Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Wizerunki Australii – wspomnienia emigranta 1950

Autor: Wacław Jędrzejczak 27 stycznia 2016

©Wacław Jędrzejczak

Na podstawie książki: Jędrzejczak, W. J., „Love’s Cadenza. A Migrant’s Story 1939 – 1956″, 1999, Eureka, ISBN 0-646-36263-1.

Tłumaczenie z angielskiego: W. Jędrzejczak, T. Podemska – Abt

Opracowanie tekstu: T. Podemska – Abt

 

W niedzielę 29 stycznia 1950 roku, we wczesnych godzinach popołudniowych, motorówka pilota przybiła do naszego statku i jeden z ludzi w niej krzyknął do marynarzy na pokładzie: Let the ladder down! (Spuście drabinkę!) .

Na statku do Australii - 1950 - foto W. Jędrzejczak

Na statku do Australii – 1950 – foto W. Jędrzejczak

Zdziwiłem się!  Słowo „down” wymawiał inaczej niż ja uczyłem się je wymawiać na lekcjach angielskiego!  No tak, był to mój pierwszy kontakt z przeciągłą, ‘niedbałą’ czy ‘leniwą’, australijską wymową (Australian drawl) , a samogłoska „o” w tym słowie – pierwszym przykładem australijskich „wielodźwiękowych” samogłosek.

Byliśmy w Melbourne

… następnego zaś dnia w pociągu w nieznane. Patrząc zza okna na miasto, pomyślałem, że jest atrakcyjne, całkiem podobne do nowo wybudowanych nowoczesnych miast europejskich. (244)

Za miastem Albury w Victorii natychmiast była pustka i znaleźliśmy się w australijskim country.  Wokół rozciągały się ogromne połacie pól zabarwionych przez zeschłą trawę i pszeniczne ścierniska na słomianożółto, tu i tam drzewa, wiele z nich zeschłych i poznaczonych pożarem, który tu kiedyś przeszedł.  Na stacji Seymour zatrzymaliśmy się na obiad w kolejowej restauracji.  Posiłek, który spożywaliśmy także był dla nas czymś nowym! Talerze z plastrami zimnych mięs, świeżymi pomidorami, zielonymi łodygami selera i sałatą, do tego chleb, a później herbata i owoce. Wszystko uprzednio przygotowane na długich, wysokich, wąskich stołach bez krzeseł.  I dalej w drogę przez country. Asfaltowana szosa wiła się obok torów. Przejeżdżaliśmy koło żółtawych łąk z pasącymi się końmi, krowami i owcami. Mijaliśmy niewielkie osady prowincji australijskiej z malutkimi drewnianymi domkami z drzewami i kwiatami wokół.  W głębi widniały wzgórza, też pożółkłe.  Spalone słońcem łąki wpływały przygnębiająco na moją mamę, która wspominała kojącą zieleń Europy.  Ja skonstatowałem, że Australia wygląda na pewno inaczej, ale nie brak jej uroku.

Bonegilla - obóz imigrantów w Australii - foto W. Jędrzejczak

Bonegilla – obóz imigrantów w Australii – foto W. Jędrzejczak

Późnym popołudniem zabrano nas autobusami (a nie ciężarówkami!) z przystanku kolejowego Bonegilla do obozu.  Siedziałem z przodu. Nagle na drodze zauważyłem przed nami samochód zmierzający prosto na nas. Przeżyłem kilka chwil niepokoju: „Ten wóz będzie nas mijał po nieprawidłowej stronie!”, pomyślałem.  Ale tak nie było. To była „nieprawidłowa” strona tylko dla nas, nowych przybyszy, nieprzywykłych do tego, że w Australii jeździ się po lewej stronie drogi.  (244)

