore stracily zycie na drodze. Kangury staja sie aktywne przed zachodem slonca i w nocy. Wylaza wtedy ze swych dziennych kryjowek i zeruja duzymi stadami. Te ofiary na drodze pochodzily prawdopodobnie z ostatniej nocy.

Po 106 kilometrach od Whyalla droga znow zblizyla sie do brzegu morskiego i oczom naszym ukazala sie pierwsza na tym odcinku wieksza osada, miasteczko Cowell. Postanowilismy rozprostowac tam nogi. Moich wspoltowarzyszy, Mietka i Marka, interesowalo tylko i wylacznie jedno – lapanie ryb. To byl glowny cel wyprawy. Poszlismy wiec na molo, aby zobaczyc „co lapia”. Inspekcja nie nastroila moich kumpli zbyt optymistycznie, ale bylo to w okolicach poludnia, a wiec i wędkarzy na molo nie bylo wielu.

Cowell zrobilo na mnie wrazenie miasteczka nie dosc że pozbawionego zycia (tylko na molo byli jacys ludzie), to rowniez zaniedbanego i bez sladu wdzieku. Tylko morze bylo piekne, intensywnie blekitne, a czasem zielone. Takie morze do tej pory widzialem tylko w Whyalla.

Z Cowell skierowalismy sie prosto na zachod, przecinajac trojkatny polwysep Eyre, tak aby najszybciej dotrzec do jego przeciwleglego brzegu. Tym samym ominela nas okazja odwiedzenia Port Lincoln – najwiekszego miasta na polwyspie, ktore jest ciekawe z kilku powodow. Jest tam podobno najwieksze zageszczenie milionerow w calym stanie. Fortuny wyrosly na przemysle rybnym, a glownie farmach tunczykow. Tu operuje najwieksza w Australii flota statkow do polowu tunczyka – glownie na export do Japonii. Inne morskie farmy hodują malze, homary, krewetki itd. Ta galaz przemyslu (aquaculture) szybko wyrasta na jedna z wiodacych, w calym stanie Australia Poludniowa.

Port Lincoln jest polozony nad zatoka, ktora tworzy najlepszy w Poludniowej Australii port naturalny. Dzieki temu mowi sie o tym miescie, jako o bylym, powaznym kandydacie na stolice stanu – zamiast Adelaide. Port przegral, ze wzgledu na brak stalego i niezawodnego dostepu do wody slodkiej.

Kiedy jechalismy przez srodek polwyspu, nad nami zawisla wielka szara chmura, co sprawilo ze slonce nie palilo tak intensywnie i zrobilo sie dosc przyjemnie. Daleko, moze kilkadziesiat kilometrow przed nami, widac bylo krańce tej chmury i padajace z gory pionowe snopy promieni slonecznych.

Tymczasem Mietek i Marek naradzali sie i snuli plany na najblizsze dni, wlacznie z najblizszym wieczorem. Dzielili sie doswiadczeniami i wspominali poprzednie wyprawy. Nie moglem brac w tym udzialu, gdyz nigdy wczesniej nie wedkowalem, ale mialem okazje zapoznac sie z wedkarskim zargonem (polsko-angielskim) i poobserwowac zapalonych wedkarzy, podnieconych przed akcja.

Za Lock, z szosy asfaltowej wjechalismy na droge bez twardej nawierzchni, tzw. dirt road. Wiele jest w regionalnej Australii drog tego typu. W zaleznosci od ich stanu, mozna sie nimi poruszac w miare komfortowo, a czasem nawet dosc szybko. Nawierzchnią najczesciej jest ubita glina, wyrownywana okresowo przez spychacze. O dziwo, na drogach tych nie ma kolein, ale czesto napotyka sie na drobne, regularne zaglebienia, biegnace w poprzek, czyli  „tarke”. Stan drogi i komfort jazdy najbardziej zalezy od pogody. Gdy jest mokro, droga zamienia sie w gliniasty zdradliwy szlak, a gdy sucho, to za kazdym jadacym pojazdem ciagnie sie wielka chmura pylu. Nawet na suchej drodze niebezpiecznie jest zjechac choc troche z widocznych pasow wyjezdzonych przez inne pojazdy. To tak jakby zjechac jedna para kol, z drogi asfaltowej na pobocze. Mietek tym razem jechal nad wyraz ostroznie. Pol roku wcześniej, na Kangaroo Island, ustapil lekko drogi pojazdowi nadjezdzajacemu z przeciwka, po czym zostal wyrzucony w bok, na stromy nasyp, z ktorego samochod stoczyl sie koziolkujac, spowrotem na droge, stajac na cztery kola. Mietek zdrów, auto do wymiany.

