Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Spadające Liście – Notatnik Emigrantki, grudzień 1986

Autor: Teresa Podemska - Abt 26 kwietnia 2017

©Teresa J. Podemska – Abt

Większość spotkań polonijnych jest szablonowa, drażniąca, pełna alkoholu i niewybredności myślowej, żeby nie powiedzieć prostactwa, co należy czytać: pełna rasizmu, zadufania w sobie, niskiej kultury osobistej i obyczajowej, pseudointelektualizmu. Polacy na takich spotkaniach wszystko wiedzą najlepiej i nigdy się nie mylą. Jak im wygodnie przysięgają, że są Polakami, jak wiatr zawieje z innej strony, stają się z pochodzenia Niemcami, porodzili się we Włoszech, mają korzenie belgijskie, nic ich z Polską nie łączy poza miejscem urodzenia, co jest całkowitym przypadkiem, bo dziadek akurat kiedyś maszerował przez Polskę lub z miłości do matki osiedlił się ojciec, albo — stają się w jednej chwili bardziej australijscy niż sami Australijczycy, którzy, nota bene, sami nie bardzo wiedzą kim są. Nie lubię, i nic na to nie poradzę, ani tego typu mitomanii ani polskiej kołtunerii, czyli według Doroszewskiego – zacofania, ciemnoty, ograniczenia, małostkowości. Nie znoszę niskiej świadomości siebie i innych, nie łatwo przyjmuję pyszałkowatość. Zarozumialstwo w mowie i zachowaniu, zwłaszcza gdy człowiek chce odpocząć od trudnej, nowej, ekscytującej i stresującej codzienności imigracyjnej parzy i gryzie. Spotkania towarzyskie nie są debatą, przetargiem, reklamą.

Uwierzcie.

eukaliptus - foto Stan Guzinski

eukaliptus – foto Stan Guzinski

Rozumiem, że pragnąc nowych związków, imigranci zdają się na poszukiwania interakcji z rodakami, o co w Australii nie jest trudno. Język polski rozbrzmiewa i w sklepach i na ulicach, króluje oczywiście, nawet jeśli snobistycznie upstrzony anglizmami i wtrąceniami spolszczonego angielskiego, w polonijnych domach. Rozumiem oczywiście, że na emigracji polskojęzycznego pozdrawiania na powitanie w codzienności i zwyczaju nie ma, chyba że z tak zwanymi ‘starymi Polonusami’. Rozumiem, że wyciągniętej na powitanie ręce odpowiada ręka w kieszeni i speszony nie wiedzieć czemu głos: ‘Nie bądźmy tacy tradycyjni’ albo ‘w dzisiejszych czasach podawanie ręki jest niebezpieczne’. Nie pojmuję jednakże, że słyszę: ‘Oh! nie wiedziałem, że gdzieś na świecie ludzie jeszcze podają sobie ręce?!’ Musi być jestem niezwyczajna; w gruncie rzeczy mało jeszcze widziałam i słyszałam, choć zaakceptowałam jakiś czas temu, że oto już w drzwiach zaproszony gość zamiast ręki podaje butelkę! Pewnie jest w tym wszystkim coś na rzeczy, jak mawiała moja babcia, ponieważ w rzeczy samej!, jak tu ścisnąć na powitanie prawicę z butelką! Całkiem niezręczne! Niezręcznie mi także z innego powodu. Bo oto wracam z przyjęcia, które miało mnie rozerwać, a rozłożyło na łopatki, bo znajomy powiedział, że jestem potwornie zacofaną epigonką. No straszne! Nie dosyć, że zacofana to epigonka. Muszę przyjrzeć się swojemu pisaniu. To byłoby nie do zniesienia! Zawsze uważałam się za osobę postępową i otwartą na wszelkie zmiany. Ale! Jak nas widzą tak nas malują, więc może jest w tej opinii jakieś sedno, bowiem ani rusz nie potrafię się przystosować do głupoty, analfabetyzmu, propagandy, dyskryminacji, lekceważenia cudzej i własnej tożsamości, agresji i wielu innych, choćby towarzyskich tylko, zachowań i poglądów. Trudno coś takiego przyjąć.

Uwierzcie.

Nie cierpię polskiej ignorancji obyczajowej, wedle której prastare dzień dobry nie jest w tonie, przedstawianie się z imienia i nazwiska rzekomo całkowicie nieznane w Australii, a na całym świecie, ponoć także w obecnej Polsce, kompletnie przestarzałe. Co więcej, formy Pan/Pani widziane są tu jedynie jako świadectwo polskiej zaściankowości albo głupiego tradycjonalizmu. (Wbrew tejże zaściankowości polonijnej pseudokosmopolici wybierają się raz na jakiś czas na ‘chałturę’ artystów z Polski, aby się odchamić, jak twierdzą.) Nic, tylko pocieszać się tym, że już bohater Gabrieli Zapolskiej, Zbyszek, powiedział: „Bom się urodził po kołtuńsku, aniele! Bo w łonie matki już nim byłem, bo żebym skórę zdarł z siebie, mam tam pod spodem w duszy całą warstwę kołtunerii, której nic wyplenić nie zdoła. Coś, taki nowy, taki inny, walczy z tym podstawowym, szarpie się, ciska. Ale ja wiem, że to do czasu, że ten kołtun rodzinny weźmie mnie za łeb”.

Fakt.

