Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Perth, najbardziej osamotniona aglomeracja świata – Australia okiem amatora

Autor: Piotr Włódarczak 8 czerwca 2016

O Perth była już mowa w moich opowieściach, ale wrócę jeszcze do kilku chwil spędzonych w tym mieście, o którym mówi się, że jest najbardziej osamotnioną aglomeracją na świecie. Perth ma w zasadzie tylko siebie i kilkadziesiąt mniejszych miejscowości połączonych z miastem rozbudowaną siecią macek. Na zachodzie od miasta rozpościerają się wody oceanu Indyjskiego, na północy są tysiące kilometrów czerwonych stepów outbacku (o nim napiszę w kolejnym odcinku), na wschodzie swoje miejsce na ziemi znalazła olbrzymia i niegościnna nizina Nullarbor. Jedynie jakieś normalne życie można zarejestrować na południe od Perth (odsyłam do odcinka o wyprawie na południe), gdzie ciągną się rolnicze i zielone tereny Australii Zachodniej, ale 400-500 km dalej znów natrafimy na ocean Południowy. Co więc robić w takim mieście ? Jak się okazuje można spędzać czas na prostych czynnościach.

Moje powitanie z Australią

Oczywiście odbyło się ono w Perth na międzynarodowym lotnisku obsługującym połączenia z Afryką, Azją i Pacyfikiem. Przez tamtejszy terminal przetacza się ponad 11 milionów osób rocznie, a wśród nich byłem i ja. Po wylądowaniu naszego wielkiego Airbusa lecącego z Emiratów Arabskich odnalazłem mój bagaż nadany jeszcze w Warszawie i ustawiłem się do bramek prowadzących do odprawy paszportowej. Jako osoba z zewnątrz musiałem przejść przez sito służb imigracyjnych i czeka to każdego bez wyjątku. Czy słyszeliście ostatnio o tym jak władze Australii „przeczołgały” mojego ulubionego aktora Johnny’ego Deepa odgrywającego rolę kapitana Jacka Sparrowa w filmie „Piraci z Karaibów” i jego żonę ? Poszło o to, że wwieźli do Australii bez zezwolenia dwa małe pieski, które trzeba było deportować do Stanów odrzutowcem. Radzę więc wszystkim, aby zawsze rzetelnie wypełniać formularze wizowe, nie łamać australijskiego prawa i zgodnie z prawdą odpowiadać na pytania urzędników.

Perth, najbardziej samotne miasto na świecie

Perth, najbardziej samotne miasto na świecie

A pomyśleć, że kiedyś – w XVIII wieku, korona brytyjska poniosła ogromne koszty związane z wysyłką pierwszych kolonistów (ok. 1.500 osób) na drugi koniec świata, aby się ich po prostu pozbyć. Byli to więźniowe skazani z reguły za bardzo pospolite przestępstwa. Jeden z nich ukradł np. krzaki ogórkowe, a inny nie oddał książki w bibliotece i dzięki temu zafundował sobie podróż życia do Australii bez wizy (zesłanie miało niby trwać 7 lat, ale kto będzie przejmować się tym, żeby ich ściągać z powrotem ?). Była to tzw. Pierwsza Flota, która dotarła do Australii (choć daleko od Perth) i rozpoczęła nowe życie na nieznanym lądzie.

A wszystko przez kapitana Jamesa Cooka, który wcześniej wziął w posiadanie Australię na rzecz imperium brytyjskiego i po powrocie do domu naopowiadał władzom, że więźniowie będą mieć tutaj super warunki do resocjalizacji. Cook nie wiedział jeszcze, że w Australii istnieje pora deszczowa i sucha i tak naprawdę skazańcy natrafili na bardzo trudne warunki bytowe, a dodatkowo ich populacja była często nadszarpywana przez włócznie Aborygenów (wtedy byli jeszcze górą). Po jakimś czasie okazało się, że w Australii występują ogromne złoża złota i nagle cały świat zapragnął tam być. Wtedy Brytyjczycy zorientowali się, że coś tutaj nie halo. Przecież więźniów wysyłali na ten zapomniany przez Boga i ludzi ląd za karę, a teraz okazało się, że tak naprawdę robili im super przysługę. A więc za karę zaprzestali ponownych wysyłek skazańców i tak zaczęły się schody dla nowych przybyszów.

Jeszcze kilka słów o podróży do Australii

Opowiadałem już wcześniej, że leciałem na trasie Warszawa – Dubaj – Perth, ale zanim do tego doszło, wystąpił mały problem techniczny, który początkowo brzmiał dość horrorystycznie. Okazało się, że mam błąd w wizie australijskiej, bo zamiast imienia i nazwiska, miałem wpisane dwa razy nazwisko. Przedstawiciel linii „Emirates” stwierdził najpierw, że nie mam po co wsiadać do samolotu, bo mnie Australiczycy po prostu nie wpuszczą. Zrobiło mi się trochę gorąco. Ledwo przywlokłem się na Okęcie z całą masą klamotów, w pracy powiedziałem, że przez najbliższy miesiąc mogą cmoknąć mnie w tyłek, byłym miłościom opowiedziałem, że będę pławić się w luksusach na Antypodach, żeby gul im skoczył z zazdrości, a oni teraz mówią, że nie mogę wejść ? Rozważałem już możliwość zadekowania się na miesiąc w hotelu w Warszawie, żeby przeczekać ten miesiąc i żeby nikt mnie nie widział. Na szczęście nie musiałem tego robić, bo ktoś z lotniska zadzwonił do Australii i szybko wyjaśnił „czeski” błąd. Po 10 minutach australijscy urzędnicy poprawili wszystko co trzeba w systemie i mogłem wejść do strefy odlotów.