Dirt road byla zupelnie pusta. Nikt chyba nie jechal w kierunku przeciwnym, ale przed nami pedzil jakis samochod. Byl to turystyczny (albo terenowy) pojazd z napedem na cztery kola (4WD), ciagnacy za soba skladana przyczepe kempingowa. Jechal szybko, jakies 80-90 km/godz, wiec wlasciwie nam nie zawadzal, ale Mietek kilkakrotnie musial zwolnic, aby nie wpasc w chmure pylu, ktory poprzednik ciagnal za soba. Doswiadczony Mietek siedzial mu na ogonie, co chwila twierdzac, ze kierowca sporo ryzykuje jadac, z przyczepa, z tak duza predkoscia.

Okazalo sie, ze jedziemy w to samo miejsce – Salmon Sheringa Beach.

 

Supermrket w Sheringa, Australia Poludniowa - foto Stan Guzinski

Supermrket w Sheringa, Australia Poludniowa – foto Stan Guzinski

Po dlugiej jezdzie przez puste pola (wlasnie bylo po zniwach, niezbyt udanych w 2002, z powodu najwiekszej od kilkudzisieciu lat suszy jaka nawiedzila Australie) i suche pastwiska-karczowiska, znow zaczelo chwilami przebłyskiwać blekitne morze, a w pewnym oddaleniu od drogi widoczne byly wielkie, wysokie wydmy. Co ciekawe, gorowaly ona nad calym krajobrazem. Haldy plazowego piasku byly na kilkaset metrow dlugie i na kilkadziesiat metrow wysokie. Trudno bylo sobie wyobrazic, jak takie ilosci lotnego materialu mogly tworzyc zwarte i wyskie skupisko. Dlaczego wiatr nie rozwial tego piachu, pokrywajac nim rowno okolice?

Nie byly to jednak nieruchome i stabilne formy terenu. Jedna z takich wydm jezykiem wsunela sie na nasza gliniana droge. Jadacy przed nami Ryzykant zatrzymal sie przed ta przeszkoda. Wysiadl, pochodzil, ocenil szanse, wsiadl, ruszyl dalej i … zakopal sie. Stanelismy za nim w odleglosci 50 m. Kierowca wysiadl powtornie, obszedl auto dokola, lopata czesciowo odkopal kola, upuscil z opon powietrze, przestawil naped na 4 kola, ruszyl i … zakopal sie jeszcze glebiej.

Troche miedzy soba zartujac, myslelismy co mozemy w tej sytuacji zrobic, ale samochod Mietka nie byl wozem terenowym, a zaden z nas nie mial doswiadczenia w jezdzeniu po wydmach. W miedzyczasie, 30 m za nami stanela potezna Toyota – nowa, elegancka, blyszczaca, terenowa maszyna. Para jej pasazerow przez kilka minut obserwowala scene z daleka, potem przez kilka minut pogadali z nami, wykazujac sie wiedza na temat jazdy w trudnym terenie i spora pewnoscia siebie. Po chwili Pewniak juz bezposrednio udzielal rad Ryzykantowi.

Za pare minut pojawil sie nastepny ratownik. Biwakowal on tuz pod wydma, na wzniesieniu, o jakies 200-300 m od miejsca akcji. Rozbil tam oboz zlozony ze starego autobusu, zapewne przystosowanego do celow caravaningowych, i samochodu terenowego. To dosc czesto spotykany na australijskich drogach i bezdrozach obrazek. Przerobiony autobus ciagnie za soba (na przyczepce) samochod terenowy. Po dojechaniu na okreslone miejsce, autobus staje sie domem-baza, a samochod sluzy do jezdzenia po okolicy – np. po wydmach.

Podjechal do nas swoim terenowym Daihatsu, dzierzac w dloni puszke piwa w utrzymujacym chłód etui. Szybko dolaczyl do grupy na przedzie, potem bylo widac, jak jeszcze raz upuszcza powietrza z kol. Samochod Ryzykanta ruszyl i opuscil miejsce wydarzenia.

