« Reminiscencje | Strona główna | Pożegnanie »

15 grudnia 2014

WINA

Na przełomie roku zakończył się konkurs literacki zorganizowany przez Wydawnictwo Faworyta pt. Jeden Dzień. Polska jaką pamiętam. Został on uwieńczony książką o tym samym tytule. Byłem jednym z finalistów i dzisiaj przedstawiam swoje opowiadanie z tego zbioru, pt.Wina.


peace_sign_207705.jpg

Wina
Zapowiadał się kolejny piękny, letni dzień. Kilka dni temu dowiedziałem się, że zostałem przyjęty na wydział techniczny naszej politechniki, a przede mną perspektywa długiego i ciepłego lata. Jeszcze nie opadła euforia z racji udanego egzaminu na studia, później ta niepewność czy zostanę przyjęty... No i udało się! Świat jawił mi się bezgranicznie przyjazny i barwny. Zresztą kiedy ma się 21 lat wszystko wydaje się piękne.
Obudziłem się wcześnie za sprawą słońca, które w pierwszych dniach czerwca natarczywie zagląda do łóżka i żeby nie wiem jak zaciągać kotary, to i tak znajdzie sobie szparę przez którą zaświeci prosto w twarz. A co mi tam, pomyślałem, dzisiaj piątek, a jutro z rana wyskakujemy z grupą przyjaciół nad rzekę. Zielone łąki nad Pilicą w Białobrzegach były nam ostoją wolności. Będzie gorąco, pewnie się wykąpiemy, a wieczorem zaśpiewamy ładujące nas pozytywną energią, rockowe mantry. Taka świadomość ducha, przyprawiała o zawrót głowy. Wolność jednostki była wtedy dla nas największą świętością, najcenniejszym darem człowieka. Cała reszta miała już mniejsze znaczenie. Z tą optymistyczną myślą udawałem się do łazienki na poranne ablucje.
W tym samym czasie ktoś dosyć głośno zapukał do drzwi i prawie jednocześnie nacisnął na dzwonek. Ojciec jeszcze jadł małe śniadanie i zaraz miał wychodzić do pracy. Mama nieco zdziwiona poszła otworzyć drzwi. Była za kwadrans siódma.

Dzień dobry, czy tu mieszka (tu padło moje nazwisko i imię).

W drzwiach ukazało się dwóch mężczyzn. Nie czekając na zaproszenie, pewni siebie weszli do małego korytarza i wylegitymowali się, żądając ode mnie pokazania dowodu osobistego. Nastąpiła konsternacja i przerażenie. Jeszcze nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji. Gdzie ja mam dowód? – myślałem gorączkowo. Ten dokument nosiłem ze sobą tak rzadko. Wręcz brzydziłem się tymi wszystkimi identyfikatorami. Pieniędzmi też. Często chodziłem bez grosza, wtedy czułem się najlepiej. Mógłbym całkiem szczerze zaśpiewać: “oprócz błękitnego nieba, nic mi więcej nie potrzeba”. Nijak nie pasowałem do wizerunku statecznego młodego mężczyzny z grubym portfelem.
- Proszę o dowód! - usłyszałem budzące mnie z letargu słowa.
Ojciec opowiadał, że w czasie wojny takie rzeczy były normalnością, ale on był wtedy jeszcze smarkaczem, to pewnie jego nie dotyczyło. Najbardziej przeżywała mama, a kiedy powiedzieli, że mają nakaz rewizji mieszkania, wszyscy wpadliśmy w panikę. Jak to! Dlaczego? Co ja takiego zrobiłem?!
Funkcjonariusze zaczęli przeszukiwać mieszkanie. Trzeba przyznać, że wykonywali te czynności dosyć oględnie, kipiszu nie robili. Zorientowaliśmy się, że chodzi im głównie o moje dokumenty, listy, zdjęcia itp. Widać było, że z zażenowaniem zaglądali do szafy rodziców. Wręcz sugerowali mamie wskazanie miejsc, gdzie znajdują się moje szpargały. Ojciec w takiej sytuacji nie poszedł do pracy i w zdenerwowaniu palił papierosa, chociaż normalnie nigdy tego rano nie robił. A ja przyglądałem się temu wszystkiemu jakby nieobecny. Oczy patrzyły a umysł gdzieś błądził. Odleciałem daleko w moją prywatną przestrzeń. Fruwałem po łąkach złocistych wyścielanych kaczeńcami i kępami niezapominajek na mokradłach, a co chwila głos funkcjonariuszy zmuszał mnie do powrotu na drugie piętro naszej rodzinnej klatki, zwanej blokiem mieszkalnym.
A za Gierka miało być lepiej – pomyślałem – przynajmniej tak ludzie mówili. Ale co tam – zacząłem się pocieszać – poszperają, pogrzebią, nic nie znajdą i sobie pójdą. Takie było moje rozumowanie. Przecież nie jestem ani złodziejem, ani terrorystą, ani żadnym innym kombinatorem, to co mogą mi zrobić. Powoli powracałem do rzeczywistości.

