15 grudnia 2004
SPACERUJĄC PO MELBOURNE (2)
Czas na druga czesc barwnego spaceru po Melbourne z P.Januszem!
Ulica Dawida Collinsa najpiękniej wygląda wiosną, gdy drzewa ubierają się w swieżą zieleń i czynią z ulicy cudowny, zielony tunel. Wspomnieć należy w tym miejscu, że pierwsze drzewka posadził nieopodal ratusza ekscentryczny (wcale nie z tego powodu) melbourneński burmistrz James Gatehouse. Działo się to w 1875 roku podczas celebrowania Dnia Imperium. Rośliny przyjęły się pięknie, wobec czego pomysł Gatehouse’a kontynuowano z zapałem sadząc rozmaite gatunki drzew wzdłuż całej ulicy.
Dla mnie najpiękniejszym odcinkiem Collins Street jest ta jej cześć, którą podziwiać można stojąc na szczycie wzniesienia (skrzyżowanie z Russell Street) między dwoma pięknymi kościołami: Szkockim, wybudowanym - wierzcie lub nie - w dwa lata (!) przez Davida Mitchella, prywatnie: ojca znanej śpiewaczki Nellie Melby, oraz kościołem Zjednoczonym. Oba kościoły zaprojektowane zostały przez Józefa Reeda, architekta znakomitej starej firmy “Reed & Barnes” reklamującej się jako firma architektoniczna “na każdą pogodę, na każdą okazję, w każdym stylu”. Slogan reklamowy okazał się na tyle skutecznym, iż panowie architekci mieli ręce pełne roboty, a z innych ich najbardziej spektakularnych osiągnięć zawodowych koniecznie trzeba wymienić Ratusz (Town Hall) przy Swanston Street na rogu ulicy Collinsa.
Jesteśmy jednak wciąż na skrzyżowaniu ulic Russella i Collinsa i napatrzywszy się do woli na kościoły, przenosimy wzrok na imponujących rozmiarów, wypatroszone dokładnie gmaszysko towarzystwa asekuracyjnego “Temperance and General” znanego wszystkim jako “T & G”, które po sześćdziesięciu latach doczekało się wreszcie operacji plastycznej. Wszyscy zajmujący pomieszczenia “T & G” dentyści (w liczbie chyba tysiąca chłopa) usuwający kły, siekacze i trzonowe kilku pokoleniom melbourneńczyków, sami zostali usunięci z ozdobionego charakterystyczną białą wieżą budynku i czekają, jak i my wszyscy, lepszych czasów, gdy będą mogli powrócić do pięknie (nie mam w tym względzie żadnych wątpliwości) odrestaurowanych apartamentów - gabinetów przyjęć. Swego czasu mówiło się i to wcale nie szeptem o sensacyjnym projekcie połączenia podziemnymi arkadami kompleksu hotelu Hyatt z odnawianym pieczołowicie teatrem Regent oraz skwerem miejskim (City Square). Starych melbourneńczyków ucieszy informacja, że nawet sławny sklep jeszcze sławniejszego Tima Zabawkarza wrócić ma na swe stare miejsce obok teatru wraz z setką innych atrakcyjnych sklepów, kin, restauracji. Plany przebudowy City Sguare (które to już z rzędu?!!) oraz renowacji Regent Theatre, który w okresie swej największej świetności był największym kino-teatrem na półkuli południowej (z widownią dla trzech i pół tysiąca osób), są oczywiście imponujące, jak to plany. Nowymi perspektywami najbardziej wydają się zmartwieni Burke i Wills stojący na cokole w otoczeniu koszmarnych sztucznych kaskad. Na pustyni zginęli z głodu i pragnienia, a teraz przyjdzie im z wysokości piedestału zaglądać w okna restauracjom. Wciąż wydaje mi się, że najlepszym miejscem dla tej pary podróżników byłyby błonia w pobliżu Ogrodu Zoologicznego, skąd wyruszyli oni na ostatnią w ich życiu wyprawę. Zostawmy jednak City Square i jego otoczenie i wróćmy na chwilę pod “T & G”. Czy wiecie, że białą wieżę tego budynku przemalowywał kiedyś na czarno znany przed laty gracz “footy” (kapitan drużyny Srok z Collingwood), a obecnie komentator sportowy, Lou Richards. Otóż kiedy owej chodzącej legendzie australijskiego futbolu, porównywanej często z powodu aparycji do człekokształtnej wprawdzie, ale zawsze małpy, zdarzyło sie przegrać zakład (chodziło o wytypowanie wyników spotkań ligowych), musiał za karę malować ową wieżę na czarno maleńką szczoteczką do czernienia rzęs. Jaki był wynik tej żmudnej dłubaniny?