Kolej na Mietka, ktory jeszcze chwile wczesniej komponowal zarciki na temat Ryzykanta. Nasz samochod, w przeciwienstwie do wszystkich ktore sie tu zebraly, nie mial napedu na cztery kola. Doradzono Mietkowi aby sie nie przejmowal, tylko smialo walil przed siebie i nie zmieniajac predkosci przelecial przez ta 20 metrowa piaskownice na drodze.

Mietek uczynil jak mu doradzono, rozpedzil sie, wpadl na piach, po czym stanelismy. Ratownicy (Pewniak z Zona oraz Ratownik z Wydm) bez dezaprobaty, czy niecierpliwosci, ale z pewna wyzszoscia, przypomnieli Mietkowi, ze mial sie rozpedzic, ale przeciez nie mial zmieniac biegu!!!

Nie bede opisywal w szczegolach tego wydarzenia, ktore w sumie zajelo jakies 2 godziny czasu. Powiem tylko, ze Mietek przejechal za czwartym razem. Po raz pierwszy sciagniety do tylu przez mocarna Toyote Pewniaka, potem znow sciagany w ten sam sposob, ale nieskutecznie, gdyz uszkodzono line holownicza. Nastepnie Toyota przejechala poboczem, po piachu, krzakach i wysokich wybojach, objezdzajac samochod Mietka, aby go sciagnac do przodu, ale po niewczasie okazalo sie, ze Mietek zdemontowal swoj hak holowniczy z przodu pojazdu, nie bylo go wiec za co ciagnac. Potem Ratownik z Wydmy sciagnal Mietka do tylu, a gdy Mietek po raz kolejny zanurzyl sie po osie w piachu, Ratownik powiedzial, ze jesli sie wie jak to robic, to mozna normalnie po wydmach jezdzic i wiele sie nie zastanawiajac, wskoczyl do swojego Daihatsu i objechal Mietkowy wehikul od strony stromej wydmy, po prostu na nia wjezdzajac. Prawie mu ten popis wyszedl, ale gdy juz zjechal na droge, gwaltownie zakrecil i … zakopal sie. Poniewaz po wydmach jezdzi sie na ledwie napompowanych kolach, to podczas tego wyczynu, jedna z opon prawie mu z kola zleciala i utracil w niej reszte powietrza. Nic sobie z tego nie robiac, wyciagnal elektryczna pompke, dopompowal kolo i wyjechal na twardy grunt.

Za czwartm razem Mietek przejechal. Stalo sie to dopiero wtedy, gdy zrobil wszystko jak nalezy, czyli wjechal na piach na plaskich oponach, przy duzej, ale stabilnej predkosci i na pierwszym biegu.

Za ta straszna przeszkoda czekalo nas jeszcze okolo minuty jazdy do miejsca, w ktorym zaplanowany byl pierwszy biwak. Tego dnia przejechalismy dokladnie 700 km. Ryzykant juz tam byl, ale nikogo wiecej. Gdy rozbijalismy namiot, dojechal jeszcze jeden samochod, a z niego wyskoczylo pieciu krzykliwych facetow z wedkami w dloniach. Wypili po szybkim piwie i polecieli przez wydmy w kierunku morza. My w pare minut za nimi.

Salmon Sheringa Beach, Australia Poludniowa - foto Stan Guzinski

Salmon Sheringa Beach, Australia Poludniowa – foto Stan Guzinski

Zapadal juz zmrok. Widzielismy jak Grupa Pieciu zlapala jedna duza rybe, a potem wrocilismy do namiotu na kolacje i na spoczynek. Bylo chlodno, ale nie zimno. Pod podloga namiotu mozna bylo noga wyczuc male rzepy o bardzo ostrych i twardych kolcach. Nie dmuchajac materacow, aby ich rzepy nie poprzebijaly, zasnelismy w spiworach na twardej ziemi.

DZIEŃ DRUGI

Niebo zasnute chmurami, ale rzesko i przyjemnie. Szybkie sniadanie i z wedkami na plaze. Pomimo wczesnej godziny byla tam juz rodzinka z dwojka dzieci i psem. Po kilkunastu minutach pojawila sie wczorajsza Grupa Pieciu (nocowali gdzies poza naszym „polem biwakowym”), a po jakims czasie Ryzykant. W pol godziny pozniej zauwazylem zgrabne sylwetki w kolorowych i dopasowanych piankach do surfingu, ale z wedkami. Ledwie ich rozpoznalem – byl to Pewniak, wraz z malzonka. Poza nami na wielkiej plazy nie bylo nikogo.

