Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Wiedeńskie Basimalie

Autor: Teresa Podemska - Abt 19 grudnia 2012

Barbara Synoracka rozmawia z Teresą Podemską – Abt

Barbara Synoracka – absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, ukończyła wydział filologiczny na kierunku filologia germańska w roku 1978. W Polsce pracowała w Bibliotece Uniwersyteckiej jako bibliotekarka. Wyjechała z Polski w 1984 roku, gnana chęcią zmian na lepsze i ciekawością świata. W Austrii zajmowała się początkowo księgarstwem; od lat zaś jej praca polega na przeszukiwaniu mediów – gazet i czasopism – za zamówionymi informacjami. Pisała „od zawsze”, ale do szuflady, którą otworzyła dopiero niedawno, debiutując w „Listach z Daleka” redagowanych przez Leokadię Komaiszko w Belgii. Lubi podróże, odwiedziła kilkakrotnie południe Europy, a także Australię i Kanadę. Interesuje ją historia i historia sztuki; upodobała sobie włoski renesans, choć najbardziej fascynują ją dzieła Pietera Brueghla. Pisarzami, do których najchętniej ciągle wraca są Kafka i Hesse; poza tymi pisarzami nie istnieje żaden, którego dzieło stałoby się jej książką życia. „Jest ich zbyt wiele, a najważniejsza jest zawsze ta, którą się akurat ma w ręku”, mawia. Inaczej w jazzie, jej ukochanym gatunku muzycznym. Tutaj idolem jest Jan Garbarek. Słucha go często, zajmując się swoją najnowszą pasją, malowaniem na jedwabiu.

TPA: Halo? Wiedeń? Tu Teresa Podemska-Abt z redakcji Poza Granicami, działu Przeglądu Australijskiego w Adelajdzie.

Barbara Synoracka

Barbara Synoracka

BS: Miło mi. W Wiedniu weekend. Leniuchowałam cały (poczytując na wszelki wypadek o Karolu V, bo to przy okazji spory kawał habsburskiej historii, którym się teraz zajmuję), ale w poniedziałki zaczyna się inne życie, znaczy – życie na chodzie.

TPA: U Was w Wiedniu, ‘życie na chodzie’ to taniec i muzyka?! Byłam oczarowana faktem, że w Stadparku, południem majowym gra orkiestra a aktorzy mają próbę na powietrzu. Odruchowo, słuchając muzyki i podziwiając ten wręcz baśniowy świat, ‘szłam’ alejką w takt walca. Jakież było moje rozbawienie, gdy idący z przeciwka Pan ‘wszedł’ w mój taneczny pląs i ‘przekręciliśmy’ parę kroków razem. Coś ‘szprechał’, ale słowa nie były ważne, bo to park zachwycał melodią i pięknem bzów. Wiedeń ‘uwiódł’ mnie dorożkami, ulicznym zgiełkiem, dostojeństwem zabytków, kobietami w pięknych tradycyjnych, a modnie skrojonych sukienkach z austriackimi haftami. Twoje miasto, Basiu, choć minęło już sporo lat od tamtego z nim spotkania, tak mi się kojarzy! Pamiętam też polski Wiedeń. Jak wszędzie w środowisku polonijnym, macie ciekawy polonijny żargon.

BS: O tak! I żargon ten mi się podoba, jest pełen dowcipu. Na przykład mamy tu taki kod, gdy mówimy o różnych środowiskach: Polacy to ‘Polańscy’, Turcy to ‘Tureccy’, Niemcy to Niemieccy, itd. Można się bawić. Gdy dodasz do tego, słowami piosenki, „My Polacy to jedna wielka rodzina” to w Australii macie ‘Czesickich, Wietnamskich, Węgierskich, Nowozelandzkich’, itp. Żartujemy, że cały świat należy do nas, ale tak naprawdę, podczas gdy Polaków rozproszonych emigracją są miliony, tych z obywatelstwem austriackim jest tylko ponad 20 tysięcy.

TPA: Zbliżają się święta, jak upływają w Wiedniu?

BS: Moje święta upływają spokojnie; książki, muzyka, spacery i rozmowy telefoniczne z przyjaciółmi z całego świata. Lubię w ten sposób mówić, że cząstka mnie jest z nimi. Mam parę dni wolnego, więc i nadzieję, iż na tyle uspokoję głowę, aby parę pomysłów na wiersze i malowanie mogło się skrystalizować. Gdy spytałaś o święta, to przypomniały mi się święta spędzone kiedyś w Australii. Były niezwykłe. Inne: przyroda, pogoda, miasto, ocean zamiast gór, białe plaże zamiast śniegu. Nasze wycieczki samochodem z Madzią Burzyńską-Bartczak i z Wami to przeżycia niezapomniane, zawdzięczane ludziom, których tu brakuje. Rok rocznie moje myśli płyną do Australii, gdzie na moment czułam się prawdziwie zadziwiona światem. Pamiętam australijskie winnice, szczególnie jedną z pszczołami pod sufitem i słodkim, doskonałym i mocnym ‘mead’. Był tam, w McLaren Vale, staruszek–Niemiec, wzruszył się, gdy zagadaliśmy w Jego ojczystym języku. Za nim, na ścianie stał kawał starej beczki z napisem: „Im Wein ist die Wahrheit” (in vino veritas), tyle że z błędami ortograficznymi. Jego wzruszeniu nie przeszkodził fakt, iż jestem Polką, zresztą pewnie nie dosłyszał akcentu. Był taki sympatyczny. Nie zapomnę tego nigdy.

Magda Burzyńska-Bartczak, malarka, graficzka, ilustratorka. Studiując w pracowni ilustracji prof. Janusza Stannego, dyplom ASP (grafika) w Warszawie otrzymała w 1980 r. Scenografię teatralną skończyła w Pradze (AMU). W czasie studiów wykonała szereg plakatów kinematograficznych do filmów, np.: „Sprawa Gorgonowej”, „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, „Miś”. Już na emigracji, w Adelaide TAFE (Australia) ukończyła studia podyplomowe w dziedzinie projektowania opakowań (1993 r.) Była artystką realizującą się w różnych dziedzinach sztuki: malowała, ilustrowała książki, projektowała lampy, zajmowała się restaurowaniem wnętrz. Prowadziła własną pracownie witraży i ceramiki. Jej wyroby na zasadzie wyłączności sprzedawał salon „DESY” w Toruniu. Wykładała w Europejskiej Akademii Sztuki w Warszawie. Jej ostatnią pasją było projektowanie i zdobnictwo mebli.

Zaprowadź mnie do domu

Zaprowadź mnie do domu

TPA: Wróćmy do Wiednia. Co w nim pięknego, a co brzydkiego w okresach świątecznych?

