Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Wydarzenia – felieton

Autor: Krzysztof Deja 15 listopada 2013

 

 

Przez kolejne tygodnie spisywałem wrażenia i spostrzeżenia z niedawnych wakacji, a tu wokoło życie się toczy, płynie meandrami wydarzeń dotyczących w jakiś sposób każdego z nas.

Tu w Australii od niedawna mamy nowy rząd. Po kilku latach wątłej dominacji Partii Pracy, do władzy doszedł Tony Abbott ze swoją Partią Liberalną. Jest on 28. premierem Australii. W koalicji z Partią Agralną zaczęli żwawo wprowadzać nowe porządki. Szef rządu Abbott rozpoczął od cięć budżetowych. Ograniczył znacznie pomoc dla uchodźców, oraz będzie zawracał łodzie z przybyszami z Azji. Tnie dostęp do i tak małej zapomogi dla dotkniętych kataklizmem i to w sytuacji kiedy tylu ludzi zmagało się z pożarami na terenie NSW (Nowej Południowej Walii).

Czy będzie lepiej? Trudno powiedzieć. Niektórzy mówią, że lepiej już było… w sumie nie jest źle. Na tle światowej sytuacji wskaźniki naszej gospodarki wskazują optymistyczne prognozy. Oby rynek chiński się nie załamał, bo to od nich zależy nasze dobre samopoczucie. Nic nam nie pozostaje tylko modlić się za pomyślność Chin Ludowych – do czego to doszło… Osobiście uważam, że nowy premier powinien więcej uwagi poświęcić emerytom i rencistom, bo liczba ich gwałtownie rośnie, a forma obsługi tej grupy społecznej była szyta na miarę lat 90. ubiegłego stulecia.

W Polsce od dłuższego czasu (jakieś pół roku) główne miejsca w mediach zdominował stan duchowny, kapłani ze swoimi sprawami, nierzadko skandalami. Jest to całkiem odwrotnie niż u nas. W Australii zaglądając do mediów można by odnieść wrażenie, że tu nie istnieją religie, kościoły czy duchowieństwo. Nawet gwiazda papieża Franciszka jest tu ledwie zauważalna, szczególnie w porównaniu z Polską. Sprawy pedofilii księży też istniały, ale zostały dość szybko załatwione (chyba), bo się o tym wcale teraz nie mówi. W przeciwieństwie do polskich mediów gdzie aż huczało od opisów wyczynów polskich duchownych na Dominikanie, czy wypowiedzi arcybiskupa Michalika i innych. A to znów potyczki podwładnych z przełożonymi, czyli księży z ich biskupami, a to kontrowersyjne wypowiedzi w sprawach in-vitro czy (tak modnej ostatnio) ideologii gender. Opinia publiczna tym żyje więc jest karmiona wedle potrzeb. Trzeba jeszcze wspomnieć o problemie uboju rytualnego, wychowania młodzieży z głównym tematem: religia czy etyka w szkołach państwowych, obostrzenie przepisów antyaborcyjnych, itp. We wszystkie te tematy mocno zaangażowane jest duchowieństwo, co nie zawsze wychodzi mu na dobre, bo społeczeństwo szybko wyłapuje kiedy się co innego mówi, a co innego robi. Poza tym, ci którzy znają zagadnienia powierzchownie bo tylko teoretycznie, nie mogą być wyrocznią. Tematy te rozgrzewają opinię publiczną bo jak zwykle w tego typu sytuacjach, jedni są za, inni przeciw. Ale tak naprawdę, to ludzie w sprawach religii pozostają dziećmi na całe życie.

Od niedawna, co wieczór przenoszę się na “nieludzką ziemię” jak nazwali Syberię, zesłańcy do lagrów. Czytam “Dzienniki kołymskie” – reportaż literacki autorstwa polskiego dziennikarza Jacka Hugo-Badera. Lektura ciężka, pomimo że rzecz dzieje się już w “wolnej” Rosji, bez terroru i cierpień, ba w XXI wieku, to na każdej stronie czuje się to fatum przeszłości, to odciśnięte piętno które ciąży na tej ziemi. Ludzie tam mieszkający są tak przesiąknięci tą martyrologią i jednocześnie demoralizacją systemu którego już niby nie ma, a ciągle żyje w lokalnej społeczności.

Tak we wstępie napisał autor: „Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach…
Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE – W ZŁOTYM SERCU ROSJI”.

Jacek Hugo-Bader spisywał te dzienniki w czasie swojej podróży po północno-wschodniej Rosji potocznie znanej Kołymą we wrześniu i październiku 2010 roku. W opowieści tej rzuca się w oczy bliskość życia i śmierci, bytu i niebytu, bezgraniczne przenikanie się tych dwu fundamentalnych stanów. Czuje się jak małą cenę ma ludzkie życie i jak niewiele się o nie dba. Jest to jakby zakodowane w genach mieszkańców tych ziem. W czasie trwającej ponad miesiąc wędrówki autor poznaje wiele barwnych postaci i notuje ich historie.

Czytając tę książkę bezwiednie przychodzi mi na myśl postać wielkiego pisarza rosyjskiego Fiodora Dostojewskiego autora Biesów, Idioty czy Zbrodni i kary. On też problem śmierci znał bardzo dobrze, bo z autopsji. Sam został skazany przez cara na ten najwyższy wymiar kary w 1849 roku i na chwilę przed wykonaniem wyroku dnia 22 grudnia tegoż roku został ułaskawiony. Wyrok złagodzono – bagatela – do 4 lat katorgi, a po tym jeszcze 6 lat służby wojskowej na najniższym szczeblu. Przy takim talencie i z takim doświadczeniem któż lepiej potrafiłby opisać takie przeżycia niż on sam.

Krzysztof Deja

Ponieważ u nas lato tuż-tuż, to i prezentowane poniżej zdjęcia w tych kilmatach.

 

Komentarze

Autor

Krzysztof Deja

Krzysztof DejaKrzysztof Deja mieszka w Adelaide od ponad 30 lat. Jego Dzienniki Poranne i felietony pisane są właśnie z tej "australijskiej perspektywy". W portalu zaczęliśmy je publikować w sierpniu 2003. Z zawodu inżynier, projektujący pojazdy pancerne i inne środki transportu. Z zamiłowania zajmuje się literaturą. Pisuje dla polonijnej prasy. Wiele jego wierszy zostało nagrodzonych. Jest również autorem opowiadań oraz powieści pt. "W kolejce do raju", traktującej o przygodach w trakcie emigracji z Polski.   Więcej jego utworów można znaleźć pod adresem www.australink.pl/krzysztof   http://www.youtube.com/watch?v=vYArdV1Bnoc http://www.youtube.com/watch?v=x-uQbTeD3aA Więcej artykułów tego autora