Pierwsza rybe wyciagnela, z wielkim wrzaskiem, Rodzina. Ryba byla duza i ksztaltna. Po prostu szlachetnego ksztaltu ryba, a nie jakies morskie dziwadlo. W chwile pozniej zauwazylem naprezonego Mietka. Wyciagnal taka sama – na oko jakies 60 cm, 5-6 kg wagi.

Po wyciagnieciu rybie haczyka i pamiatkowym zdjeciu, ucalowal ja w okolicach pletwy grzbietowej i … wrzucil spowrotem do morza. Byl to dla mnie gest niespodziewany i niezrozumialy. Przyjechalismy przeciez na ryby i po ryby. Wytlumaczono mi, ze po pierwsze jest troche za wczesnie, aby robic zapasy do domu, a po drugie ta ryba to salmon, czyli losoś, a losoś australijski, w przeciwienstwie do lososia atlantyckiego (z czerwonym miesem), jest suchy i przez to niedobry. Taki sam niedobry jest tunczyk, przynajmniej w wersji smazonej, bo tez ma suche mieso. Tyle dowiedzialem sie o wartosci australijskich ryb; nie rozumiem tylko na czym wiec wyrosly fortuny w Port Lincoln.

Wedkowanie polegalo wiec na samej przyjemnosci zakladania przynety, wabienia ryby, kilkuminutowej walki z nia, wyciagania jej na piach, i ewentualnie na fachowej dyskusji o danej sztuce z innymi wedkarzami. Calowania okolicy gornej pletwy bylo juz mniej, tym bardziej, ze ryba tego ranka dopisala. W ciagu godziny Mietek wyciagnal 5 okazow, a Marek 3, ale wsrod nich jednego kolosa – dobre 75 cm. Wszystkie poszly spowrotem do morza.

Pewniak z zona robli to samo. Jedynie Ryzykant i Rodzina zachowywali swoje zdobycze. Nie wiem jak Rodzina, ale Ryzykant wygladal mi na starego wyge. Jestem pewien, ze wiedzial jak sie przyrzadza australijskie lososie. Widzialem go pozniej na polu biwakowym, przyniosl chyba 4 sztuki i spokojnie zajal sie ich oprawianiem.

Po tej porannej przygrywce zwinelismy namiot, starannie pozbywajac sie rzepow, i … pojechalismy na ryby. Bylo okolo 9.00 rano. Jeszcze przed odjazdem, w odleglosci 400-500 m, widzielismy wysoko na wielkiej haldzie piachu beztroskiego Ratownika z Wydmy, pedzacego swoim Daihatsu. Czyzby znow zauwazyl kogos potrzebujacego pomocy? A moze po prostu cwiczyl.

W drodze powrotnej pokonalismy zdradliwa piaskownice bardzo gladko. Mietek okazal sie zdolnym uczniem. Skierowalismy sie na polnoc, do Elliston, szukac miejsca gdzie mozna zlapac cos porządnego. Na miejscu znalezlismy pole campingowe, na tyle przyjemne, ze postanowilismy zostac na nim do konca, robiac wypady w rozne strony wzdluz wybrzeza. Cena za jeden namiot wynosila 18 A$ na dobe, ale wypatrzylismy miejsce ze wszystkich stron ocienione, ktore bylo jednak przeznaczone dla przyczep kempingowych (z podlaczeniem wody i pradu), za 25 A$. Postanowilismy rozbic sie w cieniu i wykupilismy to miejsce na 2 doby.

Po drugiej stronie asfaltowej drogi jest budka telefoniczna (to wazne, bo komorki juz dawno przestaly dzialac) i zejscie do morza i molo – dlugiego na jakies 300 m. Dotarlismy tam okolo 11.00. Po porannym zachmurzeniu nie zostalo sladu. Pelne slonce i silny chlodny wiatr od morza. Po chwili zalozylismy kurtki i dlugie spodnie – oprocz Marka, ktory dzieki temu sprytnemu zabiegowi przez nastepne dni mogl szczycic sie swymi czerwonymi jak rak nogami.

Mietek z Markiem rozpoczeli rytualne dobieranie haczykow, przynet, kolowrotkow, ciezarkow, splawikow i, co najwazniejsze, wyboru miejsca na molo. Tloku nie bylo, gdyz na dlugim pomoście przebywalo tylko kilka grupek wedkarzy. Po jakims czasie w naszym wiadrze pojawily sie: whiting (okolo 35-40 cm, wysmukly), leather-jacket (plaski i wysoki – ksztaltu fladry, nieduzy, w kremowo-brazowe pionowe pasy na ciele) i jeszcze 2-3 male sztuki.

