Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Hauzosi – część I – opowiadanie australijskie

Autor: Adam Fiala 4 września 2016

To były bliźniaki, własność Housing Commission, czyli należały do australijskiego rządu, a nie do prywatnego właściciela. Wielu ludzi marzyło o takich domach, w których praktycznie mogli się wszyscy czuć jak właściciele, o ile nie dewastowali, nie byli socjalnie uciążliwi i płacili regularnie czynsz. Byli też tacy, którzy się o takich domach wyrażali z lekceważeniem. Pewne zawody takie jak lekarze, prawnicy, inżynierowie, nie kwalifikowały się do Housing Commission ze względu na dochody przekraczające wymagane minimum.

W jednym z bliźniaków mieszkał samotnie Cliff. W średnim wieku mężczyzna, lubiący klasyczną muzykę, książki, obrazy, szczególnie książki z fotografiami zwierząt i roślin. Cliff bez problemu koegzystował z mieszkańcem, również samotnym, emigrantem z Rosji, ale o imieniu bardzo australijskim, czyli Berni. Zmienił sobie po prostu dawne Aleksiej Aleksiejewicz Posmarkin na lepiej brzmiące Berni Harvey. Mówił w dwóch językach, z pewnym zaśpiewem w języku angielskim, co było dla niego naturalne. Rosyjski język posiada zarówno melodyjność jak i głębię. Jego dwie główne pasje to papierosy i piwo oraz cricket. W sezonie pomagał lokalnym drużynom, notując wyniki, za co otrzymywał dwie kiełbaski i oczywiście butelkę piwa. Wymiana taka mu zupełnie odpowiadała.

foto Andrew Fiala

foto Andrew Fiala

Berni żył skromnie bowiem dochody z socjalu odkładał na solidny pogrzeb i grób. Związał się z jakimś towarzystwem ubezpieczeniowym, które solidnie doiło z niego. Cliff też był na socjalu, ale nie myślał o pogrzebie, przeciwnie, wydawał pieniądze na wiele rzeczy, których nie posiadali nawet zamożni Australijczycy. Mianowicie kolekcję książek, CDis, Video, DVDis ect. Zaś 50 dolarów regularnie pożyczał od niego Berni, któremu nie starczało na życie do następnego czeku z socjalu. Ale honorowo zawsze oddawał. Cliff się śmiał, że jest rodzajem banku dla Berniego. Obydwaj mężczyźni się tolerowali i nie przyczyniali sobie wzajemnych kłopotów.

* * *

Cliff też był dwunarodowy. Mianowicie pochodził z Polski i za namową znajomych zmienił swe imię i nazwisko Jacek Rzęczykowski na Cliff Smith. Social security bardzo lubiło to jego nowe nazwisko, ponieważ żaden z urzędników nie potrafił wymówić poprzedniego. Nie rozmawiali ze sobą za wiele, ale Cliff z Bernim rozumieli się bez słów.

Berni pożyczał na nieoddanie u Cliffa cukier, cebulę, parę ziemniaków, w zasadzie nie gotował tylko żywił się junk food’em, ale czasami coś go naszło i upitrasił domową potrawę. Zwłaszcza jak wykombinował sobie dziewczynę, Miriam. Miriam była bezdomna, ale mieszkała u Berniego tylko od czasu do czasu. Miała swoja filozofię. Życie w domu czy mieszkaniu to było życie w boksie. Bezdomny miał swój wózek, skombinowany z supersamu i lubił wędrować z całym dobytkiem. Za pobyt i jedzenie Miriam płaciła Berniemu seksem.

Berni nie był znowu taki samotny naprawdę. W oddali czaiła się liczna rodzina, przeważnie tradesmani, z niezłymi dochodami. Ale ludzie z pieniędzmi kochają pieniądze i dalsze. Liczyli, że po śmierci Berniego zostanie wypłacona z ubezpieczenia potężna sumka i obojętnie, czy mu postawią pomnik z aniołem czy nie, będą mieli dla siebie. Rzadko się ktoś pojawiał z członków z tej rodziny, być może tylko dlatego, by stwierdzić czy Berni jeszcze żyje i kwota z ubezpieczenia jest niezależna. Ale Berni i tak nie byl w takim stopniu samotny jak Cliff, ponieważ miał psa, no i dochodzącą Miriam. Cliff nie miał nikogo, tylko wspomnienia z dawnego kraju. Przyzwyczaił się jednak do Australii i nie przychodziło mu nawet na myśl by w ogóle odwiedzić stary kraj. Czasami jednak wpadał w nostalgię, bo pies Berniego wył smutno po nocach.