BS: Święta tu stały się świętem ‘komercjalizmu’. Czekoladowe mikołaje są w sklepach już we wrześniu. Nie podoba mi się, że miesiące przed Wielkanocą sprzedają sztucznie farbowane jaja. Taka żywność jest niebezpieczna dla zdrowia. Z drugiej strony, jak kto się skusi, sam sobie winien. Ale żarty żartami, szkoda po prostu, iż chęć zysku psuje naturalny tok roku i świąt. Biznes niepotrzebnie pogania Czas, który przecież i tak ‘wie’ swoje. Dajmy Czasowi czas, jak pisał (bodajże) Stachura. Także w Twoich wierszach, Tereso, czas jest wielowymiarowy. Tylko tak można zrozumieć nasze istnienie. Podobnie jest chyba w tubylczej koncepcji Czasu i naukach Dreaming’u, o czym piszesz w artykułach. Ale ja się ciągle zastanawiam jak to z tym czasem i aborygeńskim Dreamtime jest? Rozumiem, że jeśli śnię to będąc w innym stanie, przebywam w innym świecie, w świecie snów, którego nie można ignorować ani stawiać ‘niżej’ niż świat realny. Dla mnie to jasne, bo sen jest tak samo częścią mnie, jak ja jestem częścią Kosmosu. Te dwa światy są więc jednością. Kosmos jest energią samą w sobie, która bezustannie ekspanduje, więc i my razem z nią. Tak zwanego boga pojmuję jakonieodkryte, wierząc, że jest w naszym własnym JA i manifestuje się jako piękno, miłość, energia w nas samych i jak mi się wydaje, tego właśnie szukają buddyści w swoich medytacjach. Niejaki Pico della Mirandola, poeta i filozof Florencji wierzył, iż jesteśmy dziećmi Boga (pojmowanego niepobożnie, bo chodziło o władzę) i stąd mamy w sobie jego iskierkę i światło i że tylko od nas zależy czy będziemy chcieli je w sobie odkrywać, dążąc do Ideału, czy zostaniemy ‘w ciemnościach’. Gdyby nie Wawrzyniec Wielki, spaliliby biedaka za tę herezję. Choć sama nigdy nie pojęłam sensu okrutnej śmierci Chrystusa, to przebywając w kościele lubię myśleć o sile Uniwersum i jej wpływie na nas. Poza tym, gdy mamy tu czasami w Wiedniu upały to przyjemnie jest ‘drzemać’ wśród planet i ich koniunkcji, natomiast w zimowym Wiedniu, przy kolędach, muzyce i gwieździstym niebie, zapada się w piękny świąteczny sen. Jeśli spadnie puszysty śnieg nie trzeba mi niczego więcej. Rozmarzona, patrzę na rozradowanych ludzi i cały świat wydaje mi się być kolebką szczęścia.

The Hitchckock House

The Hitchckock House

TPA: Dreaming i Dreamtime to systemy myślenia i egzystencji na każdy dzień, ogromna filozofia. Niebo: układ gwiazd i pojęcie czasu w tym systemie myślenia prowadzi nas do aborygeńskich mitów i mitu jako takiego. Ale Ty, Basiu, wracając do waszej półkuli, jesteś spod znaku Lwa, więc kochasz słońce i popołudniowe rozmarzenie i śnienie. Pewnie z tego powodu, dając sobie czas na dojrzewanie, jak lwicy przystało, wszystko Ci się udaje?! Jesteś filologiem, germanistką, poetką, rysujesz, malujesz, malujesz na jedwabiu, wyszywasz, znasz kilka języków, interesujesz się historią Austrii, i historią sztuki i ciągle, jak słyszę, czegoś nowego się uczysz, teraz zapragnęłaś zostać przewodnikiem. Skąd, pomijając nasze polskie Niebo, się wywodzą tacy ‘podróżnicy’ jak Ty? Po kim dziedziczysz ten niesamowity entuzjazm i ciekawość życia? Skąd masz tyle pomysłów na życie i do czego zmierzasz?

BS: Tego nie wiem. Daję się zaskakiwać mojej drodze. Pomysły zaś podsuwa mi samo życie; czy dobre i czy udaje się ich realizacja to już inna sprawa. Podróżujemy, póki nie staniemy u celu, a ja nie mam wrażenia, że tam już jestem, więc idę.

Refugium

Refugium

TPA: Taką metaforyczną podrożą jest nasza teraz tu rozmowa, będąc jednocześnie Twoją i moją ‚story’ albo opowieścią. Naturalnie są to, używając terminów aborygeńskich, dwie ‘story’, ale to spotkanie inicjuje naszą narrację świata, do której każdy czytelnik dopowie nam — ‘czytając nas’ — swoją ‘story’. W ten sposób powstanie kolejne ‘story’, jego/jej-nasza-twoja-moja opowieść. Tak to właśnie w kulturach przekazu ustnego (np. aborygeńskich) opowieść nigdy nie ma końca i jest ‘hi-storią’. Podobnie my, poprzez tę tu ‘story’ znajdziemy się ‘poza czasem’; a w każdym razie, nasze wyobrażenia i rozumienie siebie i słów tu wypowiadanych oraz czytelników wyobrażenie o tym, o czym mówimy, nie zmieści się w czasie linearnym, bowiem w opowieściach przemieszczamy się ze światów rzeczywistych w nierzeczywiste, możliwych w historyczne i metafizyczne. Ludzkie myśli, jak powiedziałaś, stale są zajęte. Nasz świat istnieje tak w myślach jak w historiach (które sobie opowiadamy) i choć tekstualny, jest także rzeczywisty. W ten sposób każdego dnia tworzy się wielość świata a w niej – świat mowy, świat pisma, świat rzeczy, świat marzeń i snów, świat naszych ogrodów, cokolwiek tych ‘ogrodów’ by nie stanowiło. Tworzymy, wespół z innymi stworzeniami i rzeczami świat, który istnieje i w nas i poza nami. Ten drugi jest niezależny od nas; to świat innych ludzi i zwierząt, świat rzeczy, świat działań i myśli niezgłębionych i dla nas niezrozumiałych. W gruncie rzeczy jest to świat Natury i Natury Rzeczy, czyli świat boski, po którym odbywamy podróże w myślach, słowach i przestrzeniach, a jednocześnie znajdujemy się w konkretnym czasie historycznym. Sięgając tego boskiego świata, świata mitycznego, naszego jego wyobrażenia i wyobrażenia ‘początku’, potwierdzamy pojęcia nieskończoności i kreacji. I tu, znajdując się już bardzo blisko aborygeńskiego Dreamtime’u i Dreaming’u, ‘przędziemy’ nasze małe hi-story, w którym każdy głosi przecież także jakąś swoją prawdę.

