Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Relaks w Mandurah – drugim mieście Australii Zachodniej

Autor: Piotr Włódarczak 13 grudnia 2015

Miasteczko Mandurah

To miejscowość o dziwnej nazwie. Jestem pewien, że gdy pierwszy raz się w niej znajdziesz i ktoś wypowie jej nazwę w języku tubylców, to nawet nie domyślisz się, że chodzi właśnie o miejsce w którym się znajdujesz. Gdy usłyszysz mniej więcej coś takiego: „Maandra”, to właśnie to jest to!

W zasadzie nie jest ani specjalnie ciekawe, ani nudne, po prostu jest drugim największym miastem – po Perth – w Australii Zachodniej, liczącym około 75.000 mieszkańców. Położone w regionie o nazwie Peel, 70 km na południe od Perth, przycupnęło przy zatoce w którą bezczelnie wlewa się Ocean Indyjski. Można spotkać w niej pluskające się delfiny i obserwować pelikany polujące na ryby lub leniwie przesiadujące na drzewach i na czym się da.

Ocenianie krabów na zatoce w Mandurah, foto Piotr Włódarczak

Ocenianie krabów na zatoce w Mandurah, foto Piotr Włódarczak

Generalnie, w Mandurah rządzą  wspaniałe papugi – głośno skrzeczące kakadu różowe, choć są też inne. Gdy chodziłem z dwoma psami moich gospodyń na spacer po osiedlu w Mandurah, lubiłem zachodzić nad niewielki staw, położony w parku między domostwami rozwalonymi leniwie wokół, i obserwować stada tych papug przekomarzających się na drzewach i pasących się całymi hordami na trawniku. Te papugi lubią jeść z ziemi, zamiast wyszukiwać pokarm na drzewach.

Generalnie uwielbiam papugi, hodowałem je w mieszkaniu, gdy byłem dzieckiem, więc Australia pod tym względem jest dla mnie rajem. W centrum miasteczka znajduje się piękna i bogata marina – port dla tysięcy motorówek, łodzi wszelakiego rodzaju, którymi mieszkańcy, a raczej letnicy, bo miasteczko jest sypialnią i miejscem wypoczynkowym dla Perth, wypływają na zatokę na przejażdżkę, łowić ryby, krewetki lub kraby, których żyje tutaj dość dużo.

Najbardziej znanym z nich jest niebieski krab pływak. Mandurah słynie też z wyścigów psów i pewnego wieczora udało mi się wygrać 20 dolców.

Komunikacja w regionie Perth

Mandurah jest wpięte w rozbudowany system komunikacji podmiejskiej, który łączy centrum Perth i około 40-50 różnych miejscowości – tzw suburbia. Kolejki są czyste, ciche i jeżdżą co kilka minut podczas dnia, bez żadnych opóźnień. Przy dworcach – przystankach podmiejskich wybudowano parkingi dla samochodów, które trzeszczą w szwach, bo mieszkańcy wolą poruszać się kolejką niż jeździć własnym autem, co jest bardziej ekologiczne i szybsze.

Poza kolejkami, w systemie transportu miejskiego funkcjonują setki autobusów, którymi można podjechać prawie pod każdy dom w promieniu 80 km od Perth. Najlepiej kupić sobie u kierowcy bilet na cały dzień i można jeździć dowolnym środkiem transportu, ile tylko dusza zapragnie. Autobusy mają też dobre hamulce, o czym przekonałem się wtedy, gdy wszedłem wprost pod pędzący pojazd, bo z początku nie mogłem przyzwyczaić się do ruchu lewostronnego i wchodząc na jezdnię odwracałem głowę w złą  stronę, bo najpierw w lewo – jak w Polsce, a trzeba było odwrotnie – w prawo.

Do autobusu wchodzi się tylko przednimi drzwiami, bo podczas wejścia następuje kontrola przez kierowcę zakupionych biletów lub podróżni używają specjalnych „pipaczek” – kart elektronicznych, którymi opłacają przejazdy. Wychodzą za to z pojazdu środkowymi i tylnymi drzwiami. No jest porządek, Law and Order. Nie mylić z Law and Justice, szczególnie w polskim, pożal się Boże wydaniu. Zdziwiło mnie za to, że w kolejkach sprawdza się bilety nie tylko podczas jazdy – co jest normalne, ale również po przybyciu na stację docelową! Wychodząc z tunelu, którym porusza się pociąg, należy przejść przez specjalną bramkę położoną przy obsłudze, która kontroluje czy mieliśmy bilet na przejazd.

