Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Jubileusz

Autor: Krzysztof Deja 11 listopada 2003

No i stuknęło nam 20 lat. Nie,… jesteśmy dużo starsi – 20 lat życia w Australii.

Okrągły jubileusz. Z tej okazji wybraliśmy się z namiotem, w to samo miejsce, gdzie 20 lat temu, spędzaliśmy nasz pierwszy long weekend. …

Było to dla nas absolutną nowością, bo wtedy ciągle imponowały nam n i e k t ó r e wolne soboty w Polsce, a tu jeszcze ekstra dzień wolny. „Nasz” dziki, wysoki brzeg nad oceanem, zastaliśmy zagospodarowany przez okazałą rezydencję, ogrodzoną dookoła. W ogóle, w poliżu wolnego miejsca na biwak, znaleźć nie mogliśmy. Po paru kilometrach kluczenia, ujrzeliśmy niewielki motel, gdzie postanowiliśmy się zatrzymać.

Po rozpłaszczeniu się, poszliśmy w kierunku pustej plaży. Pieczołowicie oczyściliśmy okolicę z chrustu i badyli, układając stertę gotową na rozpalenie ogniska.

Usiedliśmy jak 20 lat temu i zaczęliśmy wspominać.

Zen zaczął żartobliwie przypominać sobie, jak to z Maggi wybrali się po raz pierwszy na plażę. Będąc trzy ulice od zatoki, zaczepiali przechodniów pytając: Gdzie jest b i g w a t e r ? – szeroko przy tym gestykulując, wyobrażali potęgę oceanu. Zagadnięci ludzie patrzyli na nich niepewnie, wypatrując wokoło ukrytej kamery. A oni naprawdę nie znali drogi, ani angielskiego odpowiednika słowa: plaża.

Maggi na pierwsze wspomnienie wybrała pamiętną noc ze łzami, kiedy to przytaszczone przez Zenka łóżko typu – family bed, w czasie pierwszej nocy, rozpadło się. Broń Boże, nie z powodu jakichkolwiek igraszek – zapewniała. Płakała wtedy rzewnymi łzami ubolewając, że w kraju, to przynajmniej porządne łóżko miała. Teraz, opowiada to jako dobry żart.

Ja wspominałem swoje fascynacje uliczkami miast i miasteczek tego kraju. Tu wystarczało wysypać trochę piachu na asfalt i inscenizacja do uwielbianych przeze mnie, westernów – gotowa. Było i jest tu sporo staroci, które innych od tego kraju odrzucały, mnie to urzekało. I ten luz. Take it easy – to były pierwsze słowa, które powtarzaliśmy jak papugi. A mimo to idąc do swojej pierwszej pracy, spakowałem butelkę whisky, na wszelki wypadek – gdyby współtowarzysze pracy się dopominali. Nikt się nie dopominał. A ja dopiero przy ognisku, przyznałem się do tego pomysłu – po prawie 20 latach.

No i rozprułem worek…

Zen mi wyznał, że już po trzech dniach „na factory”, wypytywał „gdzie tu jest Labour Party office”, bo miał chęć się zapisać. Bezideowo, ale nie bezinteresownie – wyznał.

Przyzwyczajenia, przyzwyczajenia…

Maggi ciągle liczyła że 8 marca, około lunchu, superviser wspomni o święcie i przynajmniej jakiegoś goździka wręczy. Ja – 1 maja, nerwowo wyczekiwałem na jakieś nastroje rewolucyjno-antyburżuazyjne, ze strony współpracowników, zasuwając jak zwykle tego dnia na taśmie.

Nic z tych rzeczy. Doszliśmy do wniosku, że Aussies za leniwi na takie wyskoki. No bo wiadomo – No worries, mate ! Z tym powiedzonkiem, Zenowi też kojarzyła się jedna historyjka.

– Mieliśmy na factory – wspominał Zen – parę kompletów świetnych angielskich kluczy. W sklepie taki komplet kosztował majątek. Zażartowałem kiedyś, pytając swojego bossa, co by się stało gdyby taki jeden set wyparował w czasie weekendu. A ten do mnie : „no worries mate”. No to ja następnej soboty pod koniec owertajmu, wyskakuję z tym samym pytaniem. Ten ciągle swoje… to ja mu 10 bucks w łapę, żeby pary z gęby nie puścił i wsadziłem komplet kluczy pod pazuchę. Ten zdziwił się strasznie, dlaczego mu te pieniądze wciskam i nie chciał ich wziąć. A ja nie w ciemie bity. „Jak nie weźmiesz, to mnie potem zakapujesz” – pomyślałem sobie. W końcu zrezygnował i włożył banknot do kieszeni. Po dwóch tygodniach boss zapytał mnie, czy już robotę z tymi kluczami skończyłem. Teraz ja się zdziwiłem – „Co go to obchodzi?” – pomyślałem. Zbyt dociekliwy. Po następnych dwóch tygodniach, zaczął się dopominać, abym klucze przyniósł z powrotem. Wściekłem się na niego. Pieniądze to wziął, a teraz oddawać każe. Po krótkiej wymianie zdań, okazało się, że ja pytałem: – „Co by się stało, gdyby klucze wyparowały na weekend z firmy?”. Więc on się zgodził. Było to zresztą normalną praktyką, że pracownicy pożyczali narzędzia z firm na weekend. Natomiast, nienormalnym było dawać za to bossowi łapówkę. Następnego dnia, pojawiłem się w pracy z zestawem kluczy Sidchrome, a boss oddał mi 10 dolców. Nie chciałem wziąć, ale się uparł.

– Niuanse językowe, to jest to! – zakończył Zen.

 

Wasz Chris

Komentarze

Autor

Krzysztof Deja

Krzysztof DejaKrzysztof Deja mieszka w Adelaide od ponad 30 lat. Jego Dzienniki Poranne i felietony pisane są właśnie z tej "australijskiej perspektywy". W portalu zaczęliśmy je publikować w sierpniu 2003. Z zawodu inżynier, projektujący pojazdy pancerne i inne środki transportu. Z zamiłowania zajmuje się literaturą. Pisuje dla polonijnej prasy. Wiele jego wierszy zostało nagrodzonych. Jest również autorem opowiadań oraz powieści pt. "W kolejce do raju", traktującej o przygodach w trakcie emigracji z Polski.   Więcej jego utworów można znaleźć pod adresem www.australink.pl/krzysztof   http://www.youtube.com/watch?v=vYArdV1Bnoc http://www.youtube.com/watch?v=x-uQbTeD3aA Więcej artykułów tego autora