Porozmawiajmy o prawdzie Twoich wierszy. Zainteresowała mnie Prakobieta, w której mityczny raj, a może tylko marzenie raju ulega ciekawym transpozycjom. Słowa-ikony aktywizują obraz wygnania z Raju, czym ta biblijna asocjacja prowadzi nas w wymiar ziemski.

Wypędzona z raju
zazdroszczę
zdolności pełzania

bezwiednie podnoszę
kilka ptasich piór
nasiona gorzkich ziół
wykradam

wygnanka z cudzego ogrodu…

a przecież
obchodziłam go co dzień

żeby nie był sam.

Jesienne liście, jedwab

Jesienne liście, jedwab

Prakobieta, niekoniecznie Ewa (?), uczy się pełzać, podnosić, obchodzić. Semantyzacja tych czasowników jest bardzo sugestywna. Zachowanie Prakobiety sugeruje akceptację Ziemi jako czasoprzestrzeni, w której uczy się ona od tych, którzy byli na Ziemi przed nią: płazów, gadów. Prakobieta uprawomocnia swój pobyt na ziemi; pióro jest w niektórych tradycjach insygnium boskości, w innych — prawdy. W tym wypadku prawda jest gorzka jak Życie wygnańca, ale przecież nasza bohaterka ma też nasiona, co czyni z niej ‘starą’, ‘dziką’ lub ‘pierwszą kobietę’, ta zaś w najstarszych opowieściach to kobieta–demiurg, szamanka, czasem bogini, czasem wiedźma, czarownica. Mocna, mądra, pojętna, nieodzownie związana z siłami Natury, boskości i kreacji. Pamiętamy, że nasiona to symbol tak ponownych narodzin jak dobra i zła. Mówiąc o tym wierszu zastanawiałam się nad jego interpretacyjnymi możliwościami, poetycką siłą przekazu oraz koncepcją deprecjacji raju, który na skutek doświadczeń podmiotu zmienia się w ogród „gorzkich nasion”, a jednocześnie staje się światem ogrodów. Wiersz otwiera się na interpretacyjne możliwości odwracania znaczeń oraz możliwości semiozy wielu sensów. Pozwala na przenoszenie się w czasie, z pradawnego Czasu (aborygeński Dreamtime), przechodzimy w Życie i Los (aborygeński Dreaming), w czas codzienności teraźniejszości. Powiem jeszcze inaczej, czerpiąc z mitu, zmetaforyzowałaś doświadczenie, przy czym nie można nie zauważyć, że ostatni wyraz, jakże maleńkie słówko: ‘sam’, odnosi się parabolicznie, jak i cały poetycki scenariusz, także do mężczyzny, mężczyzny-boga, Boga.

Wracając do pytania, czym według Ciebie jest opowieść, opowieść poetycka. Jak projektujesz czytelnika, czym się kierujesz?? A może piszesz po prostu dla siebie? Jak to naprawdę z Tobą i z Twoją opowieścią o życiu, kosmosie, świecie oraz sobie i innych jest? Chociaż, opowiadasz w wielu formach artystycznych, zacznijmy od pisania.

BS: Jeśli piszę to i dla siebie i z siebie. Moje wiersze to zapiski przeżyć, uczuć i emocji, których nie potrafię inaczej wyrazić, a poezji wolno tak wiele. Odbiór jest moim zdaniem tak indywidualną sprawą, jak intymną sprawą jest pisanie. Albo więc, mój odbiorca i ja ‘trafimy na siebie’ albo nie. Nie nastawiam się na odbiorcę, ale cieszę się, gdy jestem zrozumiana.

TPA: Tu bym uważała, bo bez czytelnika nasze utwory nie istnieją inaczej jak hobby lub pamiętnik. Znasz pewnie słynne powiedzenie Barthesa, ‘autor nie żyje’, albo równie słynne pytanie Fisha – ‘czy jest w tej klasie jakiś tekst’; chodzi o to po prostu, że to nie autor, ale czytelnik nadaje naszym wierszom ostateczny sens. To dokładnie to, o czym mówiłam wcześniej w odniesieniu do aborygeńskiej ‘story’; czytelnik jest jak gawędziarz, tworzy swoją ‘story’ na bazie, którą zna. Ale zarzućmy ten temat. Interesują mnie też kreacje-historie tworzone przez nasze dłonie, przez nasze ślady w świecie albo przez znaki i kreacje świata dla nas. Możesz powiedzieć jak to jest z Twoimi dłońmi? Czemu/komu oddają one Twoja energię i piękno w Tobie?

BS: Moje rysunki to potrzeba odpoczynku i kontemplacji, wchłonięcia środowiska, także piękna, którym jestem otoczona. Ale są też obrazki, zainspirowane literaturą, ciszą, milczeniem, radością, smutkiem. Jest to też forma powiedzenia tego, czego nie potrafię powiedzieć słowem? Wierzę, że Twoje dłonie na przykład, a widziałam Twoje ogrody, umieją dać roślinom nadmiar Twojej energii. Jeśli przyjrzeć się mojej zieleni w mieszkaniu i na balkonie, wątpię czy takową energię posiadam. Myślę, że energia dłoni to głównie moc naszej wyobraźni i myśli, to ciepło, gdy dotykamy bliźniego. To coś, co trudno nazwać, bo ręce potrafią stworzyć wszystko, budują altruizm, ale i mosty? Stąd ten nasz ‘Sen’, ‘dreaming’ ludzkości i jednostki, także emigrantów zmierzających w nieznane, budujących dom w obcości. To jakoś tak jest jak w Twoim wierszu zatytułowanym „Zapisuję”. Zapisujesz ‘dzień snu’ i ‘sen dnia’, przy czym wszystko dzieje się jednocześnie, choć nie wszystko – świadomie i jawnie. To życie zawsze jest u Ciebie tylko pół-życiem i pół-snem, albo odwrotnie; jesteśmy w ‘półśnie’, ‘pół-rzeczywistości’, albo pokazujemy ‘pół- albo ćwierć-twarzy’. I jest w tym – według mnie – taka racja, że na przykład w przestrzeni kosmicznej i mitycznej istniejemy tylko w naszej wyobraźni. W wyobraźni także są też najpierw nasze wiersze, wyszywanki, rysunki czy wielkie konstrukcje mostów, czyli jesteśmy wtedy gdzie one się nam śnią i marzą, ale jesteśmy jednocześnie tu gdzie nad tym wszystkim realnie pracujemy, używając rąk, oczu, uszu, ciała, pamięci. Wracając do aborygeńskiego terminu, to ja rozumiem ‘dreaming’ jako stan nieważkości w egzystencjalnej gęstwinie. Dla mnie, mój dreaming nie jest ideą, bo nikt go nie wymyślił. W moim rozumieniu Idea równa się Kosmos, bowiem Kosmos to egzystencja sama w sobie, choć trudno nam sobie wyobrazić nieskończoną kulistość wypełnioną energią istnienia bez jej konkretnego źródła, które tak czy owak, pozwala nam myśleć czy marzyć. Powiem więcej — mam nadzieję, że Kosmos będzie łaskawszy i ześle mi odrobinę tej pomysłowej energii, dzięki której sam istnieje. Wierzę, iż któregoś dnia wszelka twórcza wibracja będzie znów na świecie między ludźmi bardziej odczuwalna. Myślę też, iż gdybyśmy stan takiej ‘nieważkości’ osiągnęli, to, aby trwał bez końca, musielibyśmy pamiętać, że nasz niedoskonały świat stale potrzebuje naprawy, upiększenia, udoskonalenia, stąd każde myślenie trzeba ‘obrócić’ w doświadczenie pozytywne. Myślę, że to moje wyobrażenie o Kosmosie to taki zachodni ‘dreamtime’, w którym wszystko jest możliwe. (Przepraszam, jeśli z kulturowej mej niewiedzy, aborygeński Dreamtime nieco sobie uprościłam, ale nie znając jego oryginalnej metafizyki, inaczej wyobrazić go sobie nie umiem). Wracając do ogrodów i mostów, to ja maluję je na jedwabiu, rysuję na papierze, a ‘niewinnie zazdroszczę’, znaczy – podziwiam, ludziom, którzy kreując coś bardzo konkretnego, widzą rezultaty swej energii i mogą się nimi cieszyć od pierwszego momentu. Moje malowanie to także ‘most’ i ‘ogród’ same w sobie prowadzące do drugiego człowieka. Moje chusty, rysy, szkice, malunki, obrazki są zawsze skończone, tym różnią się od wierszy na przykład.