W międzyczasie dwaj tajniacy wygrzebali stertę zdjęć, a miałem ich sporo, ponieważ sam się parałem wywoływaniem, a łazienka służyła mi za ciemnię. Fotografia artystyczna była moim hobby. Uczyłem się kompozycji obrazu, środków wyrazu, technik przetwarzania: solaryzacji, sepii, nawet eksperymentowałem z gumą. To co teraz można zrobić jednym kliknięciem myszki na komputerze, wtedy wymagało wielogodzinnych przygotowań i prób. No i dużych formatów się nazbierało, bo robiłem też fotografie na wystawy artystyczne. Tego jednak nie brali – przejrzeli i zostawili na miejscu. Natomiast zarekwirowali sporo starych listów i innych zapisków, które czasem prowadziłem.

Włożyli to wszystko do swojej obszernej, skórzanej teczki zapewniając, że po sprawdzeniu wszystkie te rzeczy zostaną zwrócone.
Kiedy się wydawało, że już sobie pójdą i będziemy mieli spokój, jeden z nich zwrócił się do mnie:
Musicie obywatelu pójść z nami. Na komendzie wyjaśnicie parę spraw.

Dotychczas natarczywie wypytywani przez rodziców o powód tego najścia, zbywali niewiedzą. Dostali rozkaz sprawdzenia, to wszystko. Ktoś inny prowadzi te sprawy i ktoś inny będzie ze mną rozmawiał. Była to riposta na naleganie rodziców, aby - skoro mają pytania - tutaj ze mną porozmawiali. Tak naprawdę, rodzice od samego początku byli przekonani, że to pomyłka.
Ja sam nie bardzo wiedziałem co o tym sądzić. Zastanawiałem się, czy to może mieć związek z nalotem, jaki milicja urządziła nam bodajże na początku maja. Zorganizowaliśmy sobie wtedy coś w rodzaju intelektualnego pikniku. My to nazywaliśmy zlotem hipów. W podradomskiej gajówce na skraju lasu, zgromadziło się ponad 50 młodych ludzi o poglądach pacyfistyczno-liberalnych. Make Love Not War, Flower Power (Uprawiaj miłość nie wojnę, Władza kwiatów) – to nasze sztandarowe hasła.
Była to po prostu majówka, spotkanie wrażliwych ludzi dla których muzyka, sztuka i intelekt stanowiły główne składniki bytu. Kontakt międzyludzki z przyrodą w tle, jawił się fantastyczną odskocznią od przaśnej rzeczywistości tamtych czasów. Prowadziliśmy tam rozmowy o najnowszych płytach, filmach czy ciekawych książkach właśnie wydanych, nawiązywały się wtedy sympatie, miłostki, czy przyjaźnie z wcześniej mniej znanymi ludźmi. Wszystko to okraszone łykiem wina czy pastylką z amfetaminą, pobudzających intelekt i zmysły. W trakcie spacerów i rozmów widzieliśmy obserwujących nas zza krzaków milicjantów. W przypływie szampańskiego humoru nieco infantylnie nawoływaliśmy ich, aby się nie ukrywali jak zbójcy, tylko do nas dołączyli. Zbywali nasze przyjazne gesty całkowitym brakiem reakcji. Do czasu...
Po godzinie czy dwóch, grupa około 15 milicjantów (część po cywilnemu) w luźnym szeregu, niczym nagonka na polowaniu, podążała w naszym kierunku. Nie pytając o nic, załadowali nas jak bydło do podstawionych za zakrętem leśnej drogi, dwóch milicyjnych ciężarówek, przystosowanych do przewozu ludzi, oraz kilku gazików i zawieźli nas prosto do komendy miejskiej – tej samej, do której zabierali mnie teraz nieproszeni goście. Po wylegitymowaniu i spisaniu personaliów, przeprowadzali osobistą rewizję, po czym wypuszczali nas pojedynczo do domów. Osoby jeszcze niepełnoletnie (było kilka takich – głównie dziewczęta), oczekiwały tam na rodziców, którzy musieli ich osobiście odebrać z komendy. Nie wiem czemu miał służyć ten nalot. Pewnie chcieli nas wystraszyć, pokazać swoją siłę. Nawet rodzicom o tym nie wspominałem aby ich nie denerwować. I te piętnaście minut, no może pół godziny na komendzie było dotychczas moim jedynym kontaktem z milicją. A teraz takie naruszenie prywatności, nie mogłem tego zrozumieć.