Moi przyjaciele operowali nazwami angielskimi, wiec nie wiem jak te okazy nazwac po polsku. Np. moj stary slownik mowi, ze:

– whiting to witlinek, a whiting-pout to ryba watluszowata

– leather jacket – to „nazwa rozmaitych gatunkow ryb”

Wedlug przewodnikow turystycznych, okolice te obfituja w bardzo smaczne ryby zwane: snapper, garfish, leather jacket, King George whiting, tuna, salmon, trevally, mulloway, a rowniez stwory, ktore rybami nie sa – prawns (krewetki), squid (kalamarnice), lobster (homary), oyster(ostrygi) i inne.

Do godziny 17.00, do wiadra dolozono jeszcze 4 squidy – dziwne stwory z mackami, wielkimi oczami i puszczajacymi, w obronie wlasnej, chmury czarnego atramentu. Cale drewniane molo pelne bylo czarnych atramentowych kleksow, niektore z nich byly swieze, a inne juz mniej wyrazne. To slady po squidach, ktore wyciagniete z wody, jeszcze probowaly przestraszyc dzielnych rybakow.

Mozna bylo powiedziec, ze moi towarzysze, rozbudziwszy rano swe wedkarskie apetyty, teraz zaczeli cierpiec na spory niedosyt. Mieli troche zajecia z nakladaniem przynet, ktore spuszczone do wody podlegaly konsumpcji ze strony krabow, ale wyciagania zdobyczy bylo raczej niewiele. Dyskutowano przyczyny, rowniez z innymi wedkarzami na molo – za duzo wiatru, niewlasciwy jego kierunek, nie ta pora dnia, za malo chmur dla jednej ryby, za duzo dla drugiej itd. Ze wzgledu na zerowe doswiadczenie, i niewiele wieksze zainteresowanie wedkarstwem, nie moglem w tym uczestniczyc. Troche pokibicowalem, a potem spokojnie podziwialem blekitne i szmaragdowe morze, niesamowicie przezroczysta wode, daleka biala plaze i spore jaskinie w niskim klifowym brzegu. Rozlozylem sobie na molo wygodne krzeselko i zaczalem pisac niniejsza korespondencje.

Potem zbadalem jaskinie z bliska. Powstaly one przez wyplukanie przez morze mniej trwalych faz z twardszej skaly. Morze podmywalo w ten sposob niski klif, a gdy taka jaskinia stawala sie zbyt szeroka lub gleboka, to jej strop zawalal sie na kamienne rumowisko powstale podczas poprzedniego zawalu. Po jakims czasie – w dziesiatki, albo setki lat pozniej – sytuacja powtarzala sie.

Przy okazji badania tych jaskin, samodzielnie odkrylem tajemnice polwyspu Eyre, a moze rowniez calego poludniowego wybrzeza Australii. Na klifie, choc niewysokim, widac bylo wyraznie, w przekroju warstwy gruntu. Wlasciwie od samej gory byly to skaly i kamienie, mniej lub bardziej zwarte i dosc roznorodne, ale wszystko to bylo twarde. Warstwa gleby na samej gorze miala kilka – kilkanascie centymetrow grubosci. W polaczeniu z brakiem slodkich jezior i rzek, musi to byc przyczyna wystepowania karlowatej roslinnosci (niskich powykrecanych drzew) na prawie calym tym obszarze (piszac to przypomnialem sobie, ze na polu campingowym w Elliston drzewa byly dorodne i „normalne”, zaplacilismy przeciez dadatkowo, aby moc z ich cienia korzystac).

Pod wieczor, przy namiocie, byla skromna biwakowa kolacyjka, ale z winem, a nastepnie niepoprawni optymisci znow polecieli na molo. Wrocili juz o zmroku – z pustym wiaderkiem. Dopiero butelka mocniejszego trunku ozywila nastroje. Przy gazowej lampie doglebnie przedyskutowano problemy polityki swiatowej, bledy popelnione przez rzad australijski na przestrzeni dziejow i w ostatnich dniach, rysowano scenariusze zapewniajace Australii i swiatu powszechna szczesliwosc … normalne Polakow narzekania, tyle ze pod adresem czynnikow lokalnych. Natomiast z wedkarskiego punktu widzenia, nastepny dzien zapowiadal sie bardzo optymistycznie.