TPA: Tubylcy w Australii wierzą, że Kosmos daje ludziom siłę twórczą. Co do prac skończonych, czyli ‘produktów’ (do kupienia) to uważam, że nawet jako jednostkowe dzieła twórcy nigdy nie są skończone. Po prostu każdy człowiek wie jak trudno nadać ostateczny kształt czemukolwiek co robi; ciągle moglibyśmy coś kontynuować aby było pełniej, celniej, lepiej, dokładniej, jest to sprawa ludzkiego dążenia do ideału. Jest też przecież, przypominam, sprawa odbioru i odbiorcy, którzy to co dostają od twórcy (książkę, obraz, szkatułkę) otwierają swoim kluczem, używając i interpretując wszystko po swojemu, dodając temu swoje rozumienie, smak estetyczny, sensy, wyobrażenia i transpozycje marzenne i realne. Mnie zastanawia co innego, a mianowicie fakt, że ‘stan zawieszenia’, o którym mówisz, a jest nim także ta nasza teraz ‘dreamingowa rozmowa’, ten nasz stan błądzenia pomiędzy różnymi przestrzeniami, nigdy się już nie powtórzy, najwyżej rozwinie (w coś innego). Używając Twojej metafory, zapraszamy się do własnych ogrodów, jednocześnie je przekształcając. Jak rozumiem, dla Ciebie ‘dreaming’ jest kategorią i metaforyzacją ‘snu’, co odpowiada myśli Zachodniej, ale fakt jest taki, że aborygeński Dreaming jest nie tylko stanem biologicznym, snem, śnieniem rzeczywistości czy marzeniem. Dreaming (jak ja go rozumiem) jest Życiem, losem, rzeczywistością jednostki, Świata, Ziemi, Wszechświata, a także i życiem rozumianym jako codzienność każdego z nas, innymi słowy, Dreaming obejmuje znaczeniem różne formy Życia, o którym Wisława Szymborska napisała, a Łucja Prus zaśpiewała, iż Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy. W tym miejscu naszej rozmowy należałoby też uściślić pojęcie Dreamtime, który oznacza czas przemijający, miniony, jak czas mitu albo czas historii. Ogólnie rzecz biorąc, mówimy tu o Czasie, w którym teraz i zawsze żyją jednocześnie Mit (przed-/i niechrześcijański oraz chrześcijański) i Kreacja, Pamięć, Śmierć, Metafizyka, Marzenie, Wiara, Dola, także czasie historycznym: Wojny, Kolonizacji, Okupacji, Akulturacji. Z mojego punktu widzenia, trafna jest Twoja refleksja, że „Te dwa światy” – przypomnijmy, realności i snu – „są jednością”. Kosmos i ‚ja’ to interpelacja ontologii i epistemologii istnienia i ich jednoczesności. Z tej racji zarówno oba podejścia, jak Czas i wszystkie światy, w których istniejemy są NIEROZDZIELNE, choć mogą stanowić systemy jednostkowe, które – jak wiemy – nieustannie się przenikając i ewoluując, nigdy nie są stałe ani zamknięte, ani skończone. Powiedzieć, że jako jednostki, świat(-y), wszechświat(-y), społeczeństwa czy kultury jesteśmy w stałym tranzycie, transportacji i transmisji jest truizmem, jednakże odwołanie się do oczywistości pozwala zauważyć, że oswojenie całościowych wizji filozoficznych świata: holizmu, nielinearności czasu, wielowymiarowości życia, istnienia, świata, a także ich metafizyki, mitologii czy religii, nie jest wcale łatwe. Mając do czynienia z takimi ikonami konceptualnymi jak aborygeński Dreamtime i Dreaming, albo z pojęciami określającymi mit, znak, pismo, ‘story’, legendę, czy nawet folklor wspólnoty społeczno-kulturowej i jej symboliczne idee i działania, musimy sobie zdać sprawę, iż wieloaspektowość życia człowieka wymaga wielkiej wrażliwości i świadomego odstępstwa od stereotypowości i stereotypizowania.

BS: Poruszyłaś problem stereotypu; szkoda, że wyciska na ludziach aż takie piętno! Co do czasu, to dodam, że nie go można przyśpieszyć. Ale to nie problem, choć niektórzy strasznie gdzieś pędzą. Tylko po co? Czas to cykl życia, natura istnienia i przyrody. Zatem w naszym życiu i sen i odpoczynek, i marzenie i praca są naturalne. Pośpiech naturalny nie jest i choć zawsze lubię coś robić, to ‘Dolce far niente’ też musiałam się długo uczyć, bowiem nawet na leżaku, jeśli nic nie robię to jednak rozmyślam. Nie wiem czy to dobrze, chyba nie do końca potrafię słodkie leniuchowanie w sobie hołubić.

TPA: O czym myślisz ostatnio?