Legenda milczy.
Mimo pozornego spokoju i stagnacji na ulicy Colinsa bez przerwy coś się dzieje. Rosną w górę nowe budynki, stare znikają lub poddawane są gruntownej odnowie czy przebudowie, zamykają się jedne biznesy a otwierają drugie. Wystarczy cofnąć się w czasie o trzydzieści tylko lat, aby skonstatować jak wiele się na naszej ulicy zmieniło. Odeszły w zapomnienie sławne melbourneńskie hotele Occidental i Oriental. Na miejscu tego pierwszego stoi dziś pudło Banku Rezerw (z interesującą ceramiczną mozaiką we foyer), a Oriental ustąpił miejsca kompleksowi hotelu Regent z atrakcyjnym miejscem handlowo-gastronomicznym zwanym Collins Plaza, gdzie znalazło przytulisko jedno z najciekawszych kin w naszym mieście o nazwie “Kino” słynace z bardzo ambitnego repertuaru. Do obowiązkowych “atrakcji” zaliczyć trzeba podróż windą na 35. Piętro Regenta i jeśli nawet nie zdecydujemy się na “coś na ząb” w restauracji "La Restaurant" lub nieco mniej wytwornej “Café La”, to zawsze pozostaje nam ... toaleta, z wielkim oknem od sufitu do podłogi. Pudrując nos możemy podziwiać wspaniały widok miasta. Gdy już nasycimy wzrok panoramą Melbourne, wracamy na ulicę i podążajac w dół, w stronę Swanston Street, zwracamy uwagę na szalenie ekskluzywne sklepy “Les must de Cartier” (biżuteria, zegarki, kosztowne drobiazgi), “Alfred Dunhill” (wyroby tytoniowe, konfekcja i galanteria męska), “Gucci” (moda damska i męska), “Woterford & Wedgwood” (irlandzkie kryształy Woterforda i angielska porcelana Wedgwooda), “Hunting World” (galanteria skórzana)…i tak dalej… wszystkich wartych odwiedzenia sklepów nie sposób wymienić. Panie namawiam jednak zdecydowanie na zaglądnięcie do boutique’u “le Louvre” pani Lil Whiteman w kamienicy pod numerem 74, natomiast panom polecam elegancki sklep czy raczej galerię złotników i jubilerów “Makers Mark Gallery” pod numerem 85, gdzie z łatwością znajdą coś odpowiedniego dla dam ich serca. Tanio nie będzie, ale kto Państwu jest w stanie, w dzisiejszych trudnych czasach, oferować cokolwiek taniego!
Na koniec lipcowego spaceru proponuję rzucić okiem na kilka wartych obejrzenia budynków przy tak zwanym “paryskim odcinku” Collins Street. Są to: elegancki Alcaston House (nr2) i harmonizujący z nim Anzac House (nr 4-6) wybudowany w stylu klasycznego renesansowego palazzo; powstały w latach siedemdziesiatych ubiegłego stulecia Portland House (nr8) z bogatą, barokową fasadą o trzech wyrażnie zeóżnicowanych stylowo piętrach; inna wersją renesansowego pałacu jest Horsley Chambers (nr 12) z szalenie interesującą pięciopiętrową fasadą; Chanonry (nr 16), to budynek z parterem zbliżony stylowo do Anzek House i Alcaston House i wyższymi piętrami ozdobionymi interesującymi pilastrami oraz akcentami w stylu art-deco. O budynku pod numerem 36 - siedzibie słynnego klubu “The Melbourne Club” opowiem przy innej specjalnej okazji. Teraz tylko wspomnę, że ta piękna budowla w stylu georgiańskim z roku 1858 jest cudowną interpretacją klasycznego renesansu z jego niezwykłą dbałością o detale, tu widoczną w rzeżbie okiennic i karnesach.
Wśród tych wszystkich pięknych budynków musiał znależć się jeden koszmarny. Myslę o strzelającym w niebo wieżowcu zwanym Nauru House, albo znacznie mniej elegancko “Domem ptasich gówienek”. Właścicielem budynku jest rząd małej wysepki Nauru na Pacyfiku, a owa wysepka słynie z eksportu guana, czyli ptasich odchodów używanych w rolnictwie jako doskonały nawóz.
Tym nieprzyjemnym tematem kończę i zapraszam na sierpniowy spacer. Spotykamy się oczywiście pod zegarami na Flinders Street Station.
Janusz N.Filipczak
*) Prawa Autorskie Zastrzeżone. Przedruk całości lub części artykułu jest prawnie zabroniony bez pisemnej zgody autora.
Janusz Norbert Filipczak
