Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Jerzego Smolińskiego spotkania z Aborygenami

Autor: Teresa Podemska - Abt 9 kwietnia 2012

Co z moich doświadczeń wynika


W książce wspomnieniowej „Matko, woli Twojej nie zmienię”, wydanej w 2007 roku w Adelajdzie, znajdują się dwie relacje dotyczące tubylców. Jerzy Smoliński był działaczem polonijnym, ale natura obdarzyła Go również talentem gawędziarskim i takim zapisał się w swojej opowieści. Wspomnienia o spotkaniach z Aborygenami pochodzą z dwóch odległych w czasie okresów życia autora. Przytoczone fragmenty zarysowują kolonialną i post-kolonialną Australię doświadczaną przez Polaka-emigranta. Tekst publikujemy za zgodą Rodziny Smolińskich.

Moje życie w Adelajdzie [rok 1949] nabrało szybko zupełnie innego biegu. Było pełniejsze i weselsze [niż w country], ale przede wszystkim, w mieście było pełno różnorodnej pracy. Z tego okresu, zawodów miałem jak z rękawa – między innymi byłem i kasjerem i konwojentem do przewożenia pieniędzy. Byłem konduktorem, a do tego odbierałem codziennie utargi z okręgu peryferyjnego ze stacji kolejowych. Poza tym segregowałem wysyłki, sprawdzałem wagony kolejowe, a nawet ‘odstawiałem’ Aborygenów do miejsca ich przymusowego osiedlenia, to znaczy do rezerwatów.

Ta ostatnia praca okazała się być wcale niebezpieczna, bo Aborygeni byli w tamtych czasach bardzo agresywni. Zwykle, gdy wracali z miasta do rezerwatów, byli już dobrze ‘ubzdryngoleni’ i z reguły bardzo zaczepni. My, kolejarze, jakoś musieliśmy sobie z tym radzić. A że zdarzały się wypadki atakowania przez tubylców także pracowników kolei, miałem przy sobie broń. Naturalnie należało dbać, by wszyscy pasażerowie mogli jeździć bezpiecznie, więc do pomocy przydzielono mi dwóch uzbrojonych detektywów. Jadąc pociągiem z Aborygenami, musieliśmy być bardzo rozważni i czujni. Nie wszyscy Aborygeni byli napastliwi. Ale nie lubiłem tej pracy, bo nie wiadomo było czego się spodziewać. Na szczęście w Marino oddawałem pijanych Aborygenów pod opiekę innych pracowników kolei, ponieważ tam w Marino była wtedy granica miasta, a ja za granice miasta nie jeździłem. I dzięki Bogu, bo smutek brał, gdy patrzyło się na tych ludzi.

Mimo, że w owym czasie dużo pracowałem, nie narzekałem. Praca to pieniądze i dobrobyt, to także rozrywka. Poznawanie ludzi, osiąganie celu. W Adelajdzie ‘ustawiłem się’ szybko, zacząłem bywać w różnych miejscach i poznawać nowych Polaków. Byłem zadowolony. Do konwojowania Aborygenów musiałem się przyzwyczaić. Później pracę zmieniłem. Spotkania „twarz w twarz” z Aborygenami stały się przeszłością.

[W roku 2000 wybraliśmy się z żoną Stasią na wycieczkę po Australii.]

Och Queensland, Queensland, kraino urodzaju i pogody, niezgłębione są twe tajemnice, nieprzeliczalne są kwiaty, hektary twoich tropikalnych lasów, mnogość owoców i ukwieconych krzewów! Niezapomniane są smaki mango i bananów jedzonych prosto z twych drzew. Nieporównywalny z niczym jest orzeźwiający smak mleka kokosowego pitego pod twoją palmą…

W Cairns od pierwszego wejrzenia świat jest inny.

Cairns 2Po pierwsze turyści spacerują po tzw. Esplanadzie, która wydaje się najbardziej spokojnym miejscem świata, gdzie już od świtu ludzie łapią pierwsze promienie wschodzącego słońca, a także przechadzają się tam, gdy słońce zachodzi. Jakby nic im innego na świecie nie było ważne. Tylko to słońce. Jakby nic innego nie musieli robić tylko sobie tak spacerować. Właściwie takie wrażenie robi w Cairns prawie każde inne miejsce. Na przykład w Raju dla Obserwatorów Ptaków ptaki śpiewają tak, że zapomina się o całym świecie, a gdyby tak patrzeć na ten raj przez lornetkę, to byłoby tego patrzenia na kilka tygodni. Kolor i piękno ptaszków jest zachwycające. Tak, świat w strefie tropiku to świat piękna kwitnących kolorami tęczy drzew, to niepowtarzalna barwa roślinności i nieba, to w końcu także świat wody, w której rafy koralowe, ryby i niezliczone stworzenia pochłaniają uwagę człowieka absolutnie do końca. Nie myśli się wtedy, nie planuje. Trwa się po prostu w miłym lenistwie.