Gdy pierwszy raz podróżowałem z Mandurah do Perth taką kolejką, to po wyjściu z pojazdu od razu zmiąłem i wyrzuciłem bilet do śmieci, po co mi jakieś zużyte papiery w kieszeni? Aż tu nagle widzę, że sprawdzają te bilety na górze, przy wyjściu na miasto i przy bramkach stoi policja. O kurde, wróciłem czym prędzej na peron i zacząłem gorączkowo myśleć do jakiego kosza na śmieci wyrzuciłem ten bilet ? I zacząłem gmerać w nim szukając kawałka papieru wśród odpadków i petów wzbudzając zainteresowanie podróżnych: „Co za menel się tutaj znalazł ?” I udało się! Odnalazłem zmięty bilet i wręczyłem go policji na górze, tyle, że podejrzanie się przyglądali mojej osobie, bo jeszcze takiego biletu, który wyglądał jak wyciągnięty mojemu psu z gardła, nie widzieli w swojej historii. Uff … ale mi ulżyło. Nigdy już niczego nie wyrzucałem do kosza podczas mojego pobytu w Australii. Do transportu miejskiego i podmiejskiego jeszcze wrócę w kolejnych opowieściach, bo można poświęcić temu zagadnieniu cały odcinek.

Łowimy kraby w Mandurah

– Ej, dziewczyny, macie jeszcze tego Polaka ? – zapytała pewnego sobotniego dzionka Ania – miejscowa biznesmenka, reprezentująca środowisko polonijne.

Gdy w Polsce ogłoszono stan wojenny, ona była akurat na oceanie i wraz z pasażerami i kapitanem, uprowadzili statek i uciekli do Australii przed szalejącą w naszym kraju komuną. Teraz jednak nie chodziło o porwanie, ale o połów krabów na wodach Mandurah i Ania kompletowała załogę. Zgodziłem się bez mrugnięcia oka. Wyjechaliśmy do mariny, ciągnąc za sobą naszą łajbę na specjalnej przyczepie, a potem przeprowadziliśmy proces wodowania łódki i moszczenia się w niej. Ania zajęła miejsce za sterem, bilety zostały sprawdzone i ruszyliśmy z kopyta w morską dal.

Szybko przekonałem się, że widok płynącej łodzi motorowej, jaki znałem z filmów o Bondzie, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. W realu  łódka uderza o fale jak o beton, a wszyscy wewnątrz podskakują i modlą się o to, żeby podróż zakończyła się jak najszybciej. Po 40 minutach dopłynęliśmy na łowisko, wyciągnęliśmy kosze do połowu krabów i rozpoczęliśmy naszą robotę. W sumie złowiliśmy ponad 40 krabów, z czego połowa trafiła z powrotem do oceanu, gdyż nie spełniały wymaganej normy wielkości. Ja zostałem managerem d/s jakości i pomiarów krabów „od biodra do biodra” i jeśli wymiar był prawidłowy, krab trafiał do naszego kosza.

Podczas chwytania krabów trzeba uważać na ich ostre jak brzytwa szczypce. Mogą nieźle pociąć, o czym przekonałem się, gdy jeden z nich chwycił mnie za palec … no nie, to nie był środkowy palec, ale wskazujący. Po opatrzeniu ran kontynuowaliśmy pracę na zatoce. Kraby łowiliśmy w taki sposób, że wyrzucaliśmy do wody specjalne druciane kosze z przynętą – wątrobą lub śledzioną krowy, i przez jakiś czas pływały swobodnie w wodzie, a potem opadały na dno, wabiąc kraby do środka. Po jakimś czasie, dzięki bojom przytwierdzonym do koszy, lokalizowaliśmy je i wyciągaliśmy szybko, żeby kraby nie zdążyły z nich uciec. A potem wyciągałem je po kolei ręką.

Po trzech godzinach takiego połowu zwinęliśmy nasz sprzęt i popłynęliśmy z powrotem do Mandurah. Wracaliśmy specjalnym kanałem wzdłuż którego bogacze wybudowali swoje przepiękne posiadłości, w których prawdopodobnie nigdy w życiu nie będę mieszkać, a nawet do nich nie wejdę jako gość. Nie te progi. Może księdzu po kolędzie by się to udało, ale i to nie jest pewne. Ciekawe było to, że przed każdym domem zacumowana była wspaniała łódka, która tylko czekała na pasażerów. Zamiast samochodów stojących przed domem, mieszkańcy mieli zaparkowane motorówki. Po lustracji tego ciekawego miejsca wróciliśmy  do naszej mariny i dokonaliśmy umieszczenia łódki na przyczepie i wyciagniecia jej z wody.