DZIEŃ TRZECI

Rano pobudka, biwakowe sniadanie i szybka runda po Elliston, po benzyne i papierosy dla Marka. Benzyna byla, ale z papierosami gorzej, sklepik spozywczy wciaz jeszcze zamkniety. Z mapy wnikalo, ze papierosy powinny byc dostepne w Port Kenny, kolejnej przybrzeznej osadzie na drodze w gore polwyspu – odleglosc 64 km. Ruszylismy z kopyta, gdyz Marek wygladal na coraz bardziej cierpiacego. Plany na dzisiaj i tak zakladaly podroz w tym kierunku. Wczoraj doradzono nam Venus Bay jako niezawodne miejsce, nieco w bok od Port Kenny. Wersja awaryjna zakladala jazde do Streaky Bay, jeszcze 70 km w gore polwyspu.

Bylo lekko pochmurnie i przyjemnie. Port Kenny okazal sie niewielkim zgrupowaniem niezbyt wyszukanych budynkow, polozonych na wysuszonym, kamienistym terenie. Co ludzi tutaj trzyma? Papierosy byly w sprzedazy, ale krotkie molo i kompletna pustka nie zachecily nas do pozostania w tym miejscu. Jedziemy do Venus Bay – tam jest mnostwo ryb!

Venus Bay, w porownaniu do Port Kenny, sprawialo wrazenie tetniacej zyciem metropolii. Posrod letnich domkow (nieladnych i wygladajacych bardzo „tymczasowo”), uwijalo sie sporo ludzi – wczasowiczow. W ogrodkach przed pubami siedzieli amatorzy porannego piwa. Nie prezentowalo sie to jednak jak kurorty typu Sopot, Miedzyzdroje, czy chocby Apollo Bay w Victorii. Byl to raczej duzy osrodek duzych „domkow kempingowych”, z kilkoma asfaltowymi ulicami, polozony na bardzo surowym, niemalze nie porosnietym roslinnoscia brzegu pieknej zatoki. Charakter tej miejscowosci najbardziej przypominal mi pustynna osade Andamooka – polozona w odleglosci okolo 450 km (w linii prostej) na polnocny wschod od Venus Bay, budowanej „jak leci” przez nie dbajacych o eststyke, ani o wygody, poszukiwaczy opali.

Na malej, specjalnie wyznaczonej plazy manewrowaly dziesiatki samochodow terenowych, kazdy z przyczepka i lodzia. Plaza sluzyla jako miejsce wodowania dla lodzi roznego rodzaju. Wiele aut i lodzi badzo eleganckich (w odroznieniu od domkow). W kilka minut pozniej rozlegl sie warkot silnikow. Lodzie pedzily we wszystkich kierunkach, po spokojnej zatoczce, ciagnac za soba narciarzy wodnych, albo robiac zawijasy dla fasonu.

Stare drewniane molo, na poteznych drewnianych palach, ktorych grubosc w pewnych miejscach byla juz do polowy zredukowana, bylo jednak na tyle mocne, ze cumowaly przy nim dwa nowoczesne i niemale statki do polowu krewetek. Molo mialo ksztalt polksiezyca i zardzewiale szyny kolejowe, co nadawalo mu szczegolnego wygladu – powiedzialbym uroku. Tloczno nie bylo, zaledwie kilka grupek, w tym wiele dzieci. Pomiedzy wygietym molo, a brzegiem pletwonurkowie, korzystajacy z krysztalowo czystej wody. Wylawiali duze muszle, srednicy 15 cm, doskonale nadajace sie na popielniczki.

Mietek i Marek ustalili taktyke, zalozyli przynete na wedki. Dodatkowo, zanętę w postaci jakichs ziaren oraz krojonej ryby, zrzucili z molo w rejon swego wedkowania. Ryb widac bylo duzo, choć niewielkich rozmiarow. Optymizm siegnal zenitu, bylo okolo godziny 10.00. W ciagu pol godziny zmienil sie kierunek wiatru i zaczelo dąć od ladu (moze z Andamooka?). Zrobilo sie niesamowicie goraco i nieprzyjemnie. Powietrze suche, wiatr nie dajacy orzezwienia, jak z wielkiego pieca. Kraby chetnie obgryzaly przynete, ale ryba nie brala. Jeszcze kilka rzutow i decyzja: zmieniamy miejsce.