Bardzo długo zabrało mi uczenie się nowych obyczajów. Włożyłam w to wiele wysiłku. Nie przyszło mi to łatwo, choć nie narzekam na najmniejszy nawet brak klepek, a wkoło wszyscy twierdzą, że wszystko idzie mi jak z płatka. Ale to jest nieważne. Ważne, że wiem, iż od wieków Polacy łatwo się przystosowują; mają to niejako we krwi. Ważne, że przejawem ich adaptabilności’ za granicą jest umiejętność szafowania słowami. Trudno byłoby nie zauważyć, że ‘wolność’ i ‘demokracja’ to słowa o szczególnym powodzeniu, w stałym użyciu we wszystkich przypadkach. Stąd, a ciągle w ramach przez siebie pojętej australijskiej demokracji i szeroko rozumianej wolności słowa i wyznania, w dyskursach towarzyskich Polacy na emigracji posługują się stylistyką wysoko rozwiniętej kłótni, nazywanej tu zwykle polską perswazją i polubownością. Taka konwencja komunikacyjna. Oczywiście, rozmówcy powinni pamiętać, że pierwszą zasadą retoryki jest używanie uwłaczających interlokutorowi epitetów i konsekwentne atakowanie go na gruncie osobistym. Na emigracji w Australii bez końca interpretowane są związki frazeologiczne typu ‘poczucie własnej wartości’ i ‘szacunek do samego siebie’. Wymaganie od innych właściwego stosunku do siebie jest nie tylko głośno podkreślane, ale uznane jako wartość nadrzędna każdego działania. Wszyscy wiedzą, że dzięki prawdziwej australijskiej demokracji i hołubieniu gwarancjom wolności osobistej jednostki, wszyscy wszystko w Australii mogą.

Wygląda na to, że Polacy mogą.

Z lubością upowszechniają kołtunerię oraz rozprzestrzeniają nietolerancję, nieuctwo i dyletanctwo. Unikają wszelkich konwenansów. Rozprzestrzeniają przesądy i pogląd, że niewskazana jest kultura osobista, niepotrzebna — gruntowna wiedza, elokwencja i erudycja, na którą silą się tylko głupcy i marzyciele. W przeróżnych kręgach i środowiskach z upodobaniem kultywują stereotypy, z zacięciem pokazują zdziwionym Australijczykom, dukając po angielsku, że jedynie właściwym sposobem powitania po polsku jest poklepywanie się po plecach i trzy, koniecznie trzy a nie dwa!, całusy na powitanie. Po kilku latach takich pouczeń i terminowania u bardziej obyczajnych niż ja, wiem, że w Australii przedstawianie sobie obcych osób jest zbyteczne i niemile widziane i dawno przestało być grzecznościowym obowiązkiem gospodarzy. Staram się pamiętać, że tykanie jest jedyną dopuszczalną wśród Polaków formą zwracania się do obcych sobie osób, a wypowiadanie się na tematy, o których ktoś nie ma pojęcia jest jedynie słuszną taktyką dyskusyjną. Gdy nie potrafię się z tym pogodzić stosuję się do rady mojego znajomego socjologa: ‘Aby nikt mnie nie tknął noszę ze sobą tykę, a żeby nikt mnie nie tykał, piję brudzia z obcymi a z przyjaciółmi się tykam’. Słuchając tykania starego zegara, przypominam wszystkim słowa Juliusza Słowackiego: „Przebacz mi, że Cię prosto tykam,/ A nie obrzucam cię światowym „Panem”./ W tem ‘ty’ ja wiele – ja wiele zamykam!”

Zatem. Z całym szacunkiem, jakom zwykłym pismakiem jestem tu tylko.

Jakoś sobie radzę. Nieudacznie z pewnością, bo najczęściej nie wiem co mam robić!? Cieszyć się czy płakać?! Pochwalać czy ganić sposób bycia i myślenia Polaków? Chodzą wszak słuchy, w niejednym towarzystwie, a nawet w radio, etnicznym i polonijnej prasie, nie mówiąc już o kręgach Polonusów z Ameryki, którzy wiedzą lepiej i Polakach w Polsce, którzy wiedzą wszystko najlepiej, że wśród Australijczyków znaleźli się już Polaków liczni naśladowcy. Co więcej, słyszę ostatnio, a wieść niesie się tu bardzo szybko, iż w Zimbabwe Polak to prawdziwy Pan.

Sama nie wiem.

Niektórzy problemu nie widzą wcale. Radzi są, że w Australii i w (polonijnym) świecie taka swoboda: ‘Prawdziwe wolnomyślicielstwo bez żenady!’, mówią. Cóż mi zostało? Po cichu tylko już sobie myślę, że polonijne tykanie bierze się z potrzeby przyjaźni i miłości. Bez nich człowiek jest tylko tykaniem zegara. Co najwyżej zapisem w historii obyczajowości. Opowieścią, pamięcią. Fantomem. I tyle.

Komentarze

Autor

Teresa Podemska - Abt

Teresa Podemska - AbtPonad 30 lat temu, gdy przyjechałam do Australii, niewiele wiedziałam na temat oryginalnych mieszkańców tego kontynentu - Indigenous Peoples, znanych nam jako Aborygenów. W czasie tutejszych studiów szybko się zorientowałam, że na moich oczach dzieje się tu HISTORIA – walka tubylców o niepodległość kulturową, o zachowanie tożsamości na własnej ziemi, o utrzymanie tradycji ... Więcej artykułów tego autora