Turystyczną wizę australijską wydaje się błyskawicznie w wersji elektronicznej, można ją sobie wydrukować, ale nie trzeba, bo urzędnik zobaczy ją na ekranie swojego komputera, gdy tylko wczyta Twój paszport do systemu. Upewnij się tylko czy wszystkie Twoje dane są OK. Wizę przesyłają e-mailem z informacją o wyniku rozpatrzenia wniosku wizowego. No i zaczęło się, let’s fly! W samolocie do Dubaju siedziałem obok przemiłej Polki, starszej ode mnie i podczas podróży szybko się zaprzyjaźniliśmy. Jednak w Dubaju musieliśmy niestety się rozdzielić, ona pojechała pociągiem łączącym ze sobą różne terminale, w lewo (leciała do Brisbane w Australii przez Singapur), a ja w prawo – leciałem wszak na zachodnie wybrzeże.

Muszę powiedzieć, że lubię lotniska, są gwarne, pełne życia i ludzi z całego świata. Zawsze zastanawiam się kto i jak panuje nad tymi przemieszczającymi się masami homo sapiens, setkami samolotów stojących przy rękawach oraz tych, które się tankują, startują i w tym samym czasie lądują. Ciekawe jest to, że na terenie lotniska biegają i śpią wspólnie na ławkach osobniki ludzkie z całego świata, nawet z tych państw, które się nienawidzą i walczą ze sobą. Jakoś w podróży zapominają o niesnaskach, nikt się ze sobą nie kłóci i do gardeł sobie nie skaczą.

Podczas długiego lotu mieliśmy mnóstwo filmów do oglądania i każdy pasażer miał swój własny ekran w fotelu przed nami. Chciałem obejrzeć sobie film o niewolnictwie, który dostał „Oscara” – „12 years, slave”, ale … jakoś tak mi się zrobiło nieswojo, bo koło mnie siedział przedstawiciel czarnej rasy. Nic nie mówił przez cały lot, tj. przez jakieś 11 godzin, tylko jadł i pił oraz gapił się nieruchomo w ekran. W sumie obejrzał 5 filmów, głównie były to różne „strzelanki”, ale na samym końcu włączył sobie … co? Film „12 years, slave” ! I po co się tak krygowałem? Spałaszowałem również całe dostępne samolotowe jedzenie, w końcu mój ulubiony książkowy bohater – Jack Reacher – zawsze mówił: „jedz kiedy możesz, nigdy nie wiadomo kiedy będzie następna okazja”. Reacher jest byłym śledczym żandarmerii wojskowej armii USA, który włóczy się po Stanach i rozwiązuje zagadki kryminalne, nie oszczędzając wrogów. Cykl 20 powieści został stworzony przez Lee Childa, a aż trzy z nich przeczytałem podczas podróży do Australii.

Szybko policzyłem, że lot z Wawy do Perth (licząc start i lądowanie na dowolnym odcinku) był już 23-im w moim życiu. Dużo to czy mało ? Nie wiem, ale doliczyć jeszcze muszę lot kukuryźnikiem rolniczym „Antek” podczas praktyk studenckich w PGR, którym rozsiewaliśmy nawozy po wielkich polach, ale również po rozwieszonych prześcieradłach i galotach przez wiejskie kobiety. No, taką fantazję miał pilot, a w latach komunizmu Polska miała olbrzymią flotyllę takich samolotów, które usługowo latały po całym świecie. Niestety „Antek” nie miałby szans, aby dolecieć do Perth. O pierwszych lotach do Australii opowiem Wam następnym razem.

Komunikacja miejska w aglomeracji Perth

Skoro w niej właśnie ogniskuje się życie Australii Zachodniej, to i mnie przyszło spędzać w niej najwięcej czasu. Żeby móc poruszać się w tym mieście rozpracowałem plan jazdy wszystkich podmiejskich kolejek i autobusów, tak że stałem się w tym prawdziwym ekspertem. Perth połączone jest z kilkudziesięcioma innymi miejscowościami – suburbami – w jedną wielką sieć. Jedną z ciekawszych miejscowości jest Fremantle i Mandurah, gdzie już byliśmy w moich opowieściach. Samo centrum Perth jest ładne, czyste, zadbane i tłoczne. O tym co można w nim zwiedzić, opowiem również w kolejnym odcinku.

– Jak dostać się do oceanarium „Western Australia”? – zapytał mnie pewnego dnia jeden Azjata, podróżujący z dziećmi kolejką do Perth.