Kiedy wychodziłem z funkcjonariuszami, mama rozpłakała się. Upewniali ją, że jak tylko złożę zeznania to będę wolny. Pod blokiem stała ich tajniacka warszawa. Do komendy mieliśmy blisko bo mieszkałem prawie w centrum miasta.

Na miejscu znów rutynowe czynności. Spory formularz wypełniany przez milicjanta na służbie zajął mu pół godziny, później osobista rewizja. Inny służbista poprowadził mnie długim korytarzem i schodkami w dół, prosto do aresztu. Ponieważ miałem buty wsuwane i nie nosiłem paska, nie mieli mi czego zabrać.

Ponura wielka sala gdzie mnie wprowadzili, w niczym nie przypominała aresztów z filmów sensacyjnych czy kowbojskich. Raczej kojarzyła mi się z szatniami mojej dawnej podstawówki. Stare przedwojenne, ponure gmaszysko w podziemiach którego urządzono areszt. Natychmiast poczułem się tam jak Józef K. z Procesu Kafki. Byłem świeżo po lekturze tego arcydzieła i tak właśnie wyobrażałem sobie wnętrza gdzie krążył bohater, oskarżony o bliżej nieokreślone i nieznane nikomu przewinienia. Zaraz zaraz, czy to do złudzenia nie przypomina mojej sytuacji... To wszystko trąci surrealizmem jak u Kafki, zamyśliłem się. Ja też nie mam pojęcia o co mnie oskarżają. Obym tylko nie skończył jak Józef K.

Na całym ciele czułem dreszcze i zaczęła potwornie boleć mnie głowa. Tak, na pewno mam gorączkę – pomyślałem. Z rozważań tych wyrwał mnie jakiś podejrzanie wyglądający typek, pytaniem o papierosa. Z tego wszystkiego nawet papierosów nie wziąłem, chociaż normalnie paliłem. Człowiek ten widząc, że wyglądam jak zombie o nic więcej nie pytał. Dopiero teraz zauważyłem, że nie jestem sam. Światło dzienne praktycznie tu nie dochodziło, jakieś przymglone żarówki dawały poświatę dnia. Było tu jeszcze czterech dziwnych ludzi, dwóch o czymś rozprawiających przyciszonym głosem i pojedyncze osoby w półleżących pozach na przeciwległych rogach wielkiej celi.

