Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Reportaż z drogi cz.2

Autor: Krzysztof Deja 1 sierpnia 2014

Jak już wspominałem poprzednio, jedną z atrakcji pobytu w miasteczku złota Kalgoorlie była wizyta w domu publicznym zwanym Questa Casa.

Nie był to zwykły burdel, ale historyczny dom publiczny z początków XX wieku, lub końca XIX (nie ma pewności) prosperujący do dnia dzisiejszego. Oczywiście z wielką różnicą pod względem ilości pracownic i obrotów. I o tym, i o wielu innych sprawach, oraz pikantnych szczególikach z życia domu publicznego, opowiadała zgromadzonej grupie turystów płci obojga obecna menadżerka i właścicielka tej instytucji.

Okazuje się, że szacowna dama pracuje w przemyśle seksualnym (prawda jak to śmiesznie brzmi), od bardzo dawna, ale zawsze na stanowiskach kierowniczych. Madame niczym rasowa aktorka z odpowiednią modulacją głosu, interesująco opowiadała o historii tego “przemysłu” w miasteczku, oprowadzając nas po przybytku.
Przedstawiła wiele faktów i anegdotek ze swej praktyki, w końcu ma bogate doświadczenie, bo prowadzi ten interes od 1990 roku.
Z kilkunastu domów uciechy dawnych czasów ostały się tylko dwa, z czterema panienkami na etacie. Trzeba pamiętać, że na początku, czyli ponad 100 lat temu, 95% populacji tego miasteczka to byli mężczyźni.

Obydwaj z Zenkiem stwierdziliśmy, że najlepszy interes obecnie madame Carmel robi na turystach, wyciągąjąc z tego niezłą dniówkę. A 50% z utargu dziewczyn to bonus.

Kilka dni w miasteczku zleciało jak zbicza strzelił i po tym udaliśmy się prosto na południe do oceanicznego portu Esperance. Ładne miasteczko z archipelagiem 110 wysepek na horyzoncie. Co ważne, ciągle mieliśmy słoneczną pogodę i ciepło. Następnego dnia wybraliśmy się do Hyden, aby zobaczyć sławną Wave Rock, czyli Skałę-Falę. Granitowy monolit o wysokości 15 metrów i 110 metrów długości góruje nad okolicą. Wygląda imponująco niczym olbrzymia oceaniczna fala. Formowała się przez ponad 2700 milionów lat. Obfotografowaliśmy ją ze wszystkich stron, wspieliśmy się na grzbiet oglądając stamtąd okolicę i po godzinie już nas nie było.

Gdy docieraliśmy do najstarszego miasteczka Zachodniej Australii – Albany ( 2 lata starsze niż Perth), pogoda się załamała. Po tygodniu wojaży mieliśmy brzydki deszczowy dzień, a następny był nie lepszy. Na szczęście to były jedyne deszczowe dni w czasie całej naszej ośmiotygodniowej podróży. Albany ma niesamowitą lokalizację – majestatyczne wzgórza, zatoczki, bajeczne plaże. Nad miastem góruje ANZAC Memorial z piękną kopią pomnika żołnierzy z egipskiego Port Saidu. Zwiedziliśmy przybrzeżne tereny parku narodowego Torndirrup z the Gap i Natural Bridge, gdzie fale rozbijały się z taką siłą, że sięgały 20 metrów. Testowaliśmy drogie whisky w lokalnej destylarni, odwiedziliśmy muzeum, pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża do Emu Point. Magiczne miejsca – całe szczęście, że pogoda była kiepska to nie było żalu odjeżdżać.

Następny dzień to droga w kierunku Augusta. W Denmark oglądamy podwójną plażę, z jednej strony wybrzeże oceanu z drugiej jezioro, a złociutki piasek w środku. Między Denmark a Walpole wspinamy się na wysokie kładki aby obejrzeć z góry wielki las eukaliptusowy. Chodzimy na wysokości 40 metrów, a korony drzew wysoko nad nami. Trochę dalej wkraczamy w prastare imperium drzew. Tysiącletnie okazy o niewiarygodnych konarach. Co za zapachy.

Tuż przed Augusta zwiedzamy jaskinię Jewel (Klejnot). Odkryta dopiero w latach 50. XX wieku, a teraz pięknie oświetlona dla turystów. Widzieliśmy już tyle jaskiń ale ta robi wrażenie, a i wymaga od zwiedzającego nieco zwinności, aby manewrować ciałem pomiędzy tysiącletnimi stalaktytami zwisającymi z sufitu. Dziwne wrażenie – jeszcze 2 godziny wcześniej chodziliśmy wysoko nad ziemią (40 m), teraz tyle samo pod.

W Augusta jedziemy na najbardziej wysunięty zakątek Australii – Cape Leeuwin, gdzie spotykają się dwa oceany: indyjski i południowy. Stoi tu trzecia pod względem wielkości latarnia morska ponad 50m n.p.m. Stąd można oglądać wędrujące rodziny wielorybów, ale z tego co wiemy, to nastąpi dopiero za kilka tygodni.

