Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Australia okiem amatora – wyprawa na kraniec świata

Autor: Piotr Włódarczak 22 kwietnia 2015

Jestem tutaj z powodu Australii, którą znienacka udało mi się odwiedzić w zeszłym roku (2014) i do której zamierzam powrócić pod koniec roku bieżącego. Tak, zakochałem się w Australii, w jej klimacie i australiskim luzie, w papugach fruwających wokół, w miłych ludziach i w przygodzie, która na stałe wpisała się w australiskie klimaty. Jestem jej amatorem, wielbicielem, ale i amatorem w zakresie wiedzy o tym kraju. Tym niemniej zapraszam Was w moją podróż do Australii i liczę, że z przyjemnością przeczytacie moją opowieść.

Australijski bumerang

Wszyscy wiemy co to jest bumerang? Gdy go rzucisz w dal, to rychło powraca i tak samo będzie z każdym, kto choć raz zawitał do Australii. Podobnie jest ze mną, myślę, aby wrócić tam jak najszybciej, ale zawsze musi być najpierw ten pierwszy raz. W moim wypadku nastąpił on w marcu 2014 r, a decyzja o wyjeździe zapadła nagle. Kilka lat temu mieszkałem i pracowałem w Stanach Zjednoczonych w Karolinie Północnej i tam zaprzyjaźniłem się z pewnymi dziewczynami, studentkami Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, który sam ukończyłem już dawno temu. Wiele kangurów zdechło w międzyczasie, wiele wody upłynęło w australijskich rzekach, kilku serferów pożarły rekiny, tak dawno to już było, ale dzięki tej znajomości poleciałem do Australii, gdyż moje towarzyszki po powrocie do Polski, ukończeniu studiów, pobycie w Danii, wyemigrowały za Ocean Indyjski i z czasem zostały Australijkami. Dzięki nim wreszcie oderwałem się od mojej kanapy i porzuciłem serial „M jak miłość”.

Australia – kraniec świata

Dla Polaków Australia to kompletny kraniec świata. Wiemy, że kula ziemska jest okrągła, ale gdy spojrzeć na mapę, Australia jest tak daleko, że boimy się nawet pomyśleć, żeby tam się udać. Dzieli nas od niej dwadzieścia godzin lotu z przesiadką gdzieś w dalekim świecie. Wiemy, że Australia – pod względem wielkości – jest szóstym państwem na świecie, a jednocześnie jest wyspą i kontynentem. Ale przeciętny Polak zaczepiony na ulicy nie kojarzy stolicy Australii – Canberry, nie wie, kto jest premiererem australiskiego rządu. W naszych mediach niewiele mówi się o Australii, tak jakby w ogóle nie istniała. Ja też nie znałem Tony’ego Abotta, dopóki nie obejrzałem go sobie w australijskiej TV, ale gdy oglądałem wiadomości w Perth, z perspektywy Antypodów, Polska jawiła się jako mała, nic nie znacząca plamka na mapie, grajdołek zapomniany przez Boga i ludzi. Kogo w Australii obchodzą kłótnie smoleńskie, kościelne manewry, strajki górników, rolników najeżdżających ciągnikami Warszawę? Nikogo. Zatem dalekie podróże oduczają egocentryzmu, nagle okazuje się, że poza Polską i jej problemami istnieje jakiś inny świat, dodatkowo słoneczny i bezpieczny.

Wielka podróż do Australii

Z Warszawy poleciałem Airbusem do Dubaju, a potem wielkim Boeingiem arabskich linii Emirates do Perth w Australii Zachodniej, co w sumie zajęło mi 21 godzin. W samolocie, akurat po mojej stronie, była super stewardessa! Z Emiratów, wysoka, czarnowłosa, miała fajny pieprzyk nad ustami, duże brązowe oczy, a  jaki uśmiech ! Kurcze, gdyby nagle zechciała porwać nasz samolot podczas lotu, chyba bym jej w tym pomógł i nosił dla niej odbezpieczone granaty. No ale nic takiego się nie wydarzyło. Siedziałem przy oknie i miałem niezłe widoki, a lecieliśmy nad Morzem Czarnym, Turcją, Irakiem, Arabią Saudyjską, Indiami. Gdzieś pod Bashrą w Iraku ujrzałem wielkie rozbłyski nad murami miasta. Myślałem, że walczy jakaś zagubiona dywizja czołgów armii USA z potęgą Saddama, chociaż już go nie ma (zginął, gdy byłem w Stanach), ale po dłuższej obserwacji, okazało się, że to wybuchają fajerwerki. Hmm…mieli chłopaki wyczucie, pewnie to na moją cześć.