BS: Dużo dumam o życiu i ludziach i tym wszystkim, co mnie otacza (czyżby już był czas na podsumowania?). O własnej autentyczności też. Na ile jesteśmy rzeczywiście prawdziwi i kiedy? Czy w ogóle? Czy istnieje coś takiego jak nasze prawdziwe „ja”? Nieco filozoficznie, ale myślę, że takie rozważania są potrzebne i na dobrą sprawę dzieją się nie tylko w ciszy, ale także w zawirowaniach codzienności. Nigdy nie przestajemy szukać siebie w świecie, który nas otacza. Na to nakłada się nasza emigracyjna dola, i kolejny z wymienianych tu przez nas świat – emigracji, zatem nasza na emigracji walka o byt, duchowość, kulturę, pracę. Ten otaczający nas świat często zalewa propaganda zastraszania i to ona jest czymś przerażającym, głównie ze względu na fakt jej istnienia a nie na jej treść, bo treść można analizować, emocje, czyli tu – strach, to co innego. Od lat ‘siedzę’ w mediach i śledzę – właśnie z racji zawodu dokładniej niż czytelnik gazet – jak funkcjonują agresywne mechanizmy, np. marketingu, a często na skraju mniej lub bardziej świadomej manipulacji. Oczywiście obwinianie mediów byłoby rozwiązaniem zbyt łatwym. Wiadomo, piszą o tym, o czym sądzą, że ludzie chcą wiedzieć lub że przeczytają, czyli — o tym, co myślą, że się sprzeda. I to w pewnym sensie jest uzasadnione; w końcu sami wybieramy co i jakie pisma czytamy, jakie programy oglądamy w TV, jaką wiarę chcemy dać reklamom. Mnie przestrasza co innego. Po pierwsze, brak edukacji na ten temat, po drugie, forsowanie oszustw, na przykład w sprawie żywności czy lekarstw. To już jest dla mnie nie tylko komercjalna reklama. Taka reklama i komercja to sprawa etyki, a w gruncie rzeczy – świadome działanie na niekorzyść życia. Ludzie kupują reklamowane produkty i się trują. Reklama kłamie, a ludzie w te kłamstwa wierzą. Aborygeni, mają w tym względzie rację, powinniśmy wrócić do naturalnego sposobu odżywiania i leczenia. Koncerny farmaceutyczne koncentrują się na dolarze, nie na zdrowiu człowieka. W tym względzie należę do tego, co nazywasz ‘spoza’, dokładnie tak samo, jak Aborygeni tradycyjni są spoza anglosaskiego i chrześcijańskiego świata, ja pracując w wydawnictwie, jestem poza jego ideologią. A jednak! Zarabiać na życie musimy i tu cały szkopuł. Każdy chce żyć zdrowo i jeść zdrowo. Ale ja nie wiem gdzie i czym to ‘zdrowo’ jest? Na przykład, przepakowuje się wędliny, sery, lekarstwa, sprzedaje się na wyprzedażach żywność i medykamenty tuż przed upływem terminu ważności, a nawet już po tym terminie, a ludzie to kupują, spożywają. I chorują. Gdy czasem wyjdzie coś takiego na światło dziennie, jest wielkie oburzenie typu świętego, krzyk lament, kary itd.. I kto ten krzyk podnosi? Najczęściej, Ci sami ludzie, którzy wcześniej to reklamowali. Więc wiadomo o czym myślę. Zastanawiam się, co człowiekowi z „bio”, które wyrosło pod folią w zimie, ale na sztucznych nawozach, bez naturalnego powietrza i słońca, bez życiodajnego deszczu. Co nam po tym, co modyfikują, żeby było mniej tłuste, rzekomo zdrowsze? W niemałym strachu będąc pod wpływem teorii zastraszenia także, myślę jak bardzo antybiotyki i steroidy w krówkach, świnkach, kolorowych jabłuszkach i dokładnie tego samego rozmiaru marcheweczkach zmniejszają odporność naszych ciał, a i szkoda mi tych zmodyfikowanych istnień, bo nie widzę sensu ani w komercjalizmie ani w nadprodukcji, gdy całe społeczeństwa albo grupy ludzi wymierają z głodu i biedy. Czy człowiek naprawdę potrzebuje regulować Naturę–Kreatora–Boga? Z drugiej strony, stan rzeczy w świecie mi znanym niepokojąc, jest też powodem do stałej refleksji i medytacji. Chciałabym, żeby odbiorca mojej twórczości, i Twój czytelnik, miał czas na taką refleksje, aby mógł dumać jak ja.

TPA: I dlatego w wierszu bez tytułu (* * *) piszesz:

Wypuść mnie ze mnie
na chwilę;

chcę umieć
zdumieć się sobą –
i wrócić

bez obawy

BS: Tak, dlatego. Ale ten wiersz jest też trochę o nieporadności. To takie malutkie coś niecoś, niezdarne trochę jak ja teraz. Bo widzisz, nie mam (jeszcze) pojęcia czy ‘zmądrzałam życiem’, sądzę, że ten proces, który Ty nazywasz w swoich wierszach ‘dorastaniem’ tak naprawdę nigdy się nie kończy. Kobieta Twojej rzeczywistości poetyckiej mówi: „Jestem dojrzalsza o kołatanie burz serca, przyspieszony puls strachu przed jutrem, zamknięty w sto czterdziestej podświadomości obraz namalowany przemijaniem. Ona dorasta w „pasmach częstotliwości i przestrzeni, w wieściach z drugiej półkuli”. Mówi też: „dojrzewam śmiercią przyjaciół i przywiązaniem mojego psa”. Twoja kobieta nigdy nie przestaje się uczyć/nie przestaje mądrzeć. I tak ma być, bo gdybyśmy usiedli na laurach, na ‘pupie’, zgnuśnielibyśmy. W mojej twórczości jest sporo refleksji o tym, co mi się wydarzyło; wierzę, że wszystko w życiu jest lekcją na plus. Za lekcję tę nie potrafię być nikomu wdzięczna, bowiem czasem trudno zaakceptować fakt, że to, co negatywne i smutne jest tak samo nierozłączną częścią życia jak śmiech i światło. Kojąc smutki nie odganiam ich, ale staram się im nadać sens. Stąd czasami wynika z nich rysunek albo wiersz, innym razem – kolorowa apaszka, a czasem po prostu – nic, no może tylko spacer lub refleksja, ale czy koniecznie musi cokolwiek? Podobnie jest z każdym innym uczuciem. Emocje są spoza rozumu, jak twórczość. Poza tym, spirala życia kreci się zawsze w górę, nigdy w dół, jak światło zawsze rozpędzi ciemność, nigdy odwrotnie. Nie chcę brać gotowych recept na życie, staram się zrozumieć.

