Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Reportaż z drogi cz.5

Autor: Krzysztof Deja 15 września 2014

Katherine robi dobre wrażenie. Sporo moteli i caravan parków ukrytych w palmowych oazach tuż przy centrum miasteczka, głównie wzdłuż rzeki o tej samej nazwie.

Zostajemy tu na dwa dni, a później jeszcze wrócimy. Tu też kąpiemy się w gorących źródłach. Stała temperatura, 32 stopnie – i tak od zawsze… Nawet tutaj stoi tabliczka ostrzegawcza przed krokodylami, ale przecież żaden z nich by się nie odważył przebywać z taką hałastrą ludzi. One wolą spokój i ciszę.

W Katherine odwiedzamy ciekawe muzeum, w którym dowiadujemy się dużo o niszczącym miasteczko cyklonie Tracy w 1974 roku i potopie w 1998 roku. Niewiarygodne sytuacje oglądamy na starych dokumentach, fotografiach i reportażach tv. Nie oszczędziły ich też japońskie naloty bombowe w 1942 roku, bo tu znajdowała się baza RAAF’u.

To tutaj zaraz po I wojnie światowej rozpoczął swą działalność pierwszy “latający doktor”. Dr. Clyde Fenton na swojej małej awionetce ratował życie i zdrowie lokalnej społeczności. “Lokalnej” w tutejszym rozumieniu, znaczy obszar bez mała całej Polski.

Zwiedzaliśmy jeszcze parę innych rzeczy, ale najciekawszy był rejs statkiem wycieczkowym po Katherine Gorge w Nitmiluk N.P. Magiczny kanion prowadzi na wodzie przez 13 katarakt. Ponieważ byliśmy w porze suchej to nie dało się wszystkiego zobaczyć, ale i tak po dopłynięciu do pierwszej katarakty musieliśmy przejść wśród skał do następnej części rzeki położonej o 1,5 metra poniżej pierwszej, gdzie czekał kolejny statek i tu zaczęła się uczta dla oka. Wspaniałe skały, jaskinie, wawozy nie wspominając o krokodylach, które też upodobały sobie ten piękny zakątek świata. Rzeka w niektórych miejscach jest głęboka na 30 metrów, a wielu śmiałków w kanoe przebiera wiosłami jakby nigdy nic. Po dwóch godzinach tej magii wyszliśmy na suchy ląd. Po butelce chłodnego piwa, znów udaliśmy się do gorących źródeł aby popływać.

Następnego dnia z rana, jedziemy do najsławniejszego parku narodowego Australii – Kakadu.
Pierwsze wrażenie wręcz przygnębiające. Co rusz jakieś dymy, zapachy spalenizny po niedokończonym pożarze buszu, ciągle tlą się tuż przy drodze. Busz bardzo nieciekawy, całe połacie popalonych kikutów krzewów i drzew, niczym nie przypomina pięknych lasów eukaliptusowych z południa kraju.

Najpierw rezerwujemy sobie nocleg w blaszanym domku, w jednej z dwóch osad na terenie parku. Mamy tu dwa baseny i miłe otoczenie. Nazywa się to Ggudju Camping od nazwy plemienia Aborygenów którzy są właścicielami tych ziem. Z tą własnością to też ciekawa sprawa, bo tak naprawdę, to oni niczego nie posiadali i pojęcie własności było im całkowicie obce. Dopiero później zrozumieli o co w tym wszystkim chodzi i zaczęli dochodzić swoich praw.