Linia Emirates nie szczędzi na szczęście kasy na samoloty i lot trwał bez zakłóceń. Przypomniały mi się problemy Wojtka Cejrowskiego, który pewnego dnia leciał samolotem – starym Iłem – kubańskich linii lotniczych. Samolot wcześniej był 20 lat eksploatowany przez ZSRR, potem złomowany, czyli przekazany Ukrainie, a ta eksploatowała go kolejne lata. Gdy złomowali go po raz drugi, po prostu podarowali go bratniej Kubie. Ale każdemu według zasług. W samolocie mój organizm od razu przeszedł w tryb oszczędnościowy, jak moja pralka, i minęły też wszelkie drobne dolegliwości. Chcesz być zdrowy, to lataj w przestworzach.

– Piciu, lecisz do Australii? – dziwili się moi znajomi przed podróżą. ”Czy wiesz ile jadowitych stworzeń tam żyje? Jedno ukąszenie i masz tylko 5 minut życia. Nie zdążysz nawet wspomnieć wszystkich swoich miłości” – narzekali. A po chwili zastanowienia dodawali marzycielsko: ”ale Tobie zazdroszczę!” Ale czego? Że wkrótce umrę od jakiegoś jadu? No, ale na pocieszenie pomyślałem sobie, że najbardziej jadowitym stworzeniem jest…człowiek, a tych akurat jest mało w Australii, zwłaszcza w Zachodniej.

A swoją drogą tak moi rodacy postrzegają Australię. Ma coś magicznego w swojej nazwie i przyciąga jak magnes. Gdybym oświadczył moim znajomym po powrocie, że miesiąc spędziłem w rozpadającej się chatce na pustyni, bez bieżącej wody i bez ”Gościa Niedzielnego” do czytania, ale w Australii, to wszyscy byliby zachwyceni.

Australia Zachodnia

Ten stan zajmuje ponad 1/3 powierzchni australijskiego kontynentu, a żyje tam tylko 2 miliony ludzi czyli prawie 10% ogółu mieszkańców, z czego 90% gnieździ się w Perth – jedynej dużej aglomeracji na zachodnim wybrzeżu, położonej nad rzeką Łabędzią (nazwa wzięła się od czarnych Łabędzi pływających po rzece). Łabędzie kojarzą mi się z kaczkami i gęsiami, a te z kolei były ważne w moim dzieciństwie, jednak o tym opowiem Wam innym razem. Nadmienię tylko, że dzięki małym kaczuszkom zostałem zootechnikiem, a nie grabarzem.

Perth centrum - foto Piotr Włódarczak

Perth centrum – foto Piotr Włódarczak

Miasto jest odcięte od reszty terytorium wielkimi pustyniami, chaszczami, nieużytkami, które nazywa się outbackiem. To żółto-czerwona ziemia niczyja, rządzą tam kangury, termity, zbiegłe kozy z wielkich farm i wychudzone krowy objadające mizerne krzewy.

Australijczycy zwani ”Aussie” żyją głównie z pracy w kopalni, a mają ich tutaj całkiem sporo. Jest złoto, węgiel, rudy żelaza i cała tablica Mendelejewa. Klimat był wspaniały, aura ciepła i słoneczna, a temperatura wynosiła z reguły 32 – 38 stopni Celsjusza, choć była już jesień. Powietrze było suche, nie tak wilgotne jak w Karolinie Północnej, gdzie człek pocił się nieustannie. Wszędzie fruwały wielkie stada wspaniałych kolorowych papug, siadały na drzewach, antenach telewizyjnych, trawnikach, czułem się jakbym mieszkał w sklepie zoologicznym i z chęcią słuchałem ich wesołych wrzasków.