TPA: Rozumiem, ‘pupa’ oznacza niedojrzałość, dziecinadę, w języku gombrowiczowskim mówiąc, obawiasz się upupienia, nie chcesz przyprawionej ‘gęby’, ‘formy’ (czyli konwencji i schematów), nie chcesz być ‘zielona’. Co do Twojej metafory światła i ciemności, to dla mnie jest to raczej relacja współistnienia. Zmieniając nieco temat, chciałabym zapytać Cię o życie imigranta w Wiedniu? W jakim sensie jest „upupiony”, albo „spoza”?

BS: Och! Czytałam w „Tyglu Kultury” jakiś czas temu Twoją ogromnie interesującą rozmowę z prof. Adamem Jamrozikiem na temat emigracji, co dotyczy również nas. Spodobało mi się Twoje pytanie: Czy to wszystko warte było z(Z-)achodu? Ja uważam, że WARTO było. Oczywiście tutaj w Wiedniu i gdziekolwiek w Europie, jest inaczej niż u Was. Już sam fakt, że do Polski mamy śmieszne 500-600 km, a więc parę godzin jazdy czymkolwiek (z wyjątkiem hulajnogi), pozwala nam emigrację widzieć bardziej ‘na luzie’. Wy, jesteście w ‘szponach’ odległości, ogromnych kosztów, niewygody. Dla nas samolot czy samochód to kwestia wyboru, dla Was to przymus, bo któż by chciał płynąć? Swoją drogą, przydałyby się Wam jakieś ‘bumerangi’, bo nawet samoloty są w takim dystansie za wolne. Dzięki temu ‘z(Z-)achodowi’, jestem bogatsza o to doświadczenie, ‘dorastałam’ nim, i powiem Ci, szybko. Inne pytanie, które postawiłaś — Wracać, nie wracać? — ma inny wymiar. To każdy musi rozważyć sam. Dla mnie to też jest dylemat, ale chyba jednak nieco inny w związku z dystansem, o którym powiedziałam wcześniej. Odpowiedziałabym pytaniem: DLACZEGO NIE BYĆ PO PROSTU TAM, GDZIE MOŻNA BYĆ SOBĄ? Była taka piosenka zespołu Perfekt, pamiętasz?, ‘chciałbym być sobą jeszcze’, . Lubię obserwować, słuchać ludzi. To pozwala mi zauważyć w Wiedniu proces, zmianę w miarę upływu czasu, mówiąc plastycznie, zmianę OBRAZu TYCH, KTÓRZY WYJECHALI (emigrantów) w OBRAZ TYCH, KTÓRZY ZOSTALI (imigrantów). To się też nakłada na taki mały obraz sądów w samej Polsce, gdzie najpierw nam zazdroszczono, że zdobyliśmy paszporty, potem wyklinano od czci i wiary jako zdrajców ojczyzny, a po latach oskarżają nas o brak patriotyzmu, szpanerstwo i bóg-wie-co, bo ‘nabyliśmy’ obcego akcentu, poza tym, słyszy się, że cechuje nas brak zrozumienia Polaków, bo nie żyjemy w Polsce… Znam też takich ludzi w Polsce, którzy nie mogli pojąć, że nie harujemy po 10-12 godzin przy sprzątaniu czy na budowie, a fakt, że mamy ‘normalną pracę’ w ‘normalnym zakładzie pracy’ nie mieścił im się w głowie. Tak na marginesie, to nasz obraz Polaka w Polsce mógłby nie jednego zadziwić. Gdzie Polak-imigrant–Wiedeńczyk jest ‘poza”? Tak się składa, że i w Polsce i w Wiedniu. I tam i tu traktują go jak ‘obcego’, nie tylko z powodu akcentu. Poza tym, jest też kwestia tzw. integracji i asymilacji, bardzo tu w Austrii modna wobec fali islamizmu. Rzecz w tym, że w mediach dyskutuje się o tym BEZ imigrantów. Politycznie, a i oględnie mówiąc, oczekuje się, że imigranci się wkomponują, wpasują. Ale nikt nie mówi co to właściwie znaczy? Czy mam ogłaszać wszem i wobec, iż jestem Austriaczką z racji obywatelstwa? To byłoby śmieszne. Z drugiej strony, wieszać mojej polskości na wielkim dzwonie też nie mam ochoty, bo to moja sprawa. Sprawa tożsamości. Ani nie napawa mnie to przesadną dumą, ani – broń Boże! – wstydem. Powiem tak — w Austrii mówię z akcentem, w Polsce także z akcentem, więc na tym gruncie sprawa się dla mnie wyrównuje: tutaj nie swoja i tam też już nie swoja. Z mojego punktu widzenia, ta ‘inność’ to duży dla imigrantów plus, bo siłą rzeczy, czerpiemy przecież z dwóch rożnych kultur. Wy tam w Australii musicie widzieć to inaczej, bo u Was jednak więcej tych współistniejących narodowości. Prawdą wszak jest, o czym z Prof. Jamrozikiem mówicie, że stając się emigrantem, będziesz nim zawsze, póki któregoś dnia nie POCZUJESZ, znajdując się GDZIEKOLWIEK (chodzi o czasoprzestrzeń), iż jesteś na właściwej drodze do DOMU. Rzecz w tym, żeby nie dać się ‘upupić’, jak powiedziałaś.

TPA: Tak, to prawda. I prawdą jest, że do DOMU (czyli do siebie) droga może być daleka, a poza tym, ten dom, w którym mieszkamy, nosimy w sercach, a konkretniej, w naszej pamięci i sposobach zachowania, w jednostkowej (także osobistej) kulturze i literaturze, które wyrażamy choćby w cytatach i języku (stylistykę mam na myśli, nie język ojczysty), którymi staramy się zobrazować co i jak myślimy. Rozumiejąc, że mówimy tu o imigrantach z tzw. emigracji solidarnościowej i późniejszej, mówię to w odniesieniu do tego Twojego pierwszego obrazu imigrantów, ale także w odniesieniu do pisarskich czy dziennikarskich reprezentacji Polonii. Reprezentacja ta jest zwykle wyrywkowa i pobieżna, często to obraz-paszkwil. Za taki uważam na przykład wizerunek pseudo-emigracji, czyli Polaków na zarobku na przykład w USA, o czym pisał agresywnie i bez żadnego rozróżnienia Redliński, przyczyniając się do fałszywego wyobrażenia Polonii (szczególnie w Polsce), podobne są obrazy Polonii z opowieści turystów. Naturalnie nie chcę tu zamazać żadnego obrazu, bo i po co. Wśród Polonii, tej z ‘obcymi’ paszportami są różni ludzie. Jest jak jest, ale warto pisać o tym adekwatnie; niech będzie solidne, analityczne, satyryczne, ale niech zmierza do poznania rzeczywistości imigranta i Polonii. W Twojej drodze do domu zdajesz się zabiegać o poznanie tego co nazwałabym ‘spoza nas samych’ i tego co jest nami i w nas. Rysujesz i tłumaczysz tę drogę na wiele rożnych sposobów. Chciałabym o tym pomówić. Opowiedz o rysunku, zatytułowanym „The Hitchcock House”. Co to za dom? Dlaczego akurat ten narysowałaś?

