Reklama-EDynam

Artykuły Archiwalne

Mit o Stworzeniu Ziemi i Ludzi

Autor: Teresa Podemska - Abt 5 lutego 2007

 

W czasie kiedy Wielki Duch Baiame, inkarnacja wszelkiej uprzejmości i dobra dla innych, myślało ukształtowaniu powierzchni Ziemi, leżała ona sobie bezkształtna i nieporadna pod pustym niebem. Uczyniwszy jedną ze swych żon Matką Wszystkiego Wielki Duch poprosił ją, żeby zamieszkała z Nim w Niebie, a kiedy się zgodziła, zabrał się radośnie do pracy i bezkształtnej masie nadał kształt kuli.


Kiedy to uczynił postanowił w dzieło stworzenia zaangażować swych synów. Przywołał ich do siebie i uczynił odpowiedzialnymi za formowanie krajobrazu i dopilnowywanie porządku. Chciał, żeby na Ziemi zamieszkali ludzie (podanie wg plemion płd.- wsch.).

Kreacja ludzi nie była prosta. Wymagała myślenia i eksperymentów, dlatego (wg plemion Centralnej Australii) Baiame poradził się kobiety Słońca, która miała więcej doświadczenia, i za jej radą, a także w porozumieniu ze swymi żonami, zaczął od rzeczy łatwiejszych: insektów, ryb, ptaków, gadów, zwierząt.

I wtedy (wg Arandów), kiedy nikt nie liczył jeszcze czasu, Wielki Duch Karora leżąc jednego razu w głębokiej, ciemnej kotlinie pożałował, że nie ma wokół niego żadnych istot żywych. Dookoła było już tyle wspaniałych kreacji, a nie było nikogo oprócz niego, kto byłby zdolny do podziwiania piękna otaczających go kwiatów i roślinności. Karora kontemplował przez chwilę swą samotnię, gdy nagle, tuż nad nim pojawił się wyrastający z jego głowy żywy słup myśli. Była to oczywiście Tnatantja Wszelkich Tnatantji, symbol męskości. Teraz właśnie Karora zrozumiał, że nadszedł czas na początek innego życia. I dokładnie w tym momencie z brzucha i pach Wielkiego Przodka wytrysnął nieprzerwany strumień torbaczy, które na początku były małe i jakby nieśmiałe, a później robiły się coraz większe i zgrabniejsze, aż wreszcie stały się całkiem podobne do ludzi. Kiedy Karora to zauważył wysłał najmocniejsze z kangurów na poszukiwanie wody, pożywienia i światła.

Torbacze miały niezwykle silne nogi, więc wyskoczyły szybko z kotliny. W ślad za nimi podążył Karora, a kiedy wygramolił się ze swego wygodnego legowiska w jasności słońca ujrzał nie tylko swoje radośnie pląsające dzieci, ale uderzające piękno otaczającego je koloru, który sprawiał poczucie przyjemnego życiodajnego ciepła. Przekonany tedy, że osiągnął co chciał, Karora odciął wtedy od głowy korzenie tnatantji i w gorących promieniach słońca przygotował sobie posiłek z dwóch najbliższych torbaczy. Później, kiedy całkiem się już ściemniło i na niebo wyszedł Księżyc, Wielki Duch znowu zszedł do swej dziury i zasnął kamiennym snem.

W czasie odpoczynku Wielkiego Ducha, Ojca Ojców do pracy ruszyły wszelkie tajemne moce i oto rozpoczęło się znowu dzieło stworzenia. Ni stąd ni zowąd, a na pewno bez specjalnego wysiłku śpiącego Wielkiego Ducha, spod jego ramienia wyłonił się spory, okrągły jak gałąź eukaliptusa kij, który skacząc, podrygując i wywijając się na wszystkie strony, zmieniał się, wybrzuszał, wyginał i pląsał aż wreszcie ukształtował się w doskonałego potomka Karory, pierwszego śmiertelnika, który z ufnością położył się obok Wielkiego Ojca i smacznie zasnął.

Świtem, kiedy obaj się przebudzili, Karora nie był zachwycony tym co zobaczył, ale młodzieniec przyłożył do piersi Karory ręce i czekał na znak. Ten ujrzawszy płynącą w żyłach chłopca krew rozpoznał w nim syna. Zjedli tedy pierwszy rodzinny posiłek z torbaczy i przez resztę jasności podziwiali świat.

Dookoła nich panował ład i nareszcie wszystkie stworzenia były jako tako zadowolone, a ku uciesze Wielkiego Ducha nie żądały już od niego niczego więcej; nie płakały i nie złościły, że chcą mieć dłuższe członki, lub krótsze ogony, wydawały się być spokojne.

Nadeszła ciemność i ojciec z synem położyli się znowu spać.

Tym razem tajemne moce uaktywniły się nieco później i kiedy obaj mężczyźni dobrze już chrapali w kotlinie układali się do spania następni synowie Karory. I odtąd noc po nocy było tak samo i rodzili się kolejni synowie Karory, aż było ich tak dużo, że na pierwszy poranny posiłek zabrakło torbaczy i nie było co jeść.

I wtedy Karora musiał znowu poradzić się Słońca, a ona poradziła mu, żeby rozesłał po szerokiej Ziemi swych synów w poszukiwaniu pokarmu.

