30 stycznia 2005
DZIEŃ AUSTRALII
Kilka dni spóźnione, ale bardzo ciekawe opowieści Pana Janusza o genezie Dnia Australii, jaki obchodzimy 26 stycznia....
Dzień Australii
Cała ta historia zdarzyła się z powodu tych, jak zwykle niepoważnych, Jankesów. Zanim opanowali do perfekcji sztukę wciskania Australii Big Maców i smażonych kurczaków pułkownika Saundersa z Kentucky w zamian za rudę uranową, to narozrabiali jak pijany zając w kapuście doprowadzając swymi ekscesami do powstania Związku Australijskiego. Amerykanie powrócą jeszcze w naszej opowieści, ale teraz zacznijmy da capo.
Pewnego rodzaju Pucharem Ameryki w okresie Renesansu były regaty dalekomorskie z udziałem reprezentacyjnych osad Portugalii i Hiszpanii przede wszystkim. Gdy Bartolomeu Diaz zrobił rundę wokół Przylądka Dobrej Nadziei, a było to w roku 1486, to jedenaście lat póżniej wszystkie rekordy Diaza pobił jego rodak, niejaki Vasco da Gama. Na początku XVI wieku Portugalczycy odkryli korzenne wyspy Moluki. Odpowiedż była natychmiastowa: dzielny żeglarz Ferdynand Magellan reprezentując Hiszpanię i jej króla Karola I (ku rozpaczy Portugalczyków, bo był ich rodakiem) pokonuje bezmiar wód nazywając go ąlicznie Mare Pacificum, co znaczy ni mniej, ni więcej tylko Morze Spokojne. Mowa oczywiście o Pacyfiku. Poza tym nazwał swym imieniem cieśninę i ochrzcił Ziemię Ognistą. Hiszpanie już wcześniej wzmocnili poważnie swą kadrę kupując za psie pieniądze włoskiego zawodnika z Yacht Clubu w Genui, Krzysztofa Kolumba. Przepychanka portugalsko-hiszpańska trwała jeszcze jakiś czas (wyprawy Luisa Vaeza Torresa, Pedra De Quirosa i innych), ale można się było spodziewać, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Tak też się stało. Tym trzecim były Niderlandy, znane również jako Holandia. Cichcem, cichcem, zamiast o potędze śnić, Holendrzy wybrali Jawę. Rozsiedli się wygodnie na tej należącej dziś do Indonezji wyspie i zaczęli penetrować tereny w pobliżu Australii, której wówczas jeszcze teoretycznie nie było. Coś się Holendrom w tej teorii nie zgadzało, bo ciągle im wychodziło, że tu, gdzie leży nasza kochana Australia, powinna się znajdować jakaś terra australis, która jednakowoż była terrą bardzo incognita, więc na wszelki wypadek nazwali ją Nową Holandią, aby przy okazji nikt nie miał wątpliwości, do kogo ta terra należy.
Wścibscy i skąpi Holendrzy, którzy z chytrości, za jednego, niekoniecznie złotego guldena, sukę goniliby do Pacanowa, co jakiś czas wyruszali w stronę australijskich wybrzeży penetrujac ląd cal po calu. żeby choć ziarnko pieprzu znależć, żeby choć laseczkę wanilii lub cynamonową korę, żeby choć gożdzika albo nawet marną gałkę muszkatołową. Gdzie tam! O zwykłej wodzie zdatnej do picia nie było mowy.