Bardzo wcześnie każdego rana budziły nas swym niezwykłym gardłowym śpiewem australijskie ptaki siedzące na drzewach koło naszego baraku z falistej blachy.  Mimo że nazywano je magpie, czyli sroką, nie były wcale podobne do tego polskiego ptaka.  Upierzenie miały czarno-białe i choć z wyglądu, z dzioba i wielkości były raczej podobne do wron, z powodu ich przedziwnego śpiewu nazywaliśmy je ‘australijskimi słowikami’.  Wieczorami wielkimi oczami spoglądały na nas z krokwi otwartego dachu i przewiewnego budyneczku z natryskami oposy. Za dnia, w szortach, skarpetkach i półbutach, wspinaliśmy się – co spowodowało, że zapoznaliśmy się w nieprzyjemny sposób z wielu ogromnymi ostami i nasionami traw tam rosnących – zdobywaliśmy dość wysokie wzgórza w pobliżu obozu. Wprost spod nóg uciekały nam króliki i chowały się między kamieniami na zboczu.  Ze szczytu pagórka był widok na całą okolicę, łącznie z zalewem powstałym po zbudowaniu betonowej zapory na rzece Murray. (245)

Nie chciano nas przenieść do pracy na Tasmanię, gdzie był nasz kolega, ale …

w tym czasie wysyłano wszystkich do Południowej Australii

Wylądowałem w fabryce lin i gwoździ: The Adelaide Rope and Nail CO, w dzielnicy Croydon. (245)

Jednego dnia po południu Halina chciała jechać z nami do City Adelajdy, ale daliśmy jej do zrozumienia, że jej towarzystwo nie było pożądane. Zabrałbym dziewczynę, która by mi się podobała, a nie taką, która się wpraszała. Jeśli chodzi o dziewczęta, to w owym czasie w Australii ładnych było stosunkowo więcej niż na przykład w Niemczech.  Nie byłem pewny czy odważyłbym się ożenić z Australijką.  Chyba byłoby między nami za dużo różnic! Ale, kto wie, gdybym tak naprawdę w jakiejś się zakochał, byłaby to pewnie inna sprawa. (249)

Na pobliskim przedmieściu Alberton obejrzeliśmy film pod tytułem Pinky. Poruszano w nim kwestię murzyńską w Ameryce.  Osoby pochodzenia afrykańskiego traktowano tam jeszcze tak jakby nie byli ludźmi. Pod wpływem tego filmu przypomniało się nam jak traktowali nas Niemcy podczas wojny.  Film wywołał u mnie też refleksje na temat naszej sytuacji w Australii.  Nie traktowano nas tu źle, ale będąc na kontrakcie, byliśmy często wysyłani do ciężkich i brudnych prac, które Australijczycy wykonywali niechętnie.  I wielu Australijczyków z pewnością uważało nas za kogoś niższego od siebie.

Ilu Australijczyków miało taką opinie nie wiedzieliśmy, ale zdaniem Miss Talbot, naszej nauczycielki angielskiego w obozie w Bonegilli, byli to ludzie mało inteligentni.  Mówiliśmy wtedy o tym, bo jeden z tego typu ludzi oburzał się w liście do redakcji adelajdzkiego dziennika The Advertiser, że ‘nowi Australijczycy’ mówili między sobą w swoim ojczystym języku.  Po kilku dniach ukazał się w tej gazecie jeszcze bardziej nierozsądny list tego samego autora, który tym razem twierdził, że określenie ‘nowy Australijczyk’ powstało z dobrej woli mieszkańców Australii, ale może się stać określeniem przynoszącym ujmę, jeśli imigranci nie przyjmą angielskiego jako własnego języka, zwłaszcza, że nacisk na ‘nowo’ może być rozumiany tak samo odpychająco jak ‘commo’, stosowane w odniesieniu do komunistów.  Nie rozumiałem czego autor listów oczekiwał. Czyżby myślał, że można dobrze opanować angielski w przeciągu kilku tygodni?  A nawet gdyby to było możliwe, czyżby imigrant miał się nie posługiwać własnym językiem, gdy rozmawiał z rodakiem?

Oczywistym było, że aby prosperować w Australii imigranci powinni jak najlepiej poznać angielski, ale z wielu powodów było też pożądanym, aby nie zapominali języka ojczystego i swego dziedzictwa kulturowego.  Ciekaw byłem czy autor listów, gdyby przebywał w obcym kraju i spotkał rodaka Australiczyka, nie zagadałby do niego po angielsku?  No cóż,  z jednej strony, chyba nie trzeba się było dziwić, że krytykował coś, do czego nie był przyzwyczajony. Wkoło słyszał ludzi mówiących językami, których nie rozumiał, a jasne było, że oficjalna polityka rządowa forsowała asymilację, uważając, błędnie jak się okazało później, że im szybciej imigrant się zasymiluje tym lepiej.  Ja myślałem, że w normalnym trybie życia na emigracji zupełna integracja raczej była niemożliwa; może się to zdarzyć w drugim lub trzecim pokoleniu. Według mnie, im bardziej stopniowo proces asymilacji przebiegał, tym mniej problemów się stwarzało, tak dla kraju i miejscowych mieszkańców jak i dla imigrantów.