Po chwili bylismy na krancu osady Venus Bay. Kilkaset metrow od molo, dosc stromo pod gore. Po wyjsciu z samochodu okazalo sie, ze jestesmy na szczycie wysokiego klifu. Roztaczal sie stamtad widok na morze, zatoke i okoliczne wysokie klify. Morze i skaly. To nie byl krajobraz z bajki, raczej z „Mad Maxa”. Lowic sie stamtad oczywiscie nie dalo. Jadac spowrotem, w kierunku Elliston, jeszcze dwa razy zjezdzalismy z szosy w kierunku brzegu. Za kazdym razem do morza wiodla kreta, polna droga, posrod siegajacej najwyzej do pasa roslinnosci, ktora przybrala ciemno-szaro-brazowy kolor. Czasami kilkanascie metrow jazdy po litej powierzchni skalnej. Nad nami pelne slonce. Po zatrzymaniu samochodu i otworzeniu drzwi, do klimatyzowanego wnetrza natychmiast wdzieral sie goracy wiatr i muchy. Muchy w poszukiwaniu wilgoci atakuja oczy, usta, nos. Mietek, ktory sporo czasu spedzil pracujac w podobnym terenie, doradzil aby te muchy ignorowac. Rzeczywiscie, kiedy przyjalem je jako czesc skladowa calego serwisu, to i one jakby mniej rozpraszaly moja uwage, … no może oprocz tych, ktore wlazly do nosa.

Za drugim razem dojechalismy do szerokiej, dlugiej i pustej plazy. Oprocz nas byly tam jeszcze zalogi dwoch samochodow. Surferzy i wedkarze. Mietek i Marek zarzucili z tej plazy wedki. Aby sie czyms zajac poszedlem wzdluz brzegu. Goraczka, padajace pionowo z gory promienie sloneczne i muchy nie pozwalaly na to, aby sie gdzies schronic, albo robic cokolwiek innego – np. aby gdzies spokojnie przysiasc. Wokół zero cienia.

Kilkaset metrow dalej bylem w innym swiecie. Piaszczysta biala plaza, zamienila sie w lite skaliste podloze, ktore pod klifem przechodzilo w kamienne rumowisko. Odleglosc pomiedzy linia wody o klifem wciaz wynosila kilkadziesiat metrow, tyle, ze obecnie trzeba bylo skakac po wygladzonej skale i omijac oczka morskiej wody, ktore na czas odplywu zostaly odciete od morza. Skala ta miala duze polacie koloru szarego, i inne, koloru jasnofioletowego. Po ksztalcie mozna sie bylo zorientowac, ze te skaly byly kiedys w stanie plynnym. Klif wygladal tak, jakby w kazdej chwili mialy z niego spasc spore fragmenty. Znow bardzo wyraznie widoczne byly wszystkie warstwy gruntu, wraz z ta cienka na samej gorze, ktora musiala wystarczyc tutejszym roslinom.

Bedac juz spowrotem w domu wyczytalem ze: „Pod calym trojkatnym Polwyspem Eyre, oraz pod wielka rownina Nullarbor (region Australii, polozony na zachod od Polwyspu Eyre, na terenie stanow Australia Poludniowa i Australia Zachodnia, ), lezy ogromna plyta z wapnia. Na poludniu konczy sie ona ostra krawedzia klifu, spadajacego do Oceanu Poludniowego. Wapien, ktory jest z natury porowaty, nie sprzyja utrzymywaniu sie skupisk wody na powierzchni, co sprawia, ze za wyjatkiem zyznego Pasa Zbozowego w polnocnej czesci Polwyspu Eyre, caly ten wielki obszar ziemi jest jalowy.”

Gdy wrocilem z Ksiezyca na plaze, nikogo juz na niej nie bylo. Mietek niecierpliwie dawal znaki klaksonem z odleglego parkingu. Niczego nie zlowili. Wrocilismy na pole namiotowe. Tam przynajmniej bylo troche cienia, za ktory przezornie zalacilismy. Pod wieczor wiatr z polnocy zelzal, zrobilo sie znosnie, a potem przyjemnie. Muchy staly sie mniej aktywne. Po malych zakupach, wczorajsze ryby i squidy zostaly usmazone na gazowym barbeque. Mielismy wspaniala kolacje. Bylo juz wiadomo, ze z wyprawy powrocimy bez ryb. Mietek skądś niedbale wyciagnal zimnego Smirnoff’a i duza butelke Coca-Coli. Po rybno-squidowej kolacji i prysznicu, w swietle gazowej lampy, kontynuowalismy rozmowy o wedkarstwie i polityce.