Cliff miał problem. Delikatny. Wiedział że Berni prowadzi rujnujący tryb życia i nie ma najlepszego zdrowia. Wada serca, podobno nieoperowalna. Co stanie się z mieszkaniem, znaczy się z domem bliźniakiem, po śmierci Berniego. Kogo wstawi tam ta housingowa komisja. Samotną matkę z dziećmi? Byłoby nieźle, bo Cliff potrzebował kobiety, ale jakoś nie potrafił sobie tego zorganizować. Może aborygeńską rodzinę? Ta opcja była groźniejsza. Nie miał nic przeciwko pierwszym mieszkańcom tego lądu, lubił nawet ich kulturę, ponoć najstarszą w świecie, ale wiedział, że są hałaśliwi, lubią żyć w grupach, praktycznie w takim domu mogło się znajdować nawet trzydzieści osób, a także dewastują, być może genetycznie nie przyzwyczajeni do życia w boksach białego człowieka. A perspektywa wyglądała ponuro, że utrzyma się to, co ustalono przez praktykę i oczywiście decyzję housing urzędu. Ponieważ pomimo pierwszego zawału i poważnych ostrzeżeń Berni nadal palił jak kominek, jego kosz był pełen pojemników po piwie (kosza nie wystawiał, robił to za niego Cliff) i w ogóle wszystko robił, żeby jak najszybciej pożegnać się z tym światem i otrzymać upragniony pomnik z marmurowym aniołem. Coś mu się w mózgu pomyliło i nazywał takiego anioła kreatorem. A przecież w jego religii, dawnej, właśnie Chrystus Pankreator a nie anioł byl najważniejszy. “In Russia I was able to drink two bottles of vodka a day and nothing” – mawiał. Rosjanie mają mocne głowy, dużo piją, ale to picie nie przeszkodziło im pierwszym wzlecieć w kosmos. Ich sputnik z psem Łajką wzbudził powszechne zainteresowanie. A także i zazdrość. Rozpoczął się wyścig. Także zbrojeń, bo ktoś uwierzył że marzeniem Rosjan jest zaatakowanie, skryte, Ameryki. Tymczasem Rosjanie mieli kompleks, że to ich ciągle atakowano na przestrzeni historii i nie znosili jak im obce wojska podchodziły pod granice. Zachód tego jednak nie rozumiał. I nie rozumie do tej pory.

* * *

Jednej nocy pies zawył szczególnie smutno. Jego właściciel doznał kolejnego zawału. Kto zawiadomił pogotowie, a może co, czyli pies, pozostaje tajemnicą. Pies Berniego był bardzo inteligentny, Berni nauczył go łapą wystukiwać numery pogotowia na komórkowym telefonie. W każdym razie ambulans przyjechał w porę i tym razem Berni został uratowany. Gdy wrócił ze szpitala dalej palił jak smok i pił jak szaleniec. Jedyny jego ruch to było wejście i wyjście z samochodu. Nawet do skrzynki na listy podjeżdżał wehikułem, starym i brzydkim jak i on sam. Miriam się zastanawiała co dalej. Tym bardziej że już nie mogła płacić seksem, bo Berni stracił zainteresowanie w tej dziedzinie.

I nastał ten moment, którego tak się obawiał Cliff. Berni zmarł. Pies się zorientował że już nic nie pomoże i tylko wył podwójnie smutno. Nie wiedział też kogo teraz zawiadomić telefonem komórkowym. Tym razem Cliff, tknięty przeczuciem, sprawdził sytuację i zawiadomił odpowiednie władze. Pies spoglądał na Cliffa proszącym wzrokiem, ale Cliff nie miał najmniejszej ochoty go adoptować.