– Ano musisz wziąć autobus nr 64 na Golęcin … – już chciałem mówić, ale w myślach zgromiłem siebie: „Włódarczak, ogarnij się, nie jesteś w Poznaniu, a gościu chce profesjonalnej porady, nie rób sobie jaj”, więc po namyśle powiedziałem: „ jedziesz linią Mandurah – Perth, więc w Perth ona stanie się linią do Clarkton, pojedziecie do Warwick Station i tam weźmiecie autobus nr 423”.

– Dzięki, powiedział Azjata … a Ty jesteś Australijczykiem ?

– Nie, mieszkam w Polsce – odrzekłem

– Ooo … a jak u Was z imigrantami? Może ja do Polski pojadę? – dopytywał się, ale dobrze, że tego nie zrobił. Wszyscy wiemy jakiego rodzaju problemy i demony w ludzkich głowach narodziły się ostatnio pod wpływem fali migrantów do Europy.

Takich różnych konwersacji było w kolejce dość sporo. Zdarzali się naprawdę dziwni goście, a to ktoś grał na gitarze i nie chciał za to pieniędzy, a to ktoś przemawiał w wagonie do plakatu policjanta i klął do niego ile wlezie, wymyślał mu i groził pięścią. Myślałem, że słońce przeciwdziała świrowaniu, ale myliłem się. Jadąc raz kolejką usłyszałem pewną rozmowę pasażerów i ucieszyłem się, że doskonale znam już język angielski, bo zrozumiałem wszystko o czym mówili ! Każdy szczegół i niuans. Po jakiejś chwili zorientowałem się dopiero, że te osoby rozmawiały w języku polskim. Polaków trudno spotkać w komunikacji podmiejskiej, ale jednak zdarzają się jakieś rodzynki.

Jednak często bywa tak, że podróż pociągiem upływa w kompletnej ciszy, bo wszyscy pasażerowie, bez względu na wiek i płeć, korzystają z wynalazków XXI wieku, najczęściej czytają elektroniczne książki na swoich tabletach. No nie ma z kim pogadać (nawet o rozkładzie jazdy), wszyscy siedzą z nosem w swoich zabawkach.

Aby podróżować do woli każdym rodzajem komunikacji najlepiej wykupić sobie bilet na cały dzień i można jeździć dokąd się tylko chce, aż do godziny 2 w nocy. Takie bilety można również otrzymać od innych pasażerów, którzy wracają do domu wcześniej. Pewnego dnia stałem na stacji Mandurah, czekając na autobus do Erskine, gdzie mieszkaliśmy (dzielnica Mandurah) i bardzo chciało mi się pić. W kieszeni miałem tylko dwa i pół dolara, a woda w automacie kosztowała 3 dolary. Z utęsknieniem myślałem o moim kubku wykupionym w Subway’u w Perth, z którym dumnie zwiedzałem miasto i raz po raz wracałem do mojego wodopoju – automatu z napojami i lodem. Postanowiłem poszukać trochę groszaków na ulicy, wzdłuż krawężników, może coś się znajdzie? Ale niestety nie było nic godnego uwagi, wszyscy tutaj są tacy bogaci, a nikt nie wyrzuca żadnych monet i nic nie gubi? Wtedy zaczepił mnie facet: „ szukasz wyrzuconego biletu ? Masz mój” – rzekł i podał mi świstek papieru. No, niekoniecznie o to mi chodziło. Przypomniałem sobie sytuację, kiedy jako dziecko z podstawówki szukałem na ulicy porzuconych petów i z głową przy chodniku węszyłem za nimi jak pies gończy. Wtedy natknąłem się na ciotkę, a ta zapytała: „czego szukasz Piotrusiu ?” „Eeee…szukam drobnych na loda włoskiego” – odpowiedziałem z niewinną minką. Wtedy ciocia dała mi jakiś banknot żebym kupił sobie lody, a ja zamiast nich kupiłem 2 paczki papierosów, które wypaliliśmy z kolegami za garażami. Teraz modliłem się, żeby spotkać taką ciocię ponownie, tutaj, w Australii.
– Aktualnie, to poszukuję 50 centów – odpowiedziałem szczerze mojemu rozmówcy. Koleś szybko zrozumiał moją potrzebę i dał mi dwa dolary. Jednak czasem życie układa się po myśli przybyszów z dalekiego lądu. A jakież problemy bytowe musieli mieć pierwsi koloniści?
Do tematu powrócę w kolejnym odcinku, a na koniec polecam książkę Amerykanina Billa Brysona „Śniadanie z Kangurami – Australijskie przygody”.

Piotr na dalekiej ziemi logo

Komentarze

Autor

Piotr Włódarczak

Piotr WłódarczakPiotr jest czynnym zawodowo zootechnikiem, który w miarę możliwości podróżuje po świecie. Ukończył Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu, gdzie mieszka na stałe. Oprócz Stanów Zjednoczonych interesuje się Australią, jej przyrodą, rolnictwem, stylem życia i uwielbia przygodę. Więcej artykułów tego autora