Próby spenetrowania nowego lądu i, w przypadku jakichś rewelacyjnych odkryć, zawładnięcia nim w prostej konsekwencji, trwały wiele lat i dopiero pesymistyczne raporty pana Abla Tasmana, jak się wydaje, słane przez niego na Jawę lub do kwatery głównej Holenderskiej Kompanii Wschodnich Indii w Amsterdamie, odwróciły uwagę Holendrów od Nowej Holandii. Panowie na Niderlandach zrezygnowali na wiele lat z badań nad nowym lądem, ale oto w 1629 roku, w odległości zaledwie 38 mil od zachodnich wybrzeży Australii, rozbił się statek „Batavia" należący do Kompanii Wschodnich Indii, a przewożący dziesięć skrzyń złotych guldenów, klejnoty i 316 osób przy okazji. Rozbitkowie szczęśliwym trafem dopłynęli jakoś do wysepek leżących w najbliższym sąsiedztwie lądu stałego, gdy tymczasem kapitan „Batavii" Franciszek Pelseart sklecił jakąś łajbę z fragmentów rozbitego statku i pożeglował na Jawę, aby sprowadzić pomoc.
Z nadarzającej się okazji skorzystał typ spod ciemnej gwiazdy, niejaki Hieronim Cornelius. Wraz ze swymi kompanami opanował jedną z wysepek, na której schroniło się wyjątkowo dużo rozbitków, wymordował prawie wszystkich i ogłosił się „Kapitanem Generalnym" zdobytych terenów. Panowanie drania trwało na szczęście krótko. Z odsieczą przybył z Jawy kapitan Pelseart i żwawo przystąpił do dzieła. Sklecił naprędce szopę, którą nazwał „więzieniem", wyszykował misterne szubienice i w kilka „zdrowasiek" póżniej zbir Cornelius i jego kamraci dyndali na sznurkach jak się patrzy. Tylko dwóch chłopców okrętowych wybłagało ułaskawienia i tak oto Gan de Bye i Wouter Loves, pozostawieni na wiecznym zesłaniu, stali się pierwszymi białymi osadnikami w Australii. Natomiast szop_więzienie możemy traktować jako pierwszą na australijskiej ziemi budowlę w europejskim stylu.
Minęło znów sporo lat, gdy w 1697 roku pan William Dampier, obywatel brytyjski, z zawodu pirat, opublikował w Londynie swe pamiętniki, na kartach których namawia wręcz do zorganizowania wyprawy do Nowej Holandii. Udało mu się „przekręcil" Lorda Admiralicji, który sfinansował wyprawę pirata w stanie spoczynku, a badacza-przyrodnika z zamiłowania. Dampier dotarł do Australii, chciało mu się pić, wody nie znalazł, wrócił więc jak nie pyszny do domu, a Australię wybito sobie z głowy na następnych 70 lat.
Ludzie zawsze miewali głupie pomysły. Pewien pastor nazwiskiem Horrocks miał takie hobby, że patrzył w gwiazdy, a szczególnie intrygowała go Wenus. Poszedł do króla Jerzego III, naopowiadał mu różnych bajerów, że Jutrzenkę lepiej obserwować z południowej półkuli czy coś w tym rodzaju. Król, dobre chłopisko, wysupłał z kiesy 4 tysiące funtów, dał statek i pastor-astronom mógł żeglować do mórz południowych. On i kapitan statku dostali polecenie, że gdy już będą się szwędać wokoło Australii, to niech ją na wszelki wypadek do końca i porządnie odkryją i zaanektują dla Korony Brytyjskiej na czarną godzinę. W tym miejscu wypada nadmienić, że kapitan, syn dworskiego fornala, matematyk, geograf i kartograf, trochę astronom, trochę nawigator-samouk, zwał się ów mądrala James Cook, a statek nosił imię „Endeavour". Podczas wyprawy Cook uratował przed szkorbutem i innymi awitaminozami swą załogę wciskając im podstępnie do żarcia kiszoną kapustę. Rozpuścił mianowicie plotę, że podstawowy składnik polskiego bigosu jest niezwykle elegancką i modną przystawką na kapitańskich li-tylko stołach i arystokratycznym podniebieniom przede wszystkim smakuje. Chamstwo jak chce, niech wcina - zgodził się niby to łaskawie. I któżby nie wcinał w takiej sytuacji?