Potem piękne tereny Margaret River. Miejscowość, a właściwie region gdzie produkuje się 20% wszystkich australijskich win. Ponadto małe browary, serownie, lokalne miody, oleje, no i 120 winiarni. My odwiedzamy tylko dwie ze względu na to, że jesteśmy autem. W jednej z nich próbowaliśmy wspaniałe muscaty ( to niczym węgierski tokaj), a właściciel winiarni był tak uprzejmy, że zaoferował nam trunek który normalnie nie jest przeznaczony do darmowego testowania. A mianowicie, port jego produkcji – złoty medalista z międzynarodowego konkursu w Sydnej. Cena normalnej butelki – bagatela- 300 dolarów. Niebo w gębie.

Później odwiedzamy Busselton. Zapamiętałem najdłuższe molo – ponad 1.8 km na końcu którego znajduje się podwodne obserwatorium życia oceanicznego. Nawet foki tam przypływają.
Następny nasz przystanek to Bunbury. Spore miasto jak na nasze warunki i ciekawe. Oglądamy nowoczesne ekspozycje i obrazy w lokalnej galerii sztuki.
Gdy dojeżdżamy do Perth wskakuje na liczniku liczba 5000 km – to tyle już zrobiliśmy… Wjazd do miasta (mam na myśli ostatnie 100 km) imponujący. Bezkolizyjne skrzyżowania i zjazdy z highway’u. I tak do samego centrum – a tam właśnie będziemy mieszkać przez najbliższe 5 dni. Nasz apartament ma wszystko co potrzebujemy. Przystanek autobusowy tuż obok, a transport miejski… za darmo. Auto używamy więc tylko do dalszych wypadów.

Miasto robi wrażenie. Oczywiście jest mniejsze od Sydnej i Melbourne, mniej więcej wielkości i podobieństwo do Brisbane, ale Perth chyba nowocześniejsze. Odwiedzamy sławny Kings Park – podobny do nowojorskiego Central Parku ale większy. Chodzimy po botaniku, oglądamy miasto z góry. Wchodzimy na iglicę Swan Tower przy rzece gdzie próbujemy swych zdolności jako… dzwonnicy. Znajduje się tam 18 dzwonów z jednego z londyńskich kościołów i mamy okazję zabawić się w dzwonnika z Notre Dame. Zwiedzamy centrum miasta i miejskie plaże, ze słynną Cottesloe. Podziwiamy surferów i kąpiących się ludzi, pomimo że to ostatni dzień maja, czyli początek naszej zimy. Pogoda doskonała. Ocean Indyjski w tym miejscu ma ciągle temperaturę 21 stopni. Codziennie słonecznie i o to chodzi…

Następne dni, to wizyty w muzeach i stanowej galerii sztuki. Muzeum stanowe nawet przypomina nasze w SA, natomiast galeria jest ukierunkowana na sztukę nowoczesną, co nie jest ani zarzutem ani pochwałą. Po prostu nowoczesna architektura pasuje do tego typu malarstwa, instalacji czy art-video. Postacią sztandarowa galerii jest sławny syn zachodnioaustraliskiej bohemy Guy Grey-Smith któremu poświęcono osobną ekspozycję. W samym centrum Perth wybudowano zaułek żywcem wyjęty z Londynu z butikami i gadżetami oraz wiktoriańską architekturą. To pewnie dzieło synów Albionu na wypadek “homesickness”.

Na cały dzień wybieramy się też do Fremantle. Kiedyś było to odrębne miasteczko portowe, teraz praktycznie jest dzielnicą Perth. Ale o tym napiszę już w następnej korespondencji.
Krzysztof Deja

Dom publiczny.jpg
Fala skalna.jpg
Albany Natural Bridge.jpg
Walpole - prastare drzewo.jpg
krowa - pirat.jpg
Dwa oceany.jpg
Margaret River.jpg
Perth - centrum.jpg
Perth - angielski zaulek.jpg
Perth.jpg
Perth - plaza Cottesloe.jpg

Komentarze

Autor

Krzysztof Deja

Krzysztof DejaKrzysztof Deja mieszka w Adelaide od ponad 30 lat. Jego Dzienniki Poranne i felietony pisane są właśnie z tej "australijskiej perspektywy". W portalu zaczęliśmy je publikować w sierpniu 2003. Z zawodu inżynier, projektujący pojazdy pancerne i inne środki transportu. Z zamiłowania zajmuje się literaturą. Pisuje dla polonijnej prasy. Wiele jego wierszy zostało nagrodzonych. Jest również autorem opowiadań oraz powieści pt. "W kolejce do raju", traktującej o przygodach w trakcie emigracji z Polski.   Więcej jego utworów można znaleźć pod adresem www.australink.pl/krzysztof   http://www.youtube.com/watch?v=vYArdV1Bnoc http://www.youtube.com/watch?v=x-uQbTeD3aA Więcej artykułów tego autora