Miasto Perth jest nowoczesne, czyste i schludne, w centrum stoi kilka dorodnych wieżowców strzelających w niebo, a widok na nie jest szczególnie malowniczy z niedalekiej wyspy Rottnest, gdzie rządzą małe kangurki wielkości szczura lub kota. Po wyspie można poruszać się tylko pieszo lub rowerem, a na widok turysty, torbacze wyskakują z krzaków i żebrzą o trochę wody. Na wyspie nie padało od października i było tak sucho, że gdybym splunął, to pasikoniki biłyby się o moją ślinę w locie. Czasem po wyspie jeździły autobusy zbierające „zdechlaków” i kangury chętnie spijały wodę z nawierzchni drogi, wyciekającą z klimatyzacji autobusów. Z licznych, malowniczych plaż na wyspie (gdzie kąpałem się spieczony słońcem po mozolnej jeździe rowerem), wieżowce w Perth wyglądały jak wielkie zębiska wyrastające z dolnej szczęki ku górze. Ale w porównaniu do Manhattanu w Nowym Jorku „australijskie” uzębienie było jakby wybrakowane. Podczas gdy w Perth wieżowców było kilkanaście, w Nowym Jorku całe stada, wyrastały jedne nad drugimi jak warstwy cebuli i swoimi iglicami strzelały wysoko w niebo, jakby chciały podrapać je po tyłku.  Na wyspę można udać się promem z portu w Perth lub pobliskiego Fremantle i przy okazji zaliczyć wycieczkę po porcie w Perth.

Baza w Mandurah, 60 km na południe od Perth

To tutaj mieszkają moje dziewczyny. Miałem u nich do dyspozycji dwie sypialnie, łazienkę + WC,  duży taras z basenem, salę TV i kuchnię. W Perth jest świetne ZOO, gdyby zechcieli wystawiać jakiś okaz homo sapiens, to w takich warunkach mógłbym się wylegiwać na moim wybiegu, a niech się gawiedź gapi: ”podstarzały samiec homo sapiens – typ kręgowce, podtyp strunowce (a może odwrotnie?), gromada ssaki itp. itd” Tylko, żeby dyrekcja ZOO zechciała skonsultować ze mną menu i plan krycia – jeśli mieliby coś takiego w zanadrzu.

Sam dom położony był na typowym osiedlu, domek przy domku, wśród palm, całość bardzo przypominała zabudowania w Stanach Zjednoczonych, tyle, że tutaj nie wywieszają tylu flag, jak wściekli, domy budują z cegieł i stali,  a nie z drewna.

Ponieważ między Polską, a Australią było wówczas 7 godzin różnicy w czasie, na początku miałem kłopoty z zaśnięciem wtedy, gdy trzeba było. Liczyłem na niebie baranki, nic nie pomagało. Dopiero czas, zmęczenie i polska wódka załatwiły sprawę. Ale nie od razu. Początkowo dziewczyny postanowiły mnie zmęczyć organizując imprezę, na którą zaproszeni byli również Japończycy, a raczej młode Japonki. Nagle stwierdziły, że będą ćwiczyć, bo boli je kręgosłup. I wszystko byłoby ok, ale jak tutaj zasnąć, gdy tyłkiem wywijały mi przed oczyma? Moje ciśnienie poszybowało w górę i sen szybko szlag trafił.  A ciemność w Australii nadchodziła szybko, już o 18:00 było ciemno jak na chlewni oszczędzającego polskiego rolnika.

W następnym odcinku zabiorę Was w oceaniczną podróż do Coral Bay, zatem zaopatrzcie się w płetwy i maskę i do zobaczenia next time.

 

Komentarze

Autor

Piotr Włódarczak

Piotr WłódarczakPiotr jest czynnym zawodowo zootechnikiem, który w miarę możliwości podróżuje po świecie. Ukończył Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu, gdzie mieszka na stałe. Oprócz Stanów Zjednoczonych interesuje się Australią, jej przyrodą, rolnictwem, stylem życia i uwielbia przygodę. Więcej artykułów tego autora