Wyglądaliśmy jak bacznie obserwujące się dzikie zwierzęta, w razie potrzeby gotowe do skoku. No, może oprócz mnie, bo mógłbym raczej przedstawiać zwierze w agonii. Mnie było wszystko jedno, rezygnacja opanowała mój umysł, a ciało wysoka temperatura. Nie wiedziałem czy siedzieć, czy się położyć. Po niedługim czasie zostałem wezwany do drzwi i iskra nadziei zabłysła, aby po chwili zgasnąć.
Idziecie obywatelu na przesłuchanie – usłyszałem już w drzwiach.
A kiedy wyjdę? – naiwnie zapytałem.
Nie wiem, dowiecie się od porucznika.
Wspomniany porucznik był kilka lat ode mnie starszy. Nawet coś o tym przebąkiwał. Sprawiał wrażenie sympatycznego i elokwentnego, dlatego też na wstępie odważyłem się poprosić o jakieś proszki na temperaturę i trochę wody. Bez wahania zawołał przez drzwi podwładnego i ten po dwóch minutach przyniósł to o co prosiłem.
Zaczęła się znajoma procedura, spisywanie danych personalnych. Po chwili wyciągnął z szuflady zdjęcia zabrane z mojego domu i zaczął wypytywać o przyjaciół. Zauważyłem, że interesuje się najaktywniejszymi z moich znajomych. Wszystkie te osoby były na wspomnianym pikniku. Po chwili jednak zmienił zainteresowania i wypytywał o zupełnie przypadkowych ludzi, a nawet nieznajomych, a takich też miałem na fotografiach robionych przy różnych okazjach. Pytania zadawał bardzo ogólnikowo, a ja odpowiadałem zgodnie z tym co wiedziałem, bo tak naprawdę nie było nic do ukrycia. No, może gdyby zaczął pytać o formy pozyskania środków farmakologicznych zasłoniłbym się niewiedzą, ale cała reszta była jak najbardziej normalna i legalna. Aha, z adresami też miałem kłopot, nawet nie dlatego, że chciałem zataić, bo cóż to za trudność zdobyć adres kogoś o wiadomym nazwisku i imieniu w takim mieście jak Radom, i do tego dla milicji zwanej obywatelską. Po prostu, nie pamiętałem nazw ulic, a już z numerami to miałem zawsze kłopot. Porucznik nie bardzo chciał w to uwierzyć. Swoją drogą, wcale mi się nie uśmiechało ułatwiać im robotę.
Przeszedł do moich listów. Były to brudnopisy pisane szybko aby nadążyć za myślą, później dopiero przepisywałem na czysto do wysyłki, ułatwiając adresatowi ich odczytanie. Widać, że przestudiował to wcześniej, bo bez zastanowienia wziął jeden z nich i przytaczał moje słowa fascynacji Gandhim. Był zdziwiony, że taki człowieczek (jak to on się wyraził), może imponować młodemu Polakowi. Starałem się wytłumaczyć mu co w tym mądrym a niepozornym Hindusie takie fascynujące, ale wątpię aby to zrozumiał, czy w ogóle chciał zrozumieć. Jego edukacja i wiedza, polegały na bezwględnym posłuszeństwie i trawieniu systemowego tu i teraz – nic poza tym.
Po chwili zaskoczył mnie pytaniami o wizytę Richarda Nixona, która akurat tego weekendu wypadała w Warszawie. Po co się tam wybieraliście? – zapytał znienacka.

Takie pytanie zatkało mnie i nie bardzo wiedziałem co odpowiedzieć. W tym przypadku liczba mnoga świadczyła o moim gronie przyjaciół, nie tylko o mnie. Nawet nam do głowy nie przyszło aby właśnie w ten weekend jechać do Warszawy, tym bardziej, że Nixon w naszych oczach był neptkiem, bo uwięził męża Joan Baez dlatego, że protestował przeciwko wojnie w Wietnamie, a do tego nic nie zrobił kiedy “bratnia pomoc” napadła na Czechosłowację w 1968 roku. Pamiętałem to jak dziś, kiedy konwój czołgów i innych pojazdów wojskowych wypchnął naszą ciężarówkę poza drogę, zatrzymując nas ponad godzinę na pace autostopowej okazji.
Kto panu takich bzdur naopowiadał? – zapytałem dosyć arogancko. Milicjant natychmiast zareagował.
Jak będziecie mi podskakiwać to się stąd nie wygrzebiecie – powiedział ostrym tonem i natychmiast w drzwiach niby przypadkiem ukazał się wspomnany wcześniej podwładny, doradzając przełożonemu służbową nowomową.
Przypieprzyć mu obywatelu poruczniku, nie cackać się ze skurwielem, a jak nie to ja wyręczę... – I już przyjął podstawę do ciosu, kiedy śledczy stanowczym głosem uspokoił go i wyprosił z przesłuchania.
Tym razem zaczął tonem dyplomatycznym tłumacząc mi, że to co robimy, ja i moi koledzy, jest w oczach władzy nielegalne. Jeżeli przyznam się do błędu i podpiszę coś w rodzaju lojalki (chociaż forma i treść były nieco inne niż ta z czasów Solidarności), to mnie wypuszczą bez problemu. Powiedziałem, że mogę to przeczytać i zobaczymy. Treść tego dokumentu jednoznacznie stawiała mnie w świetle prawa, jako winnego jakiś urojonych przewinień i potwierdzała moją zgodę na przekazywanie informacji władzy, gdy takie potrzeby zaistnieją. Kategorycznie odmówiłem podpisywania czegoś takiego. Bez słowa wskazał mi drzwi; tam już czekał na mnie inny służbista i odprowadził do znajomego lokalu w podziemiach. Szczerze mówiąc, sam bym tam nigdy nie trafił.
W międzyczasie do grona aresztantów dołączyła kobieta i jeszcze jeden mężczyzna – właściwie chłopak – wyglądający na niepełnoletniego. Ale to on nadawał ducha towarzystwu. Zachowywał się tak, jakby znał to miejsce od dawna i przy tym świetnie się bawił. Obecność kobiety też jakby ożywiła tę grupę podejrzanych typków. Kobieta była... - używając eufemizmu – lekkiego prowadzenia, bo na czole miała wypisany sposób życia, a formą zachowania to potwierdzała.
Byłem przygnębiony. Gorączka wcale nie ustępowała. Po przesłuchaniu czułem się znacznie gorzej. Zupełnie zniknęła nadzieja szybkiego opuszczenia tego miejsca. Dawali nam jakieś posiłki w metalowych miskach ale nie czułem głodu, napiłem się tylko napoju o nieokreślonym smaku. Po tym zasnąłem.