W tym czasie lokalna counsel, czyli Rada zadecydowała, że trzeba usunąć wszystki azbest z pomieszczeń mieszkalnych. Azbest królował w starych domach i króluje zresztą do dziś. Rodzina Mortonów straciła swoje miejsce z powodu zaplanowanej prawie kompletnej rozbiórki i wylądowała na miejscu Berniego. Cliff spoglądał na nich i myślał: “No problem, people like people, nothing special about them”. I rzeczywiście, mieli stary, rozpadający się samochód, klapki na nogach, jeżeli w ogóle nie chodzili na bosaka i prawdopodobnie niewiele pieniędzy. Reprezentanci obu domów bliźniaków wymienili kilka przyjaznych krótkich zdań oznajmujących i potrząsnęli dłonie. “I am Cliff”. “I am Jerry, my wife Cristal and our daughter Trissy plus our son Bobie. Our house was demolished because of asbestos”. “Yes, I know”, powiedział Cliff. “Enjoy your new place”. I jak zwykle poszedł spać około 10 pm. lekceważąc filmy telewizyjne i nawet Internet.

Pierwsza noc była bardzo spokojna, nic się szczególnego nie wydarzyło, pierwszy dzień upalnego zachodnio-australijskiego lata, wielki pełny księżyc, “What a nice people”. Przed snem Cliff poczytał trochę o Tygrysie Tasmańskim, ktoś widział go żywym i w ruchu, lecz nie miał telefonu komórkowego by zrobić zdjęcie. Cliff miał sen. Tygrys zaprosił go do swego sekretnego ukrycia. Tak, Cliff kochał zwierzęta, zwłaszcza ptaki, miał aż dwie olbrzymie klatki z wejściem, zwane aviary oraz białego kota. W każdym razie każdy Tygrys Tasmański lub nie, ma coś w sobie ze zwyczajnego kota. Tygrys Tasmański w gruncie rzeczy przypominał raczej psa, z pyskiem otwierającym się bardzo szeroko, jak na zawiasach. Nazwano go Tygrysem dlatego, że miał prążkowany ogon, i generalnie kolor tygrysa.

Po spokojnej nocy, pełnej zapachu eukaliptusów i łagodnego blasku księżyca, około godziny 9-tej nad ranem Cliff usłyszał i zobaczył przez okno ruch. Samochody przyjeżdżały, ludzie przychodzili, czarni, biali i kolorowi, dużo młodych kobiet z włosami uczesanymi w kok, niektóre z dziećmi w wózkach, jedne z wielkimi brzuchami, drugie jeszcze nie w ciąży, słowem wszystko to wyglądało jak parada typowego społeczeństwa australijskiego. Cliff poczuł się zdumiony. “It is extended family of Mortons or another things?” Odpowiedź była – another things. Ci ludzie to byli patroni lub klienci Mortonów, jak się Cliff później zorientował.

Cristal czuła się lekko zmieszana i powiedziała “Sorry, folks, but it is not my fault. Our suppliers of sticks today were late, please understand us, we are now fresh in the new place and not yet organized”. Ludzie byli gniewni ale zachowywali się spokojnie, i powoli, powoli się wynosili, samochody, wózki, nawet jeden człowiek o kulach a drugi z protezą nogi, słowem wszyscy zniknęli i miejsce stało się znowu spokojne, jak poprzednio. Cliff odetchnął ale podejrzliwie wietrzył następne niespodzianki.

“It is so strange” myślał Cliff, szukając odpowiedzi. “What suppliers, what sticks”, prawdopodobnie Mortoni prowadzą rodzaj biznesu, lecz co to za biznes w domu Housing Commission. Ale prawdopodobnie mają pozwolenie od lokalnego rządu.