Z drugiej strony sami imigranci, doświadczając innych, nieznanych im warunków życia w nowym kraju, często zupełnie niesłusznie …

krytykowali Australię, Australijczyków i ich zwyczaje

A wracając do tych dwóch nie bardzo mądrych listów do gazety, to sprawa się na nich nie zakończyła. Odpowiedział na nie jeden z imigrantów w kilku dobrze dobranych, cierpkich słowach krytyki, a także trafnie pokazał punktu widzenia problemu z drugiej strony. (254 – 5)

Dni biegły. List od Józka przyniósł na kopercie dużą pieczątkę: “Nous exigeons l’interdiction absolue de l’arme atomique.  Le gouvernement qui le premier en ferait usage serait condamne par l’ humanite comme criminel de guerre !”  Moja znajomość francuskiego wystarczyła, żeby zrozumieć, że było to przesłanie przeciwko bombie atomowej, ale zastanawiałem się czy Rosję i jej satelitów rzeczywiście martwiło rozpowszechnianie broni atomowej, czy też była to tylko propaganda.

Józek w Polsce odnosił sukcesy w malarstwie i rzeźbie. Zaprezentował swe prace na wystawie studentów w Poznaniu i otrzymał stypendium na wykonanie różnych medali; specjalizował się w tej dziedzinie.  Pod koniec listu napisał: „Z Twego listu dowiedziałem się, że pracujesz w fabryce gwoździ.  Jak myślisz, czy ta wiadomość równoważy moje?”  Było w tym dużo ironii.  Z pewnością pomyślał, że po licho wyjeżdżałem gdzieś do Australii, żeby pracować w fabryce, podczas gdy mogłem wrócić do Polski i studiować.  Można było i tak na to patrzeć.  Szanowałem i podziwiałem tych, którzy uczciwie pracowali w kraju dla dobra swych rodzin i kraju, w ciężkich warunkach materialnych i w ideologicznym zniewoleniu.  Nie potrafiłem jednak pojechać do takiej Polski, jaką wtedy była, bo to oznaczałoby zgodę na stan rzeczy, jaki tam był. (258 –  259)

*          *          *

Wszystkie australijskie wspomnienia Wacława Jędrzejczaka, z lat 1950-tych, znajdziesz w „Przeglądzie Australijskim” (wersja funkcjonująca do roku 2012). Bardzo POLECAMY ! Kliknij na link.

Komentarze

Autor

Wacław Jędrzejczak

Wacław JędrzejczakWacław Jędrzejczak przypłynął do Australii statkiem “General M B Stewart” w roku 1950 i w tymże roku zamieszkał w Adelajdzie, gdzie od 1956 przebywa z żoną Wandą. Jest ojcem pięciorga dzieci, dziadkiem ośmiorga wnucząt i pradziadkiem dwojga prawnucząt. Od początku swojej emigracji jego pasją była działalność na rzecz kultury polskiej. Był w komitecie założycielskim Konkursu Skrzypcowego im. Wieniawskiego i w komitecie Audiowizualnej Pasji Krzysztofa Pendereckiego. Od 1984 do 2011 roku był działaczem Polskiego Towarzystwa Kulturalnego. Od roku 1993 organizuje i prowadzi spotkania dyskusyjne z prelekcjami intelektualnej i artystycznej Polonii Adelajdzkiej. Gościł min. prof. Macieja Henneberga, dr Podemską-Abt, prof. Zbigniewa Michalewicza, dr Adriana Rudzińskiego, dr Bogumiłę Żongołłowicz. Zawodowo spełniał się jako tłumacz departamentalny. (Tłumaczył min. “150 Years of Polish Settlement in Australia”). Autor książki wspomnieniowej:. Love’s Cadenza. A Migrant’s Story 1939 - 1956, 1999, ISBN 0-646-36263-1. Więcej artykułów tego autora