Śniłem (bo chyba nie było to na jawie) o przedzieraniu się poprzez zapajęczone zakamarki, jeszcze większych kazamat, niż to miejsce w którym przebywałem. Ciemne korytarze nie miały końca, a ja oblepiony jasnosrebrzystą pajęczyną wyglądałem jak yeti wśród wiecznych śniegów. Było to strasznie męczące i przerażające doświadczenie. W tym koszmarze dziwnych odgłosów i jęków, zaczęły docierać do mnie gitarowe riffy. Tak, to Jimi Hendrix grał Purple Haze, słyszałem coraz wyraźniej, a po chwili zobaczyłem jego postać. Szedł w moim kierunku w tym kolorowym ubranku, jak zwykle wyluzowany z gitarą i grał w sobie tylko właściwy sposób. Coś do mnie mówił lecz nie znałem angielskiego, a tych kilka przyswojonych słów było niewystarczającym materiałem do porozumienia. Pomimo tego poszedłem za nim, bo to on wskazywał drogę ku światłu. W pewnym momencie dołączyła do nas Janis Joplin i wspólnie wyszliśmy na polanę wolności. Nie była to zielona, ukwiecona polana, jej kolor trudny do opisania kojarzył mi się jedynie z WOLNOŚCIĄ. Byłem szczęśliwy.
Niestety, było to tylko efemeryczne uczucie, bo po chwili poczułem obcą rękę na mojej piersi. Ktoś mnie obmacywał...
Czego chcesz?! – skoczyłem jak oparzony pod wpływem dotyku tego gówniarza z celi.
Nie, nic... kimałeś, a mnie się strasznie chce jarać. Sprawdzałem czy nie masz jakiego szluga, człowiek – powiedział powoli oddalając się w stronę faceta, który wcześniej zagadywał mnie o papierosa.
Już po chwili o tym nie myślałem. No cóż, drobny złodziejaszek jakich wiele. Myślami przeniosłem się do rodzinnego domu. Co tam się teraz dzieje? Oni pewnie to bardziej przeżywają niż ja. Nie mamy żadnych glin w rodzinie, ani wśród znajomych, to się nic nie wskóra, nie ma co liczyć. Rodzice pewnie tu nawet przyszli ale co z tego, te kabotyny zabajerują a swoje robią. Szkoda słów!
Na noc, każdy aresztant dostał przydziałowy koc i jakąś poduszkę; a spaliśmy na drewnianych ławach okalających wielką celę. Ułożyłem się w tym samym miejscu, gdzie przesiedziałem prawie cały dzień, tylko jeszcze nieco głębiej w rogu, aby być jak najdalej od tego szemranego towarzystwa. Niektórzy z nich kilkakrotnie próbowali nawiązać ze mną jakiś kontakt, ale grzecznościowo zbywałem ich zdawkowymi odpowiedziami. Zresztą nie tylko ja, ci dwaj indywidualiści też od początku nie przejawiali chęci do nawiązywania znajomości. A młody brylował. Zauważyłem, że upatrzyli go sobie tak kobieta, jak i jeden z gitowców, który miał chyba większy wpływ na młodziaka, bo ten poszedł do niego spać i po dłuższej chwili, pomimo odległości słychać było ciężkie oddechy i uniesienia. Po tym wszystkim około północy, wprowadzili jeszcze jedną kobietę i chyba z trzech delikwentów. Ze spania nic nie wychodziło. Cela bardziej przypominała melinę niż areszt. Do nowej kobiety o podobnych cechach jak ta starsza, zaczął się przystawiać rudy typek, nowy gość aresztu, a rywalizował z nim jeden z dwójki indywidualistów. Praktycznie się pobili. Musiał interweniować funkcjonariusz. Dał obydwu pałką po plecach i to ich nieco uciszyło. Reszta nocy była spokojniejsza.
Ja odpłynąłem daleko w przeszłość. Znalazłem się znów w Ustce, trzy lata wcześniej, gdzie co wieczór brałem udział w czymś, co tak naprawdę było koncertem muzyki psychodelicznej, a dla mnie ceremoniałem wyzwolenia i wzmacnianiem ducha. Występowała 74 Grupa Biednych. Grał tam niezwykle ciekawy człowiek o pseudonimie Pastor, z którym spędzaliśmy dnie i noce, bo w kilkanaście osób nocowaliśmy w jednym domu. Miał talent – świetnie śpiewał i grał na gitarze (ballady Dylana, itp.), a my mu wtórowaliśmy, w ten sposób zarabiając kilkanaście złotych, na usteckiej promenadzie w słoneczne popołudnia. Przed południem natomiast, robiliśmy rytualne przejścia do Szwecji (naszej ziemi obiecanej), wchodząc do morza tak głęboko jak się dało, symulując wyzwolenie i dostąpienie wolności. Wolność dla nas stanowiła priorytet. Wiele dalibyśmy za każdy dodatkowy okruch tego uczucia. Było to infantylne, ale i bardzo szczere zachowanie. Pamiętne dni lipca 1968 roku pozostały mi głęboko w pamięci i wyryły niezwykłe poczucie niezależności. Ja tam jeszcze powrócę, obiecywałem sobie.
Pastor był świetnym oratorem i ujmującym człowiekiem. Opowiadał wtedy, że zatrzymania na dzień czy 48 godzin, dla niego i kilku jego przyjaciół głównie z Warszawy i Krakowa, to chleb powszedni. Milicja doczepiała się do nich o wszystko. Najgorzej, że przy takich zatrzymaniach często strzygli ich na rekrutów. Pewnie z zazdrości że im nie wolno nosić długich włosów, myślalem. Ja tego typu problemu nie miałem, bo nie minęły jeszcze trzy miesiące jak skończyłem obowiązkowe odsłużenie ojczyźnie (ciągle nie bardzo rozumiejąc, co kryje się pod tym pojęciem), i włosy miałem jeszcze według ówczesnych standardów przyzwoitości. Ale będąc w mundurze, też miewałem kłopoty z wyglądem.