Westchnął i pomyślał, że kiedy Berni żył wszystko było w porządku i na swoim miejscu. Wprawdzie Berni nigdy nie sprzątał i jego mieszkanie cuchnęło paskudnie bo nigdy też nie wietrzył, ale panował porządek jak w normalnej rezydencjalnej dzielnicy. Co więcej, pies zachowywał się bardzo kulturalnie. Cliff czytał w lokalnej prasie, że ludzie mają spore problemy z psami bogaczy w willach, psy te potrafią całymi dniami szczekać, oczekując na właścicieli. Specjalni urzędnicy przyjeżdżają z miernikami decybeli. Jeżeli ilość decybeli przekracza ustalone normy, właściciele otrzymują upomnienie. Niewiele to zmienia. Bardziej nerwowi poprostu muszą szukać innych miejsc, więc sprzedają swoje domy i idą dalej. W ten sposób ruch sprzedaży i kupna domów w Australii jest nakręcany, ku pożytkowi zarówno pracowników Realty, jak i rządu, który zciąga odpowiednie podatki. Życie toczy sie dalej. Było zresztą takie przysłowie “Psy szczekają a karawana idzie dalej”. Że nie pustynie? Przyjrzyj się mapie Australii. Większość terenu to właśnie pustynia.

Wewnątrz domu po lewej stronie od Cliffa toczyła się gorąca dyskusja: “You pighead, why you don’t tell suppliers that they must act quickly”. “Shut your filthy mouth halfbrainy” odpowiedziała Cristal. “You know, I am perfect and you without me Jerry will be living under the bridge, you quacky little brain. Without me everything will be gone with the wind”. I wtedy zapłakał Jerry “You stupid quacky cow, you think you are so smart but without me everything would be in the ruin”. Rozmawiali tak głośno, że Cliff słyszał i łapał dosłownie wszystko.

Pomyślał wtedy. Oj, dla mnie się dobrze nie zanosi. Poczuł się bardzo smutnym i zdesperowanym człowiekiem. Postanowił odszukać grób Berniego i złożyć na nim kwiaty. Berni to był złoty człowiek, pożyczał 50 dolców ale zawsze oddawał, nie słuchał muzyki typu Doof, Doof, Doof, jego pies zachowywał się bardziej kulturalnie od przeciętnego mieszkańca housingów, nawet Miriam była miła, podobno prywatnie pisywała poetry i nawet nadawała na Internet. Lepsze to było i popularniejsze niż udręki z wydawcami, którym właśnie z powodu Internetu grunt zaczynał się palić pod nogami. Nawet jak coś opublikowali, zalegało to półki księgarskie, a zwłaszcza poetry. Natomiast poetry na Internecie, znajdowała oddźwięk i zrozumienie wśród innych producentów poetry, i trwała wzajemna przyjacielska wymiana poglądów, myśli i wrażeń. Wydawanie książek nie ma też sensu, ponieważ pieniądze uzyskane przez autora sa minimalne, autorzy cieszą się gdy schodzą do zera. Z Internetem jest lepiej.

To była nowa sytuacja. Jak z Mr Jackel i Mr Hide. Wewnątrz swego domu houzosi, czyli Mortonowie, byli jak hell, ale na zewnątrz rozmawiali z Cliffem w słodkim języku. “Sorry, neighbour. We have some problems. You may think about us that we are neighbours from hell, but we will be caring about your lawn and we put metal poles and wire to keep cars out, please be indulgent, sir”.

Kilka dodatkowych informacji na temat nowych houzosów. Jerry miał inwalidzką pensję, ponieważ jego żołądek i nerki były w opłakanym stanie. Cristal miała zasiłek dla bezrobotnych, czyli unemployment benefit, ważne jest słowo benefit, (ono jakoś podnosi ludzi do góry) ale prowadzili nielegalny biznes z mari. Nazywali go “Mari for Medical Purposes”. Marihuana jest stosunkowo łagodnym narkotykiem w porównaniu z heroiną czy śnieżno-białym lodem, nawet korzystna w leczeniu małych dzieci z drgawek. Stąd prawdopodobnie kręciło się tyle matek z wózkami. Rząd jednak uparcie odmawiał legalizacji każdego narkotyku, nawet marihuany, mówiąc Nie i Nie. Ktoś twierdził, że gdyby zalegalizowano narkotyki cały naród by się rzucił na nie. Tymczasem robiono próby w Portugalii. Okazało się ze jest odwrotnie. Narkotyki sprzedawane w aptekach, profesjonalnie dawkowane, zmniejszyłyby śmiertelność. Poza tym jeżeli jest coś dozwolonego to przestaje interesować ludzi.