BS: W tej wielości dróg do mojego domu, jest pewnie sporo chaosu, jak w kwestii nieznajomości Kosmosu i Świata. Ale może jest też po prostu tak, że jeszcze nie doszłam do tego, co mnie naprawdę interesuje; może mnie interesuje za dużo rzeczy naraz? Recepty na ‘wyrysowanie’ życia i domu nie ma nikt. One sobie same radzą, często bez naszego wysiłku czy wkładu. Ot, są po prostu jak wszystko co kochamy i co i raz ‘targają’ nas ze sobą, żebyśmy zbyt daleko nie odeszli? Często myślę, że najważniejsze – oprócz rodziny i ludzi, którym ufamy — to mieć te nasze zainteresowania, pracę, hobby, coś, co nas wypełnia: miłość, siła twórcza, energia. To co nas pochłania, czemu się oddajemy to też takie rewiry, w których można się zamknąć, żeby nas odświeżyły i dały siłę na więcej: czasem to ogród, który, jak Tobie Twój, dziękuje porami kwitnienia i zimowym pięknem, czasem to rysowanie czy pisanie. Nie chcę powiedzieć, że rewirami rewitalizacji jest tylko własna twórczość; wielką rolę odgrywa uroda spływająca na nas z zewnątrz: fotografia, cudzy wiersz, koncert, teatr, galeria, łąka, na której pasą się konie, a często wystarczy pogapić się w niebo, podziwiać zachód słońca i uwierzyć Naturze. Czasem, ależ tak! Wystarczy ‘poklepać’ z kimś o niczym albo czymś zajmującym albo uściskać człowieka, przycisnąć do serca, przypominając mu, że jest bezpieczny, albo — zapatrzeć się na coś by odzyskać równowagę albo oddać się pięknu, dać się nieść. Dom Hitchcocka, o który pytasz nazwałam tak, bo przypomniał mi tajemnicze filmy z dreszczykiem tego świetnego reżysera. Widziałam ów dom z balkonu mojej urlopowej kwatery w górach. A że moi gospodarze nie umieli mi o nim opowiedzieć, rysując go sobie, myślałam o jego budowniczych, właścicielach, mieszkańcach. Fascynował mnie, ale i było mi go żal; opuszczone domy są tak samo smutne jak pozbawieni cudzego ciepła ludzie.

TPA: Napisałaś: „Wieczór…/prawda o dniu/po drugiej stronie lampy/poza/ zasięgiem światła”. To wiersz o przemijaniu, ale też o domu, w którym przy lampie nadal się toczy życie i jest czas na refleksję. Z czym kojarzy Ci się Twój rodzinny dom? Daleko odeszłaś?

BS: Mój Tato zwykł był rysować mi zwierzątka, gdy wyjątkowo był w domu a ja byłam smutna. Robił to ślicznie paroma kreskami! Może stąd wzięło się moje malowanie i projektowanie haftów na obrusach? Myślę, że każda chwila i każde miejsce może być źródłem inspiracji nie tylko dla pisarzy, malarzy, artystów, ale dla zwykłych ludzi, jak ja. Wszędzie jest kreatywność, która dla mnie równoznaczna jest z pomysłowością. To drzemiący w ludziach cały kosmos! To nasz sposób pokazania siebie innym w tym, co umiemy najlepiej. Takie myślenie wyniosłam częściowo z domu, częściowo może otrzymałam w prezencie od planet (zapewne jest to relacja fifty-fifty). Wyobraźnia pomogła mi przetrwać ciężkie chwile; przeganiała tak dziecięce smuteczki jak dorosłe łzy. Bez niej nie umiałabym odejść z domu. Ktoś, kto znajduje wyście z każdej sytuacji jest dla mnie pod każdym względem kreatywnym życiowym artystą.

TPA: Zostać gdzieś to pozbawić sensu łez, które pojawiają się, gdy trzeba ostro zderzyć się ze światem, który bywa nieprzyjazny. Z drugiej strony, łzy zbieramy jak perełki, na spiralkę życia, i jesteśmy mądrzejsi, piękniejsi, cierpliwsi, wrażliwsi…

BS: Tak, a do tego, cóż komu po dziecięcych łzach dziś, wtedy otrzeć je było bardzo łatwo — chwilą ciepła i uwagi. Dziś, jeśli łzy pojawią się na moich policzkach, mają inny wymiar, tak jak inne są moje wiersze. W Polsce pisałam bardziej „na wesoło”; może dlatego, że byłam młodsza, bardziej beztroska? Ale czy wiek zmieniłby mnie inaczej, gdybym została w kraju? Kto wie. O ten ‘wymiar’ i tę niewiadomą zawsze gdzieś skądś odchodzimy. Ale potrzeba opowiedzenia jest zawsze mniej lub bardziej wyraźna. Każdy z nas coś tworzy, listy choćby.

TPA: I to wszystko: łzy, dystans, niewiadomą, przeistaczasz także w hafty i wyszywanki? A może to zajęcie to raczej Twoja emigracyjna droga do spokoju?