Tym razem w myślach przeniosłem się w przeciwległy zakątek Polski do Przeworska, gdzie przyszło mi odbywać służbę wojskową. Byłem tam jedynym żołnierzem nie zawodowym, czyli z poboru. Mieszkałem i pracowałem w sztabie wojskowym, w godzinach służbowych prowadząc tzw. kancelarię jawną. Już tam, dobrze wiedzieli i szanowali moje pacyfistyczne podejście do życia, pewnie na zasadzie – niegroźny wariat. Czasem jednak, jadąc po tajne dokumenty do sztabu wojewódzkiego w Rzeszowie, zmuszony byłem do założenia karabinu na ramię. I to zwykle w trakcie takich eskapad, zatrzymywały i spisywały mnie patrole żandarmerii wojskowej za nieprzepisowy wygląd. Swoją drogą, to moje “podrasowanie”, wcale nie przeszkadzało pułkownikowi – szefowi sztabu, który mnie widział na co dzień. Pewnie dlatego, że sam miał syna w sztabie na drugim krańcu Polski.

Wypisując epistoły na temat mojego wyglądu i zachowania, nie zdawali sobie sprawy, że te donosy trafiają prosto w moje ręce i niekoniecznie muszą być zaksięgowane w dzienniku poczty wpływającej. Mówiąc krótko – kończyły życie w mojej kieszeni. Trzymałem kilka z tych raportów w domu, na pamiątkę i właśnie teraz znalazły się w rękach milicji. Porucznik oczywiście wypytywał mnie o te donosy żandarmerii, ale widać uwierzył w moje tłumaczenie, że po odbyciu za to kary, dostawałem te listy abym zapamiętał na przyszłość.