Cristal to była kobieta o wielkim ciele, z potężnym czarnym kokiem na głowie, we flip-flopach lub tongach, bądź klapkach, o ile w ogóle je miała na nogach. Miała dwoje dzieci z pierwszego małżeństwa, 17 letnią Trissy, która wyglądała dokładnie jak pomniejszona matka i 16 letniego syna Bobie. Rodzeństwo nie chodziło do żadnej szkoły czy na kursy przewidziane przez social security i oczywiście nie pracowali, jeżeli nie liczyć udziału w rodzinnym biznesie. Trissy miała boyfrienda Danny. Danny miał 19 lat i pracował wyłącznie na czarno.

Czasami rodzina toczyła maleńkie boje z policją, ale jakoś obie strony dochodziły do porozumienia.

W końcu marihuana to taki niewinny narkotyk, i jeżeli nie przekraczasz pewnych norm w użyciu i sprzedaży, mimo że jest nadal nielegalna, jakoś ciągniesz ku zadowoleniu wszystkich, być może z wyłączeniem garstki dobroczyńców ludzkości, czyli do-gooderów, którzy w ogóle wymyślili wszystkie prohibicje, z pierwszą antyalkoholową w Ameryce.

Można powiedzieć że Univers Mortonów był prosty i nie tak znowu nieskończony. Mortoni, policja, klienci i oczywiście najważniejsze, big bosses i pośrednicy w handlu. Można ich było nazwać Invisible People.

W starym miejscu przed zburzeniem domu z powodu azbestu, Mortonowie prowadzili podobny biznes z marihuaną, ale policja się głównie interesowała, kiedy stawało się hałaśliwie i domowe bójki dawały się we znaki sąsiadom. Przybywali samochodami pełnymi kolorowych swiateł i sygnałów, i wtedy reagowały przede wszystkim psy. Psy jak wiadomo mają nie tylko węch ale i słuch bardziej czuły od człowieka i nie znoszą ani odgłosu fajerwerków, kiedy cały naród się raduje, ani też muzyki rockowej typu Doof, Doof, Doof czyli z ciężko chodzącą basową gitarą. Policjanci wtedy mówili do Cristal: “You Madam violated the law” a Cristal odpowiadała: “You violated the law too”. Była to prawda. Bobie, uciekał przez okno i policjant łapał go za tyłek czyli bum. “He is under aged” krzyczała Cristal “You are molesting him”. I policjant poczuł się lekko zmieszany. Całe szczęście że Cristal nie występowała ze skargą do sądu bo nie miała na to pieniędzy.

Cliff zaczął traktować Mortonów sympatycznie, podśpiewywał nawet sobie. Oh, Mari/Mari don Huana, ale Mortonowie mieli prywatną opinię na temat Cliffa. “He is absolutely Alien. Not drinking, not smoking, not using drugs. Listens to uncool classical music, likes art, birds, maybe cat too,”

“You are right Pighead” odpowiedział Jerry, but i have a good idea. Maybe he likes girls, we must send Trissy to him for toilet paper, some bread or onion. They will be talking and laughing and we’ll get new client, I know I am right”. “Yes, halfbrainy, you are quacky right man but I am sorry, not too often”.

ciąg dalszy nastąpi

Komentarze

Autor

Adam Fiala

Adam FialaPisarz i grafik polski, który od ponad trzydziestu lat wiedzie życie imigranta. Po osiedleniu się w Australii pisarz zmieniał miejsce zamieszkania parokrotnie, aż osiadł w słonecznej Zachodniej Australii, skąd daje się poznać czytelnikom w Kraju jako wnikliwy obserwator realiów australijskich. Proza satyryczna małych form, w której autor wgłębia się w życie australijskie i zapisuje świat imigranta i ‘przeciętnego’ Australijczyka w wielorakich kontekstach ... Wiecej o Autorze. Więcej artykułów tego autora