BS: A to mnie złapałaś!, . Myślisz, że jestem taka jak te romantyczne panny wyszywające chusteczki dla powstańców, wylewające łzy tęsknoty? Z wyszywaniem jest u mnie jakby w myśl tradycji, bowiem niemal wszystkie kobiety w mojej rodzinie ze strony Mamy zajmowały się robótkami. Mama robiła na drutach a jej siostry szyły, haftowały, szydełkowały. Należały do pokolenia, które nie znało ‘maszynowej taniochy’ i rękodzieło, także to domorodne, miało swoją wartość. Dziś niestety już to wszystko zanika, gubi się w tandecie; w rzeczach produkowanych przemysłowo, na zimno i bezdusznie, bez charakteru i ‘duszy’ nawet wtedy, gdy są rzeczywiście ładne — byle sprzedać. Mam pokaźny zbiór zdobytych gdzie się dało zeszytów i książek z wzorami haftów i koronek; zbieram stare, im bardziej autentyczne, tym lepsze, z nich się uczę. Ożywić to typowo kobiece rzemiosło to jedno z moich nieśmiałych marzeń. Robię obrusy i serwety, mam na koncie parę małych gobelinów i własnego projektu dywanik. Na prawdziwy rozmach nie mam warunków, nie mówiąc o warsztacie. A zaczęło się to wszystko przez przypadek. Chciałam w stanie wojennym mieć prezent dla przyjaciółki. Nic ciekawego w sklepach nie znalazłam, więc zaprojektowałam i wyszyłam serwetę na stół. Podobała się, co mnie zachęciło. Robótki to dla mnie czasem kontemplacja, tak, ale i kompensacja energii w coś konkretnego, w zabawę z kolorem i wzorem, które później – podobnie jak wiersze, masz tu rację – żyją ‘poza’ mną swoim własnym życiem. Wykonuję zawsze kilka prac naraz: tę, gdy jestem sama i mogę zatracić się w niej bez reszty, inną, gdy mogę się rozproszyć, gdy trzeba odwrócić uwagę. Przyrządy i nici zdobywam na ‘pchlich’ targach, co też stanowi ciekawe zajęcie. Rzadko kupuję nowe, bowiem stare kolory i sploty bardziej mi się podobają. Niedawno dostałam od pewnej starszej pani całą skrzynkę cudnych kordonków; mam zapas na lata i nadzieję, że oczy i zmysł estetyczny mi dopiszą do późnej starości, gdy już nie będę chodziła do pracy zarobkowej. Hafty, malowanie na jedwabiu czy wiersze nadają mojemu życiu inny format. Myślę, że ważne jest robić coś, co ma sens dla mnie samej, i jak potrafię robić to najlepiej, nie oglądając się na to, co sądzą inni. To pozwala pójść za sobą bez uszczerbku dla nikogo, kto jest i ‘idzie’ z nami.

TPA: Uchyliłaś mi drzwi do swojego atelier, gdzie znajdujesz ciszę i harmonię i dom i siebie. Powiedziałaś kiedyś, że inspiracją do wzorów na jedwabnych chustach są ogrody. A co wywołuje w Tobie chęć do tłumaczenia z niemieckiego na polski? Zauważyłam, w Twoich próbkach tłumaczenia z 2010 roku SEN OGRODNIKA (dla Ninon, 1933), prześmiewcy – Hermana Hesse. Pokażmy fragmenty Twojej wersji roboczej:

Cóż to niesie w zanadrzu wymarzona wróżka?
Przede wszystkim: kompościk. I nie byle jaki…
Jest tam nigdy chwastami niezarosła dróżka
i para dziwnych kotów bez chętki na ptaki.

(…)

Ach, wróżko, i spraw jeszcze, by płynęła woda
samoczynnie, gdzie siane, posadzone zoczy.

I jeszcze, proszę, taczkę, co sama się toczy.

I jeszcze jedno daj mi: dobrą trutkę mysią,
zaklęcie, które grady ze złości wyleczy;
między szopką a domem ustaw mały wyciąg,
a co wieczór na nowe zamień moje plecy.

BS: Tę chęć tłumaczenia wywołuje piękno, zaskoczenie, niepowtarzalność, dowcip autora, ale też moja filologiczna natura, jakoż jestem po wrocławskiej germanistyce. Tłumaczenie poezji (czy tekstu literackiego) to sprawa interpretacji; to otworzenie autora w innym języku i kulturze. Dużo czasu zajmuje tu pytanie zasadnicze: jak zobrazować na nowo co powiedział autor, żeby tłumaczenie nie było kalką, ale też nie własnym dziełem? Tego nie można się nauczyć w szkole ani na uniwersytecie. Hesse był człowiekiem, który dobrze wiedział, czym są i jak potrafią zżerać wewnętrzne konflikty, bardzo długo nie widział wyjścia z własnej pułapki, a jednak miał poczucie humoru, które do mnie bardzo przemawia. Trochę sarkazmu, ale i sporo ciepła. Leczył swój ból alkoholem, narkotykami, czym się dało, póki nie zrozumiał, że lekarstwo jest tylko w nim samym. Do takiego poznania, pełnego zrozumienia jego poetyckiego przesłania właśnie, miedzy innymi, tęsknię. Zrozumieć siebie i zaakceptować bez reszty, a tzw. ‘reszta’ przyjdzie sama (?).

TPA: Widzę, że tłumaczenie jest dla Ciebie drogą do poznania i poznania siebie i innych. Dziękując Ci za rozmowę, zakończę ją usytuowaniem naszej opowieści poza powagą życia i emigracją. Przytoczę parę zabawnych wersów kolejnego Twego tłumaczenia, które utrzyma nas w konwencji i twórczości i naszego małego bytowaniu: Do Chrzciciela Jana od Pijusa Hermanna, Hesse,

Jestem dziś jak stary dom,
na zawsze zniszczony:

Są poeci pijaczyny,
trzeźwi wiersze piszą.
Ja odwrotnie mam w zwyczaju:
trzeźwemu mi wiszą.
Lecz gdzieś po dziesiątej szklance
szlag trafia logikę:
Mogę śpiewać radość życia –
tworzyć pod publikę.
Pełną piersią chwalę świat,
bo cóż mi się stanie:
specjaliście afirmacji
jakich czczą mieszczanie.

BS: Ja na zakończenie mam „Rosalie”; wierszyk powstał w odpowiedzi na piękne zdjęcie: „Rose Azalea”, które załączyłaś dla mnie w emailu, gdy mnie zaprosiłaś na tę rozmowę, dziękuję:

***

Zieleń, nieśmiała
obietnica nadziei
w lustrze wody drży.

TPA: Oh, to haiku (3 wersy, 5-7-5 sylab, w ostatnim – zmiana akcji) w klasycznym wydaniu; nie odnosi się bezpośrednio do człowieka, więc mamy w nim przyrodę (zieleń), ale też niedojrzałość. Naturalnie, ‘nieśmiałą obietnicę nadziei’ utożsamiam z człowiekiem: może z młodą dziewczyną, może – mężczyzną, nieśmiałą poetką (?), ale wybór zostawiam czytelnikom, życząc im świątecznego nastroju.

Dla zainteresowanych twórczością Barbary Synorackiej zamieszczamy wybór wierszy. Życzymy refleksji, spokoju, zagapienia się w chmury, poznania świata innych, innych i innych światów, a poprzez to wszystko — poznania siebie.

 Wiersze

Komentarze

Autor

Teresa Podemska - Abt

Teresa Podemska - AbtPonad 30 lat temu, gdy przyjechałam do Australii, niewiele wiedziałam na temat oryginalnych mieszkańców tego kontynentu - Indigenous Peoples, znanych nam jako Aborygenów. W czasie tutejszych studiów szybko się zorientowałam, że na moich oczach dzieje się tu HISTORIA – walka tubylców o niepodległość kulturową, o zachowanie tożsamości na własnej ziemi, o utrzymanie tradycji ... Więcej artykułów tego autora