Zdrowa jak rydze załoga i kierownictwo wyprawy dopłynęli szczęśliwie aż do Botany Bay w pobliżu dzisiejszego miasta Sydney. W drodze powrotnej dowiedzieli się, że bezczelni Amerykanie postanowili zrezygnować z królewskich usług i wpadli na szalony i nieodpowiedzialny pomysł oderwania się od Imperium, a co gorsze, stanowczo odmówili płacenia podatków. Nie dziwmy się przeto, że w nowej sytuacji amerykańska kolonia nie bardzo miała ochotę na przyjmowanie brytyjskich skazańców. Więzienia londyńskie i inne poczęły pękać w szwach. Dostojni Lordowie przebąkiwać zaczęli o afrykańskiej Gambii, gdzie, ich zdaniem, śmiało możnaby zsyłać wrednych kryminalistów. Nic z tego nie wyszło z wielu względów, o których teraz nie miejsce i nie pora dyskutować. Istotnym jest fakt, że zmartwiony szczerze trudną sytuacją Lord Sydney i paru jego kumpli, także z Izby Lordów, przypomnieli sobie pracę literacką pewnego Amerykanina nazywającego się James Mario Matra. Był on kadetem towarzyszącym Cookowi w jego słynnej wyprawie. Matra sugerował w swym memoriale, że na tereny Nowej Holandii można przesiedlić tych Amerykanów, którzy do końca awantury trwali na pozycjac lojalistów i nie zamierzali odwracać się tyłkiem do Korony. Lord Sydney wprowadził do memoriału pewne poprawki polegające z grubsza na tym, że ląd opisany przez Matrę postanowił zmienić w gigantyczne więzienie czy raczej miejsce dożywotniej zsyłki. Tak oto Terra Australis „awansowała" do roli brytyjskiej Syberii. Imć pan Lord rozejrzał się wokoło, znalazł odpowiedniego człowieka i powierzył mu dowództwo nad pierwszym transportem więżniów. Człowiekiem tym był Arthur Phillip. Tłukł się sporo po morzach i oceanach, potem znudziła go zabawa w wilka morskiego i osiadł w swej posiadłości w hrabstwie Hampshire, gdzie oddał się rolnictwu. Nie wytrzymał jednak zbyt długo w skórze hreczkosieja i zaciągnął się do marynarki portugalskiej, by w 1778 roku przenieść się do służby w Królewskiej Marynarce Wojennej.
Minęło dziesięć lat. W maju 1788 roku kapitan Phillip z załogą i skazańcami odbił od angielskiego brzegu prowadząc ku Australii flotę złożoną z jedenastu statków, na które załadowano 1400 osób. Połowę stanowili więżniowie, w tym spora grupa politycznych.
26 stycznia 1788 roku kapitan Arthur Phillip zanotował w swym dzienniku: „Nad Zatoczką Sydneya wznieśliśmy maszt i wzięliśmy ląd dla Jego Królewskiej Wysokości. Wieczorem wszyscy uczestnicy wyprawy podróżujący statkiem 'Supply' zgrupowali się w miejscu, w którym weszliśmy na ląd. Na maszt wciągnęliśmy Union Jacka. Ja i moi oficerowie wznieśliśmy toasty za zdrowie Jego Królewskiej Wysokości i pomyślność nowej kolonii."
Arthur Phillip zapomniał dodać, że toastów było więcej niż dwa. Za króla Jerzego i na drugą nóżkę, za królową, za księcia Walii, za całą rodzinę królewską, której każdy z przedstawicieli miał dwie nogi... Na drugi dzień na szczęście była niedziela.
Tak się zaczęła historia europejskiego osadnictwa w Australii, którą to historię sami dziś piszemy wznosząc zbyt często za wiele toastów, a przecież nie zawsze na drugi dzień jest niedziela.
Janusz N.Filipczak
*) Prawa Autorskie Zastrzeżone. Przedruk całości lub części artykułu jest prawnie zabroniony bez pisemnej zgody autora. Janusz Norbert Filipczak