Proszki w końcu pomogły bo czułem się lepiej. Rano nawet zjadłem coś, co miało być śniadaniem. Dwie osoby opuściły areszt, a chyba trzy doszły. Dwóch git-ludzi intrygowała moja małomówność i postanowili zasięgnąć języka. Wymuszali wręcz na mnie, abym im wyznał za co siedzę. Nie potrafiłem tego wyjaśnić. W końcu doszli do wniosku, że siedzę za “hipisowanie”.
E, za to nie bedziesz garował, nie ma paragrafu – powiedział jeden.
Najwyżej dadzą ci 24, no może 48 i hajda do chałupy. Ochajtałeś sie... no, kobite masz? – zapytał drugi.
Nie, nie śpieszy mi się.
A ja mam i dam ci gryps do niej jak bedziesz wychodził. Mieszka niedaleko to jej podrzucisz, tylko jej nie dotykaj bo cie zacweluje jak wyjde.
Całe do południa był spory ruch, część z tych co przyszli już po mnie, wypuścili, jeden podobno trafił prosto do więzienia, a ze mną cisza...
W sumie traciłem poczucie czasu bo zegarka nie miałem, a światło w celi było ciągle takie samo. Posiłki i przesłuchania stanowiły jedyne punkty odniesienia. Przyszedł czas i na mnie. Znów zaprowadzono mnie do części biurowej gdzie przesłuchiwano delikwentów. Tym razem indagację prowadził już inny funkcjonariusz (chyba chorąży), z pozoru łagodny i sprawiał wrażenie, bardziej inteligentnego od swojego poprzednika. Ten skoncentrował się na moich zainteresowaniach kulturą i duchowością Dalekiego Wschodu.
Dlaczego interesujecie się Buddą, nasz Bóg wam nie wystarcza?
Mnie nie interesuje Budda w wymiarze religijnym, a raczej człowieczym. Praca nad ujarzmianiem własnego ciała i ducha, powolne udoskonalanie poprzez medytacje czy ćwiczenia jogi, zbliżanie się do nirwany...
Właśnie, co właściwie rozumiecie przez nirwanę? – wskoczył mi w słowo.
To bardzo szerokie pojęcie – zacząłem wolno – to jakby absolut człowieczy. Osiągnięcie nirwany to nieśmiertelność i wieczna szczęśliwość, ale to z pojęciem naszego raju niewiele ma wspólnego.
A dlaczego trzymacie ten pamflet? – I tu zaczął czytać – “Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy. O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie, bądź na dobrej stopie ze wszystkimi. Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie, wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść. Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha. Porównując się z innymi, możesz stać się próżny i zgorzkniały, zawsze bowiem znajdziesz lepszych i gorszych od siebie....”
To nie jest żaden pamflet, to jeden z najpiękniejszych tekstów jakie napisał człowiek. To jest Dezyderata – powiedziłem wręcz uroczystym tonem.
Ale nie nasza, tylko amerykańska.
A cóż w tym złego?
To, że zapatrujecie się na obce nam ideowo środowiska, a to wyrządza wam wielką szkodę i całemu naszemu społeczeństwu. To dekadenckie banialuki.
Po tej wykładni swojej opinii o moich zainteresowaniach, zagadnął mnie jeszcze o przyczynę moich fascynacji sanskrytem którego chciałem się uczyć, jak ze zdziwieniem wyczytał w mojej korespondencji. Kiedy mu wyjaśniałem, że w tym starożytnym języku hinduskim były pisane teksty tak filozoficzne, literackie jak i religijne, zamyślił się przez chwilę, ale czułem, że tu już nie znalazł powodu na ideologicznego haka. Ironicznie pokiwał głową i kazał mnie odprowadzić do celi. Ja słysząc to, kategorycznie zażądałem informacji o przyczynę przetrzymywania mnie w areszcie. Przesłuchującemu zaczął dziwnie drżeć policzek, a w oczach zobaczyłem dziki błysk. Widać, że bardzo zbulwersowałem go moją bezczelnością.
Nie wymądrzajcie się i nie podskakujcie! My mamy metody żeby was zmusić do posłuszeństwa i poszanowania władzy. Nie jeden w ten sposób źle skończył – powiedział z wściekłością.
Przepraszam, ja tylko chciałem wiedzieć… – powiedziałem zniżając głos.
Dostaniecie w swoim czasie, na piśmie – usłyszałem na odchodne.
Całkiem jak z Franza Kafki, pomyślałem idąc obok strażnika. Znów ciężkie drzwi zamknęły się za mną. Znów te same twarze, te same zapachy, ta sama beznadzieja. Miałem tego serdecznie dosyć. Po cóż im te wszystkie informacje o inkarnacji, medytacjach, Zen. Oni i tak tego nie rozumieją, a na pewno nie czują.
Dobrze że nie pałują, pocieszałem się. Przypomniała mi się sytuacja, kiedy raz jedyny doświadczyłem tej formy wymuszania subordynacji przez milicję obywatelską. W centrum miasta odbywał się wiec poparcia studentów warszawskich uczelni, w czasie sławnego Marca’68. Kiedy wiec się praktycznie kończył, znienacka podjechały furgonetki, a stamtąd wyskakiwali głównie tajniacy z długimi milicyjnymi pałkami.
Co ciekawe, wielu z tych którzy dotąd biernie stali jako gapie wokół nas, wyciągnęło pałki zza pazuch i dołączyło do atakujących. Ustawiali się tak, by blokować drogi ucieczki i pałowali niemiłosiernie. Byłem szybki w nogach to fizycznie mnie nie złapali, ale dwie pały poczułem na plecach. Całe szczęście, że było jeszcze zimno i miałem na sobie jesionkę. Skutecznie zamortyzowała te uderzenia.

