Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Reportaż z drogi cz.7

Autor: Krzysztof Deja 16 października 2014

Następniego dnia wyjeżdżamy z Alice Springs na południe w kierunku Uluru i Kings Canyon.

Poranki jak zwykle bardzo zimne. Zgodnie z planem przyjeżdżamy do Curtain Spring. Zabieramy klucze do naszej prymitywnej kwatery za grube pieniądze. Niestety, turystyczny środek Australii podlega monopolowi jednej firmy, która ustala ceny z… kosmosu. Wszystko trzy razy droższe niż gdzie indziej. Nie ma wyjścia trzeba płacić.

Jedziemy do Yulara – mekki wysokich cen. Odwiedzamy stare kąty – siedem czy osiem lat temu tu też rezydowałem. Po godzinie pędzimy w stronę góry Uluru, zwanej też Ayers Rock. Pogoda ładna jak zwykle, tylko powiewy wiatru chłodne. Zwiedzamy kulturalne centrum Aborygenów, gdzie znów mnie śmieszą zakazy fotografowania i filmowania. Pytam się: CZEGO? Te plansze informacyjne na ścianach? Tam nic innego nie ma. Kiedy tu zaglądałem poprzednio była galeria malarstwa – teraz i tego nie ma. Ale zakazy są wszędzie. Czekam na następny krok: zakazać fotografowania Uluru!
Nie tego nie zakażą, bo na tym robią doskonały interes. Ludzie przestaliby płacić za wjazd.

Jak wspominałem, widziałem to już poprzednio, to i wrażenia Uluru już takiego nie robi. Natomiast, tym razem ciekawiej wygląda Kata Tjuta (The Olgas) – 32 pagórki położone jakieś 35 km dalej. Zrobiliśmy tam widokowe podejście do Walpa Gorge i już pod koniec dnia popędziliśmy do Uluru na zachód słońca, kiedy góra czerwienieje. Podobnie jest przy wschodzie słońca. Tego dnia już nocą wracaliśmy do naszego miejsca zamieszkania. Była to jedyna podróż po zmroku w czasie całej naszej eskapady. Unikaliśmy tego, ze względu na niebezpieczeństwo czołowego spotkania z kangurem, krową czy lisem, a te martwe zwierzęta najczęściej się widuje na drodze. Dobrze, że nocne widoki nieba są za darmo.Tak rozgwieżdżonego nieboskłonu już dawno nie widziałem.

Na drugi dzień jedziemy ponad 200 km do Kings Canyon. Tu nigdy jeszcze nie byliśmy. Odwiedzamy pobliski resort gdzie wypijamy kawę, a później już na szlak dnem kanionu. Co za bajka! Majestatyczne, czerwone skały otaczają nas ze wszystkich stron, a my pośrodku, wśród drzew i krzewów oraz oczek wodnych. Widoki niezwykłe. Później obchodzimy jeszcze jedną lokalną atrakcję, szlak turystyczny Kathleen Gorge. Praktycznie, spacer w doline rozłożystych łąk z polnymi kwiatami, z płynącym potokiem. Wszystko otoczone skałkami, a na końcu mały wodospad. Nie jesteśmy tu sami. Wokoło turyści z całego świata. Sporo Holendrów, Niemców, Francuzów i Anglików.
Oglądaliśmy jeszcze zachód słońca na tle góry Conner, która znajdowała się nieopodal naszego miejsca zamieszkania.

Następnego dnia opuszczamy centralną Australię i udajemy się na południe. Na granicy z Południową Australią robimy sobie zdjęcie, chwilę odpoczywamy i jedziemy dalej do Coober Pedy – stolicy australijskich opali. Przed miasteczkiem wskakuje nam na liczniku liczba 15 tysięcy.
Ten przydomek – stolica – nijak nie pasuje do kiężycowego krajobrazu miasteczka i okolic. Połowa z 8 tysięcy rezydentów, mieszka pod ziemią w grotach, stąd te niezwykłe widoki. Mieszkanie pod ziemią ma tę zaletę, że praktycznie można powiększać swoje apartamenty, ryjąc w głąb wzgórza, a poza tym, tu bez względu na aurę na zewnątrz, jest ciągle ta sama tempeatura 26 stopni. Czyż potrzeba lepiej!

My też dostępujemy tej przyjemności i wynajmujemy motelową rezydencję (dosłownie – chyba ze 140 m kw.) Mamy 2 sypialnie, living-room, kuchnię, łazienkę – wszystko pięknie wyposażone w środku… pagórka. Czujemy się jak jaskiniowcy. Noce na zewnątrz bardzo chłodne z przymrozkami, a my musimy w sypialni używać wielkiego wentylatora przy suficie, bo za ciepło. Większość moteli właśnie tak jest urządzona, niektóre są bardzo luksusowe.

Jest tu sporo atrakcji do obejrzenia, chociaż na pozór nie wygląda to obiecująco. Jeździ się ulicami (tylko kilka głównych wyasfaltowanych), wśród kurzu i gołych pagórków z wydrążonymi otworami na drzwi i okna, i tylko rurki wentylacyjne na wzgórzu, świadczą, że tam pod spodem toczy się życie.