Na lenistwo to składa się też wiele innych rzeczy. Niektórzy obywatele Australii, na ten przykład Aborygeni, uświadamiają człowiekowi fakt, że są na świecie ludzie, którzy żyją poza cywilizacją i poza zgiełkiem naszych miast. W każdym miasteczku tubylcy siedzą na ulicach i malują, jakby nie było innych zajęć tylko malowanie. Oczywiście za pieniądze, które zarabiają pewnie się utrzymują, ale kupują bardzo mało, tylko wyżywienie. Nie chcą mieć telewizorów jak my, nie chcą mieć bogatych domów, wręcz odwrotnie, siedzą przy ogniskach, a wyposażenie domów rządowych używają na rozpałkę. Nie spieszno im w naszym kierunku.

Cairns 1Przykładem tubylców, nie spieszą się też do luksusów inni ludzie, biali. W Queensland jest wielu takich, którzy nie mają domów i mieszkają na stałe w przyczepach kempingowych. Nie uznają stałego miejsca zamieszkania i nie chcą się z niczym i nikim wiązać na stałe. Gdy miejsce im się znudzi ruszają w poszukiwaniu nowych krajobrazów i nowych możliwości wyżywienia. Są to tacy nowożytni nomadzi; nie martwią się – byleby mieli ładną pogodę i pełny brzuch.

Raz, także w Cairns, spotkaliśmy Aborygena, który nigdy wcześniej nie widział białych ludzi. Był nas bardzo ciekawy. Na tej wycieczce byli ze mną – oprócz Stasi – mój brat i bratowa, więc rozmowa toczyła się także o tym, skąd oni przybyli. Tubylec mówił, że wiedział gdzie jest Europa, ale z tego ile razy powtórzył „Poland”, wnioskowaliśmy, że po prostu uczył się nazwy naszego kraju. Mężczyzna ten miał bardzo ciemny kolor skóry, jak spalony węgiel. Gdy podawaliśmy sobie ręce, nasze – przy jego wyglądały jak śnieg.

Cairns 3W czasie naszych wycieczek, Aborygenów spotykaliśmy w wielu miejscach, nie tylko w Queensland. Najwięcej było ich zawsze w okolicach Darwin. Kiedyś, jadąc okolicami tego miasta, widzieliśmy piękny dom a przed nim dużą grupę tubylców. Palili ognisko. Wokół ogniska siedzieli i mężczyźni i dzieci, zaś nieopodal skupiły się kobiety. Najwidoczniej tubylcy coś celebrowali, zdawało się, że niektórzy z nich coś tańczyli, a może nie, może tylko przestępowali z nogi na nogę. Byliśmy tam za krótko, żeby to osądzić, nie wypadało się gapić, choć całe zdarzenie było interesujące. Widzieliśmy jak dorzucali do ognia. Krzesła, ławki i jakieś inne meble paliły się, a oni siedzieli w piachu wkoło ogniska. Ci Aborygeni także byli nas ciekawi. Prosili o papierosy, ale ja nie palę. Gdy to usłyszeli, poprosili — „Czy możesz mi dać dolara?” Dałem.

Tubylcy, których kiedykolwiek w czasie naszych podróży spotkaliśmy, nigdy nie byli względem nas niegrzeczni. Z naszych doświadczeń wynika, że to spokojni ludzie.


Opracowała T. Podemska – Abt

Fot. Stan Guziński

Komentarze

Autor

Teresa Podemska - Abt

Teresa Podemska - AbtPonad 30 lat temu, gdy przyjechałam do Australii, niewiele wiedziałam na temat oryginalnych mieszkańców tego kontynentu - Indigenous Peoples, znanych nam jako Aborygenów. W czasie tutejszych studiów szybko się zorientowałam, że na moich oczach dzieje się tu HISTORIA – walka tubylców o niepodległość kulturową, o zachowanie tożsamości na własnej ziemi, o utrzymanie tradycji ... Więcej artykułów tego autora