Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Reportaż z drogi – cz.1

Autor: Krzysztof Deja 15 lipca 2014

Zenek od dawna przygotowywał się do wyprawy po Australii. Do końca nie wiedziałem czy zabierze mnie ze sobą.

A jednak – stara przyjaźń nie rdzewieje. Jedziesz – zapytał, jadę – odpowiedziałem z entuzjazmem.

Mój druh zabrał się ostro do organizacji zapasów na wyprawę. Na początek zakupił sporą butelkę dżinu oraz tonik. Zapytany o przyczynę stwierdził, że każdy szanujący się podróżnik zabierał ten trunek w celu głównie leczniczym czy profilaktycznym, więc my nie możemy być gorsi. A poza tym zapas piwa które obydwaj lubimy (bo nie będziemy się pałętać po lokalnych pubach). Nie zapomniał też o zapasie wina na ciepłe wieczory przy zachodzącym słońcu. Dodatkowo przytaszczył do domu 20-litrowy kanister na benzynę i spory kontenerek wody pitnej na wszelki wypadek.
– No dobra, ja zabezpieczyłem płyny, a ty staraj się o resztę – zakończył.

I tym mi zabił ćwieka, bo ja nigdy się na tak wielką wyprawę jeszcze nie wybierałem. Nie wiedziałem dokąd sięga cywilizacja Coles’a i Woolworths’a, a poza tym co w takiej sytuacji przygotowywać. Zenek podpowiedział, że mamy mieć sporo puszek rybnych i innych produktów obiadowych. W końcu wybieramy się na 2 miesiące i mamy zaliczyć 16 tysięcy kilometrów. To prawie w linii prostej droga do Polski.

Wyruszyliśmy w połowie maja z Adelajdy na zachód w stronę Perth, moim sześciocylindrowym autem, ale z napędem tylko na dwa koła. Zenek po przestudiowaniu naszej przyszłej trasy stwierdził, że w obecnym czasie auto 4wd nie jest nam potrzebne bo 95% tras gdzie chcemy dotrzeć, jest dostępne dla naszego auta.

Trzeba przyznać, że mieliśmy wtedy nadzwyczaj piękną i ciepłą pogodę. Pierwszy odcinek, niecałe 800 km do Ceduny. Droga prosta jak drut, w trakcie podroży zatrzymujemy się m.in. w Streaky Bay. Miasteczko wypiękniało od czasu kiedy tu byłem 20 lat temu. Natomiast Ceduna gdzie spędzamy noc w motelu, bez większych zmian. W drodze mamy spotkanie z rudym liskiem który czmycha przed naszym autem na drugą stronę drogi, niestety nie udało się ominąć sporego węża który rozciągnął się w poprzek i zajął większą szerokość highway’u.

Następnego dnia gnamy do Eucla – małej oazy tuż przy granicy Południowej i Zachodniej Australii. Granica międzystanowa to nie tylko umowna linia z informującą tabliczką, ale również kontrola przewożonej żywności. Chodzi głównie o owoce i warzywa, ale także o miody i inne produkty, gdzie mogą znajdować się szkodniki których, niby nie ma w głębi stanu. Paranoja! Każdy stan uważa, że u nich to cacy, a reszta be. Nie pierwsza to nasza wizyta na takim punkcie, ale tu na tej pustyni…? Komu przeszkadza nasze jabłko czy cebula (którą właśnie nam skonfiskowali). Tyle się mówi o spożywaniu witamin, a tu na granicy bezceremonialnie zabierają warzywa i owoce, a przecież przez następne 800 kilometrów to pustkowie i sklepów nie ma. Nie mówiąc o jakiś sadach czy uprawach warzywnych którym to miałoby zaszkodzić. No cóż, rady na głupotę nie ma.

Ciekawostką jest też to, że w ciągu doby przekraczaliśmy 3 strefy czasowe z różnicą 45 minut każda. No i to, że po wyjeździe z terenu osady czy miasteczka nie ma już połączenia telefonicznego na komórce. I tak przez całą drogę. A drogi proste i nudne, przejeżdżamy na przykład 180 km bez najmniejszego łuku. Widzimy tylko sporo potrąconych kangurków i innych dzikich zwierząt przy drodze. Znaki drogowe ostrzegają przed wielbłądami, kangurami i wombatami wałęsającymi się przy drodze. Co piękne, to dzikie plaże, wysokie wybrzeża oceanu, czasami tuż przy drodze. Wypatrujemy za wielorybami i rekinami, ale dostrzegamy jedynie delfiny. Zdecydowanie nie podobają nam się ceny benzyny – tu już płacimy $2.05 za litr bezołowiowej. Diesel kosztuje tyle samo.

Następnie dojeżdżamy do miasteczka Norseman. Miejsce, gdzie kiedyś tętniło życie poszukiwaczy złota, a żyło tam ponad 4 tysiące ludzi, teraz tylko niewiele ponad tysiąc, ale kopalnie złota ciągle istnieją. Tylko że teraz nie potrzeba siły roboczej, bo wszystko zautomatyzowane. To jest już region złotodajnych żył Zachodniej Australii.