Rezerwujemy też wycieczkę statkiem po rozlewiskach Jim-Jim Creek i rzeki Aligator. Jak na ironię tu nigdy aligatorów nie było, natomiast jest tu wiele krokodyli słonowodnych, co też jest paradoksem, bo to przecież rzeka. Pierwszym niezwykłym wrażeniem, są dziesiątki drzew nad brzegiem całkowicie oblepione nietoperzami. Wiele miejsc podobnych widziałem, ale takiego nasilenia nigdzie. Odkrywamy jeszcze jedną niedorzeczność, nazwa Yellow Water jest też nieadekwatna, bo wody są tu kryształowo-błękitne. Natomiast takiego bogactwa ptactwa wodnego jeszcze nie widzieliśmy. Pewnie dlatego przepływające co rusz olbrzymie krokodyle, wcale się nie kwapią, aby zapolować na brodzące obok czaple, kaczki, kormorany czy żurawie. Z drugiej strony jest ich tu ponad 3 tysiące, więc czymś się muszą żywić. Chyba tydzień przed naszym tu pobytem słyszeliśmy w telewizji o nieszczęśniku, który w dzień swoich 62. urodzin stał się obiadem dla krokodyla, bo na swej małej łódce wychylił ramię za burtę. Trzeba być bardzo ostrożnym.

Ciekawy popis zrobił dla nas orzeł morski, kiedy tuż przed naszym stateczkiem zapolował w locie na nietoperza. Taki orzeł potrafi zanurkować nawet na głębokość 10 metrów. A w wodzie bogactwo flory. Rosną tu niezwykłe lilie i inne rośliny wodne. Wycieczka wspaniała. Value for money – jak to się u nas mówi.

Później jeszcze zwiedziliśmy Aborygeńskie Centrum Kultury, a reszta dnia na kampowym basenie przy pięknej pogodzie. Jak sobie pomyślę, że u nas w domu 16 stopni, wiatry i deszcze to aż się ze szczęścia kręci w głowie. A doping zabezpieczony przez Zenka, też pewnie robi swoje.
A pod wieczór idziemy na spacer, do rzeki która praktycznie jest granicą naszego kampingu. Idziemy małą kładką jeszcze raz obejrzeć wodę gdzie mieszka 53 odmiany ryb, dwa gatunki krokodyli, a nawet rekiny tu się zdarzają. To tu rezydują tysiące ptaków z całej Australii, a nawet z Japonii i Syberii.

Na drugi dzień jedziemy do dzikich miejsc (tam gdzie się da, bo niektóre drogi tylko dla 4WD), ale w obawie przed krokodylami i buffalo które też potrafią być niebezpieczne, robimy fotki i jedziemy z powrotem. Docieramy do pięknych skał gdzie od dawna aborygeńscy artyści malowali skały ochrą. Jest to najstarsza galeria sztuki w Australii i to pod gołym niebem. Nawet gdyby nie było tu malowideł skalnych, to same skały są warte zobaczenia. Po drodze natykamy się na dzikie świnie, ale grzecznie się omijamy.

Zajeżdżamy jeszcze do Jabiru gdzie właściwie oprócz moteli i resortów nie ma nic. Opuszczamy olbrzymie obszary (20 tys. km. kw.) narodowego parku Kakadu z mieszanymi uczuciami. Za dużo kontrastów. Tylko kilka miejsc jest tu naprawdę pięknych.

Dojeżdżamy do Darwin – stolicy Północnego Terytorium. Miasto ma około 130 tys. ludzi. A my mamy pecha…, przyjeżdżamy w niedzielę, a akurat w ten weekend odbywa się tu największy wyścig samochodowy V8. Holden ściga się z Fordem i w związku z tym o szybkim znalezieniu taniego miejsca do życia, można tylko pomarzyć. My ten cyrk znamy z naszego miasta, bo to odbywa się we wszystkich większych aglomeracjach. Jakimś trafem znajdujemy jednak całkiem niedrogi (jak na te warunki), w pełni wyposażony pokoik i to prawie w centrum miasta. Cuda się jednak zdarzają!