DZIEŃ CZWARTY

Wstalismy okolo 7.00. Sniadanie, zwijanie namiotu i w droge. Najprostsza droga do domu: Eliston > Kyancutta > Kimba > Iron Knob > Port Augusta > Adelaide. Droga krotsza o jakies 50 km i najbardziej polnocna z mozliwych. Piekne nazwy Kyancutta i Kimba – to przydrozne osady z pubem, silosami zbozowymi i garscia innych budynkow. Pomiedzy nimi, tylko bezkresne pola (Pas Zbożowy) i droga laczaca Perth, stolice Australii Zachodniej, z reszta Australii.

Iron Knob – cos niespotykanego. Juz z daleka widac nienaturalne ksztalty wysokich wzgorz w okolicach tej gorniczej osady, jakby byly powycinane. Te wzgorza (a moze tylko jedno z nich) to kopalnie rudy zelaza. Miedzy innymi dzieki Iron Knob powstaly wielkie huty w niedalekiej Whyalla. Nie znam sie na tym, ale wygladalo to tak, jakby pozyskiwano rude metoda odkrywkowa, po prostu demontujac gore od wierzcholka i wywozac pozyskany material do huty. Gora w kolorze ciemno brazowym, a miasteczko w rudawym.

Iron Knob, jak skansen, Australia Poludniowa - foto Stan Guzinski

Iron Knob, jak skansen, Australia Poludniowa – foto Stan Guzinski

Iron Knob wyglada jak skansen, albo dekoracja do filmu o Australii lat 1920-tych. Domy z blachy falistej, takież ploty. Wszystko to, nie wiadomo dlaczego, bardzo male, tak jakby dom nie sluzyl do mieszkania, a tylko jako chwilowy dach nad glowa, albo nocleg. Niektore pomalowane na kremowo, seledynowo lub blekitno. Czesc domostw wygladala na opuszczona, na wielu podworkach po kilka-kilkanascie wrakow samochodow. Na ulicach ani jednej osoby. Przy zjezdzie z glownej szosy do osady, motel z kilkoma pokojami. Jedyny chyba obiekt wykazujacy oznaki zycia. W Iron Knob mieszkali kiedys gornicy, mysle, ze teraz poprzenosili sie do Whyalla lub Port Augusta. Ktos tam wciaz jednak mieszka, ale kto … i po co? Zloza tez sa (jak czytalem) coraz mniej oplacalne. Ten kawalek Australii rowniez odchodzi do historii.

50 km dalej znow zjechalismy z drogi. Zwabily nas widoczne z szosy zabudowania opuszczonej farmy. Byly tam ruiny: budynku mieszkalnego, kuzni, postrzygalni owiec i zagrody dla owiec. Wygrzebalem z piachu na pamiatke kilka ciekawych przedmiotow – podkowe, matalowe fragmenty uprzezy konskiej, przerdzewiala lampe naftowa, kolo zebate, kolpak od kola samochodu – stary. Wrazenia i refleksje bardzo podobne do tych jakie mielismy w Iron Knob. W zdemolowanej postrzygalni stal duzy historyczny silnik diesla. Mietek postanowil, ze go kiedys uruchomi.

O 16.20 bylismy juz w domu. Mama i zona Mietka juz czekaly z nozami i patelniami. Myslaly, ze zartujemy, mowiac ze przyjechalismy bez ryby.

KONIEC

PRZECZYTAJ TEŻ jak Półwysep Eyre wyglada 12 lat później: Joanna Stachowiak Z Adelajdy na półwysep Eyre – miasto milionerów i okolice

Komentarze

Autor

Stan Guzinski

Stan GuzinskiStan pisze o Australii od 2001 roku, początkowo na stronce Australia - Życie Biznes Emigracja, a obecnie w portalu AustraLink.pl - Przegląd Australijski, którego jest założycielem i współprowadzącym. Absolwent Politechniki Gdańskiej, związany z gospodarką morską. Ciekawość świata sprawiła, że od roku 1996 mieszka w Krainie Oz. Obecnie pracuje jako oficjalny Reprezentant australijskich szkół angielskiego, college'ów zawodowych i wyższych uczelni. Pomaga w wyborze kursów i studiów, oraz w całej procedurze zapisu do australijskich szkół i uczelni i w organizacji wyjazdu do Australii. Zobacz: www.EduAu.pl Zajrzyj na fejsbuka Stana Więcej artykułów tego autora