Po nocy spędzonej na dworcu – no nie dosłownie, stary dworzec przerobiono na motel i tam rezydowaliśmy – popędziliśmy do stolicy złota i innych kruszców w tym regionie, miasta Kalgoorlie. Tam spędziliśmy kolejne 3 dni oglądając niezwykłe kopalnie złota, rud żelaza, niklu. Po drodze widzimy wjazdy do niezliczonej ilości kopalni odkrywkowych i to tutaj zaczynamy dzielić drogę z pociągami drogowymi – prime mover z czterema przyczepami. Takie bydle ma ponad 50 metrów długości. Nie jest łatwo to wyprzedzić, ale wszyscy kierowcy tych monsterów zawsze dają sygnał, kiedy przed nimi w odpowiedniej odległości droga pusta i można wyprzedzać. Wielkie ciężarówki i wielkie pieniądze.

Miasto spore jak na outback, a dodatkowo połączone z bliźniakiem zwanym Boulder. Na początku była spora rywalizacja między nimi, teraz już się z sobą pogodziły. Zwiedziliśmy historyczne budynki – architektoniczne cacka z wczesnej gorączki złota – obydwa ratusze, dowiadując się wielu szczegołów o historii regionu.

To tu znajduje się jedna z największych kopalni odkrywkowych świata i to złota, zwana Super Pit. Niestety, chodziliśmy wokoło szukaliśmy, grzebaliśmy i nic nie znaleźliśmy. A podobno cała okolica, sądząc po ilości kopalń, siedzi na złocie. Oglądamy Super Pit, niesamowite wrażenie, olbrzymie 250 tonowe ładowarki-wywrotki, wyglądają jak zabawki w tym niezwykłym świecie poplątanych dróg, rozjazdów i korytarzy mieniących się w słońcu różnymi barwami. Jesteśmy też w muzeum kopalnictwa. Obydwaj z Zenkiem wdrapujemy się do szoferek tych wielkich pojazdów, próbując operować te potwory. Całe szczęście, że były przygotowane na takich jak my i nie popsuliśmy całej instalacji komputerowej jakie posiadają te w pełni zautomatyzowane maszyny. Oglądaliśmy też życie pierwszych górników- żyli bardzo marnie, a bardzo cieżko pracowali. Byli to przede wszystkim Irlandczycy, później wspomagani przez inne nacje.

Ciekawą historią związaną z tym regionem jest to, że oni nigdy nie lgnęli do wspólnoty australijskich kolonii czy później stanów i tu zawsze było mocne lobby separatystyczne, aby całkowicie się odciąć od reszty Australii i założyć niezależny kraj. Miało to być na powierzchni większej od Polski (wraz z dostępem do portu oceanicznego), a tylko z 30 tysiącami ludzi którzy zamieszkiwali ten region. Nawet na początku lat 70. tamtego wieku lokalne władze powzięły rezolucję i przeprowadzono referendum (coś w rodzaju separatystów ukraińskich). W referendum zdecydowana większość mieszkańców opowiedziała się za odłączeniem, ale nic z tego nie wyszło, bo władze centralne w Kanberze kategorycznie odrzuciły ten pomysł.

Wybraliśmy się też tam na zwiedzanie burd… sorry, domu publicznego. Ale o tym już w następnej części reportażu.

Krzysztof Deja

A2078.jpg

nasza trasa zaznaczona na czerwono
wybrzeze.jpg

wybrzeze oceanu poludniowego
znaki drogowe.jpg

znaki drogowe
Ocean Poludn.jpg

ocean Poludniowy
Norseman.jpg

Norseman
Kalgoorlie-Boulder.jpg

Kalgoorlie-Boulder
pojazd z kopalnii zlota.jpg

ladowarka-wywrotka z kolapni zlota
Super Pit.jpg

Super Pit – olbrzymia odkrywkowa kopalnia zlota
Boulder City Hall.jpg

Boulder City Hall

Komentarze

Autor

Krzysztof Deja

Krzysztof DejaKrzysztof Deja mieszka w Adelaide od ponad 30 lat. Jego Dzienniki Poranne i felietony pisane są właśnie z tej "australijskiej perspektywy". W portalu zaczęliśmy je publikować w sierpniu 2003. Z zawodu inżynier, projektujący pojazdy pancerne i inne środki transportu. Z zamiłowania zajmuje się literaturą. Pisuje dla polonijnej prasy. Wiele jego wierszy zostało nagrodzonych. Jest również autorem opowiadań oraz powieści pt. "W kolejce do raju", traktującej o przygodach w trakcie emigracji z Polski.   Więcej jego utworów można znaleźć pod adresem www.australink.pl/krzysztof   http://www.youtube.com/watch?v=vYArdV1Bnoc http://www.youtube.com/watch?v=x-uQbTeD3aA Więcej artykułów tego autora