Zwiedzamy starą kopalnię opali z początków XX wieku, gdzie teraz oprócz korytarzy z eksponatami pod ziemią, znajduje się też ciekawe muzeum. Łazimy z Zenkiem po tych dziurach kilkanaście metrów pod ziemią i nie możemy wyjść z podziwu dla katorżniczej pracy pierwszych górników, którzy wszystko robili ręcznie. Byli to głównie Irlandczycy. Anglicy byli też, ale jako szefowie. Później dołączyli tu inni i teraz w tym małym miasteczku, mieszka 40 różnych nacji. Wiele sklepów z opalami prowadzą tu Grecy i, to oni opowiadali nam dużo o rodzajach opali i ciekawostki z życia miasteczka. Wiele historii jest bardzo podobnych: przyjechali tu tylko na miesiąc, a mieszkają do dzisiaj i już się stąd nie ruszą. Założyli całkiem intratny biznes opali i żyją. Zwykle cała rodzina jest zaangażowana w taki interes. Nazwa Coober Pedy, po aborygeńsku znaczy: biały człowiek w dziurze.

Oglądamy opale warte po 30-40 tysięcy dolarów. Jest tu kilka bardzo podobnych do siebie miejsc, gdzie w wydrążonych korytarzach-wyrobiskach przedstawiono ciekawe okazy, całą wiedzę o opalach i sposoby ich pozyskiwania, jak również historyczne eksponaty.

Wapienne skały w których szukają opali, są stosunkowo wdzięcznym materiałem do kopania, a więc hotele, bary i domy mieszkańców jak wspominałem, znajdują się pod ziemią. Niektóre są wielopiętrowe. Co więcej, trzy miejscowe kościoły, też są wyryte w podziemiach. Jest tu malutki kościół katolicki (ręcznie wykopany w latach 60.), jest anglikański i serbski (cerkiew) – robione maszynowo. Ale wszystkie kojarzą się z pierwszymi chrześcijanami, bo przypominają prastare katakumby.

Jesteśmy też w luksusowym motelu, gdzie są galerie sztuki i bardzo efektownie pokazana wystawa opali. Są tu restauracje, kawiarnie, dyskoteka i pokoje gier hazardowych.

W Coober Pedy, żeby kupić butelke wina, musiałem okazywać się prawem jazdy które skanowano. I już tego dnia, ani tu ani w innych sklepach, nie mogłem dokonać zakupu czegoś mocniejszego. Kiedy zapytałem, czy nie mając prawa jazdy mógłbym kupić alkohol, sprzedawca z rozbrajającym uśmiechem stwierdził, że nie. Oczywiście, to w ramach restrykcji aby ukrócić pijaństwo rdzennych mieszkańców. Aborygenów (wielu zawianych) tu też nie brakuje.

Zmęczeni całodziennym zwiedzaniem, zasiadamy z piwkiem w ręku, na… dachu naszego motelu – czyli czubku wzgórza i podziwiamy widoki z zachodem słońca w tle. Po dwu dniach oglądania ciekawostek dziwnego miasteczka, wyruszamy w stronę domu.

Jedziemy teraz przez pustynny płaskowyż, ani jednego drzewka, a widoki kiedy znajdujemy się na wyższej części rozciągają się na 50 kilometrów. Powietrze klarowne, tylko ta pustka… Później wjeżdżamy w tereny słonych jezior. Niektóre tak wielkie jak morze. My zatrzymujemy się przy brzegu jeziora Hart. Akurat w tym czasie przejeżdżał pociąg Ghan – z Darwin do Adelajdy. Ostatnie dwa czy trzy wagony, wiozą auta podróżnych którzy zrobili trasę w jedną stronę, a z powrotem wracają pociągiem, pomimo że jest to bardzo droga opcja.

Po kilku godzinach dojeżdżamy do Port Augusta. Jest to spore miasteczko, tylko 300 km od Adelaidy. Ładnie położone nad zatoką Spencera, ważny węzeł kolejowy z kilkoma atrakcjami turystycznymi. Najciekawsza to Wadlata Outback Centre, gdzie w interaktywnym muzeum można obejrzeć wszelkie aspekty życia w outbacku. Geologię, przyrodę, bogactwa naturalne regionu, itp. Jest tu też pustynny ogród botaniczny sprawiający niezwykłe wrażenie.

A później już droga do domu. Kiedy zaczęły się zbierać ciemne chmury, liczyliśmy, że może po drodze, ulewa umyje nasz brudny samochód – nic z tego. Dojechaliśmy do domu z liczbą 16016 kilometrów na liczniku. Nieźle, to w linii prostej droga do Polski.

Przywieźliśmy ze sobą wiele pamiątek z podróży, ale najważniejsze to niezwykłe wrażenia, które nam pozostaną na długo w pamięci.
Krzysztof Deja
Uluru wspinaczka.JPG
Uluru.JPG
The Olgas.JPG
The Olgas kanion.jpg
Kings Canion.JPG
Kings Canion widok.JPG
Mt. Conner.JPG
Centralna Australia.JPG
Coober Pedy wjazd.JPG
Coober Pedy hotel.JPG
Coober Pedy kosciol kat.JPG
Coober Pedy kosciol angl.JPG
Coober Pedy.JPG
Pustkowie buszu.JPG
A2078.jpg

Komentarze

Autor

Krzysztof Deja

Krzysztof DejaKrzysztof Deja mieszka w Adelaide od ponad 30 lat. Jego Dzienniki Poranne i felietony pisane są właśnie z tej "australijskiej perspektywy". W portalu zaczęliśmy je publikować w sierpniu 2003. Z zawodu inżynier, projektujący pojazdy pancerne i inne środki transportu. Z zamiłowania zajmuje się literaturą. Pisuje dla polonijnej prasy. Wiele jego wierszy zostało nagrodzonych. Jest również autorem opowiadań oraz powieści pt. "W kolejce do raju", traktującej o przygodach w trakcie emigracji z Polski.   Więcej jego utworów można znaleźć pod adresem www.australink.pl/krzysztof   http://www.youtube.com/watch?v=vYArdV1Bnoc http://www.youtube.com/watch?v=x-uQbTeD3aA Więcej artykułów tego autora