W Darwin zostajemy na 3 dni. Po wypakowaniu, wybieramy się na sławną plażę przy centrum Mindil. To tu w każdą niedzielę wieczorem, odbywają się jarmarki rozmaitości. Sztuka, muzyka i pokazy cyrkowe wraz z jedzeniem i piciem, są głównymi atrybutami tej imprezy. No i piękny zachód słońca nad zatoką Fannie. Akurat mamy podobnie w domu, ale większość ludzi wylega w tym czasie na plażę (to my też), aby uwiecznić tę piękną chwilę i po paru minutach znów wracamy na tereny zielone przy plaży, gdzie trwa zabawa. Późnym wieczorem wracamy do hotelu, aby przy łyku wody ognistej opracować plan na jutrzejsze zwiedzanie. O pogodzie nie ma co pisać, bo tu zawsze max.32 min.22 i tak codziennie.

Darwin założony w 1869 roku jako oaza kupiecka, po 2 latach ogarnięty został gorączką złota. Później tylko cyklony wyznaczały historię tego miasteczka, aż do II wojny światowej, kiedy to między lutym 1942 a połową 1943 roku, Japończycy dawali się we znaki, wielokrotnie zrzucając tu bomby. W Boże Narodzenie 1974 roku potężny cyklon Tracy, zmiótł większość miasta z powierzchnii ziemi. Na 43 tys. ludzi wówczas tu zamieszkujących, ponad 30 tysięcy było ewakuowanych. Dzisiaj można to już tylko oglądać w muzeum.

Darwin stał się sporym, nowoczesnym miastem tętniącym życiem, w tym tropikalnym regionie Australii. Zwiedzamy budynek parlamentu terytorialnego i poznajemy jego historię. Zabytkowe budynki, centrum handlowo-biznesowe miasta i port tuż obok. To tu po raz pierwszy widzimy policjantów na… segway’ach. Po południu ogród botaniczny i inne atrakcje. Następnego dnia jesteśmy w ciekawym muzeum i galerii sztuki tuż przy zatoce. Chodząc po salach z eksponatami, przez panoramiczne okna, oglądamy równocześnie malowniczą zatokę. Ciekawe eksponaty sztuki miejscowych Aborygenów i Papuasów z okolicy. To tu podziwiamy największego krokodyla, który podobno zjadł konia, w pobliżu miasta ponad 50 lat temu. Został upolowany i teraz jest eksponatem w muzeum, lepiej zakonserwowanym niż Lenin w Moskwie.

W sklepie z pamiątkami gdzie kupujemy drobiazgi, natknęliśmy się na dwoje młodych Polaków z Warszawy. Słyszeli, że rozmawiamy po polsku i nas zagadnęli. Okazało się, że tak samo jak my są na włóczędze po Australii, tylko krótszej. Mili ludzie, a było to jedyne nasze spotkanie z językiem polskim na całej trasie.

Czas w Darwin szybko leci. Na liczniku już ponad 11 tysięcy kilometrów. Czas jechać dalej. Od tej chwili będziemy się kierować głównie na południe w stronę domu. Ale o tym potem.
Krzysztof Deja

katherine river.jpg
Kakadu NP.jpg
Kakadu - krokodyl.jpg
Kakadu-rysunki.jpg
Darwin market.jpg
Darwin -widok.jpg
Darwin.jpg
Darwin-botanic.jpg
krokodyl Sweethart.jpg
Darwin-centrum.jpg
Darwin- parlament.jpg

 

Komentarze

Autor

Krzysztof Deja

Krzysztof DejaKrzysztof Deja mieszka w Adelaide od ponad 30 lat. Jego Dzienniki Poranne i felietony pisane są właśnie z tej "australijskiej perspektywy". W portalu zaczęliśmy je publikować w sierpniu 2003. Z zawodu inżynier, projektujący pojazdy pancerne i inne środki transportu. Z zamiłowania zajmuje się literaturą. Pisuje dla polonijnej prasy. Wiele jego wierszy zostało nagrodzonych. Jest również autorem opowiadań oraz powieści pt. "W kolejce do raju", traktującej o przygodach w trakcie emigracji z Polski.   Więcej jego utworów można znaleźć pod adresem www.australink.pl/krzysztof   http://www.youtube.com/watch?v=vYArdV1Bnoc http://www.youtube.com/watch?v=x-uQbTeD3aA Więcej artykułów tego autora