Tak tedy synowie Wielkiego Ducha ruszyli w świat. Po drodze patrzyli jak zwierzęta , insekty, ryby i ptaki biegną do swoich domów, a góry, drzewa, wody i kwiaty ścielą piękno, chłód i cień wszędzie gdzie spojrzeć i zrozumieli, że to właśnie oni, ludzie, cząstka Wielkiego Ducha, są mu podobni. Synowie Karory zrozumieli, że są spadkobiercami i cząstkami wszystkiego co stworzył ich Ojciec i że wszystko co żyje i jest tą samą świętą kreacją.

Tak szybko jak młodzieńcy ruszyli w poszukiwaniu pokarmu tak szybko musieli uczyć się otaczającego środowiska i obserwować wszystko co rozpościerało się wokół nich.

Niestety, w promieniu wielu wzgórz i zagłębień terenu i w wielkiej ilości drzew i krzewów, które mijali nie było niczego, co nadawałoby się do jedzenia. Tu i ówdzie pojawiały się jakieś zwierzęta ale nie przypominały one w niczym torbaczy i myśliwi nie mogli ich tknąć. Bezsilni i śmiertelnie zmęczeni postanowili wracać do ojczystej ziemi, liczyli, że w drodze powrotnej łaskawszy będzie ich los.

Szli i szli, a kiedy byli już blisko ojczyzny ich oczom ukazał się niewielki Wallaby*. Puścili się za nim pędem. Zapomnieli o zmęczeniu. Była to przecież ostatnia już nadzieja na posiłek.

Niestety, próżne były ich próby. Zwierzę było tak szybkie i tak skoczne, że żaden z nich nie mógł się z nim równać. Wszystkie w pośpiechu wymierzone strzały lądowały w buszu i spadały bezgłośnie i bezsilnie w dół. Po chwili radości i ożywienia przyszło zniechęcenie, powrócił jeszcze silniejszy głód. Bolały mięśnie, nogi sygnalizowały ból.

Młodzi niedoświadczeni myśliwi zrezygnowani usiedli, by przez chwilę odpocząć. Nie rozmawiali ze sobą. Każdy na swój sposób próbował pokonać wstyd. A kiedy siedzieli tak mocno i głęboko pogrążeni w zadumie i ciszy usłyszeli spokojny, odważny głos.

Mówił do nich Wallaby. Stał oto w cieniu pobliskiego drzewa, wcale się ich nie bał. Objaśnił, że nie są winni swojej niezdarności, bo powód dla którego ludzie nie mogą go upolować jest gdzie indziej; oto on Wallaby nie jest prostym zwierzęciem, jest natomiast człowiekiem – zwierzęciem i dlatego nie mogą go zabić. Ziemia, na której się znajdują jest jego Matką, a on Wallaby jest ich Totemicznym Przodkiem.

Od tej pory Wallaby opiekował się młodzianami i zawsze prowadził ich śladami zwierzyny, kiedy poszukiwali pożywienia. Synowie Karory byli bardzo zadowoleni z takiego obrotu spraw. Posiedli nową mądrość i do dziś ją szanują respektując jak Prawo.

A tymczasem, w czasie długiej nieobecności synów w domu, życie Karory biegło tym samym normalnym torem. Spał, tworzył, odpoczywał, podziwiał kraj i myślał o lekcjach, jakie jego synowie odbierają od Życia.

Jednego dnia rutyna Karory została jednak przerwana. Oto Karora musiał przyjąć nieproszonych gości. Na jego teren przybył Przodek Totemiczny Ultangkara z gromadą swoich dorosłych już synów. Szukali dla siebie i swoich bliskich pożywienia i terenu do polowania.

Karora pozwolił im odpocząć ale wiedząc, że jego ziemia nie jest w okresie płodu, musiał ich chytrze odesłać. Wskazując na dalekie, niewidoczne z jego terenu ziemie, piękne równiny poza granicami jego kraju, powiedział im, że tam właśnie znajdą mnóstwo pożywienia. Podróżnicy podziękowali za odpoczynek i wyruszyli we wskazanym kierunku.

Po odejściu nieznajomych myśliwych Wielki Duch był z siebie bardzo dumny. W nagrodę za spryt i odwagę Karora udekorował się wisiorkami z kolorowanej gliny, a później długo tańczył i śpiewał ze szczęścia. Wiedział, że jego mądrość uchroniła jego kraj od nadmiernego zużycia. Czuł się niezmiernie dumny, że nie dopuścił, by plądrowano ziemię, do której tylko on i jego synowie mieli Prawo.

Teresa Podemska-Abt

Komentarze

Autor

Teresa Podemska - Abt

Teresa Podemska - AbtPonad 30 lat temu, gdy przyjechałam do Australii, niewiele wiedziałam na temat oryginalnych mieszkańców tego kontynentu - Indigenous Peoples, znanych nam jako Aborygenów. W czasie tutejszych studiów szybko się zorientowałam, że na moich oczach dzieje się tu HISTORIA – walka tubylców o niepodległość kulturową, o zachowanie tożsamości na własnej ziemi, o utrzymanie tradycji ... Więcej artykułów tego autora