Australijska impreza, ale … po polsku

Po powrocie do naszej hacjendy w Mandurah Ania zarządziła, że dziś wieczorem będzie impreza … ale po polsku. Była to dość ważna wskazówka, bo oznaczała w praktyce to, że można było wyjąć sobie z lodówki wódkę naszej gospodyni i normalnie sobie polać.

Może to wydać się Wam dziwne – Wam, którzy nie mieszkacie w Australii – że o tym wspominam. To co wydaje się w Polsce normalne, że często imprezujemy na tzw. „krzywy ryj”, czyli korzystamy z dóbr zgromadzonych przez innych, w Krainie Oz działa inaczej. Australijska impreza wygląda tak, że przynosimy ze sobą własne piwo, wkładamy je do lodówki gospodarzy, żeby było zimne, następnie je pijemy, ale tylko własne (to które sami przytargaliśmy) i nie możemy ruszyć innego alkoholu, a jeśli coś nam zostanie, to zabieramy sobie do domu.

Gdy Australijczyk zaprosi Cię na komunię lub inną imprezę, no to się módl, bo w restauracji musisz zapłacić za to co sam zjesz i wypijesz. No takie prawo i nic nie zrobisz. Australijczycy mówią na to: „bring your plate” i Ania opowiadała mi, że gdy przymusowo osiedliła się w Australii i pewnego dnia usłyszała, że ma to zrobić, na imprezę przyniosła … własny talerz, bo myślała, że dziwni Australijczycy nie mają ich dość w swoim domu.

A co stało się z naszymi krabami? Ano biedaki trafiły do wrzątku, a potem na nasz stół i mieliśmy niezłą kolację, choć trochę zamarudziliśmy z łamaniem ich odnóży i wydobywaniem białego mięsa. Osobiście nie przepadam za tego rodzaju ucztą, dużo pracy i papraniny, dużo odpadków, a jedzenia tak naprawdę niewiele. Zatęskniłem za naszym polskim schabowym, panierowanym w jajku i bułce tartej, smażonym na smalcu, jak nakazuje nasza królowa garów – Magda Gessler.  Oglądam teraz w Polsce program „Masterchef” i był ostatnio odcinek w którym gościnnie wystąpił australijski juror z tego samego programu, ale powstałego na antypodach. Zadaniem dla naszych „contestans” było przyrządzenie dania przy użyciu australijskich produktów, ale niestety nikt z nich kraba nie przyrządził ani nawet kangura. W Polsce w ogóle nie ma kangurzego mięsa. Byłoby chyba nie najlepiej postrzegane przez konsumentów, że niby jemy cudowne zwierzęta, że taki proceder jest nieekologiczny i hańbiący. A nie wiedzą co dobre.

Podczas imprezy stwierdziłem, że podczas naszych połowów zjarałem się na heban. Pięknie wyglądałem, nawet moje byłe miłości – cholery jedne – łypałyby na mnie pożądliwym okiem. Ale potem okazało się, że to było tylko moje pobożne życzenie. W Australii, według ludów azjatyckich, które coraz bardziej zyskują na znaczeniu, opalenizna nie jest symbolem młodości, dobrego samopoczucia i majętności, ale oznaką staczania się i menelstwa. Człowiek opalony to dla nich lump, biedak i niegodny uwagi. Dlatego Japończycy otulają się tutaj szmatami, zakładają w upały długie rękawy, czarne legginsy i kolanówki, żeby chronić swoją bladą skórę przed słońcem. No wszystkim nie dogodzisz, prawda stara jak świat, a gdy będziesz na słońcu wspomnij moje słowa i oszczędzaj się.

No, pora kończyć moi Drodzy, a następnym razem będziemy jeszcze w Perth, we Freemantle, i na wyspie Rotnest, no i odwiedzimy Trombolity niedaleko Mandurah i małe pingwinki. Czy już za nimi tęsknicie ?

Komentarze

Autor

Piotr Włódarczak

Piotr WłódarczakPiotr jest czynnym zawodowo zootechnikiem, który w miarę możliwości podróżuje po świecie. Ukończył Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu, gdzie mieszka na stałe. Oprócz Stanów Zjednoczonych interesuje się Australią, jej przyrodą, rolnictwem, stylem życia i uwielbia przygodę. Więcej artykułów tego autora