Nadeszła moja druga noc w tym piekiełku. Całkiem podobna do pierwszej, ciągle kogoś przywozili, ogólny harmider. W rolę już wypuszczonego gówniarza - miał mieć kolegium za kilka dni - wcielił się nieco starszy gość, któremu wyraźnie smakowali faceci. Całe szczęście, że nie byłem zbyt przystojny.

Z perspektywy czasu mogę sobie pozwolić na żartobliwy ton, wtedy pobytem tam byłem całkowicie przybity do ściany. Druga nieprzespana noc, krótkie drzemki i czuwanie. To pewnie od tamtej pory nie znoszę gromadnego spania. Dla uspokojenia nuciłem suity Pink Floyd i inne ulubione kawałki muzyczne. Rozmyślałem, czy mi nie zasądzą sprawy na kolegium i karę pieniężną, bo sąd i więzienie raczej nie wchodziły w grę, tak jak mówili fachowcy: na to nie ma paragrafu. Biorąc pod uwagę zdrowy rozsądek, no właśnie... zdrowy rozsądek.


_ _ _

Po 48 godzinach wyprowadzili mnie z podziemi. Wyszedłem z tego dziwnego aresztu bez żadnych wyjaśnień, że o przeprosinach nie wspomnę. To był dla mnie JEDEN BARDZO DŁUGI DZIEŃ. Dzień pełen koszmarów i niedorzeczności. Marazmu i poniżenia. Kiedy opuściłem ten ponury gmach, pierwszy haust świeżego powietrza mało mnie nie udusił. Chciałem w kilku sekundach nawdychać się wolności, którą mi zabrano na tak długi czas. Ileż to świeżych oddechów straciłem przez ludzką głupotę.
Na przeciwko był park. Usiadłem na najbliższej ławeczce, bo od tego powietrza i szczęścia zakręciło mi się w głowie. Z szumu ulicy starałem się wyłowić dźwięki śpiewu ptaków dochodzące z głębi parku. Nie mogłem się nacieszyć błękitem nieba przedzierającego się pomiędzy koronami drzew.
I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że ten kraj nie jest moim. Ja naprawdę źle się tu czuję i nie chcę tu mieszkać. Przyjdzie czas, że go opuszczę na zawsze.


Zrealizowałem to po 10 latach.
W międzyczasie, dokładnie cztery lata później, w Radomiu ludzie wyszli na ulice, aby zaprotestować przeciw totalnemu sobiepaństwu władzy. Ja w tym wydarzeniu uczestniczyłem tylko jako widz. Nie wierzyłem w skuteczność protestu. Uwierzyłem znowu za następne cztery lata, w 1980 roku – na krótko, do czasu wprowadzenia stanu wojennego. Później wyjechałem z Polski na stałe.
Notabene – nigdy nie zwrócono mi moich fotografii, listów i zapisków.

Krzysztof Deja

kilka zdjec z Australii

IMG_0413.JPG


IMG_0415.JPG


IMG_1663.JPG


IMG_1697.JPG


IMG_2171.JPG


IMG_2914.JPG


IMGP6424.JPG


IMGP6855.JPG


IMGP7643.JPG


P1020285.JPG


P1020310.JPG


w35.JPG

« Reminiscencje | Strona główna | Pożegnanie »