« Polskie klimaty cz. 2 - Felieton | Strona główna | Panta rhei - felieton »

15 października 2013

Bangkok - felieton

Dość dawno temu, po pierwszym spotkaniu z Bangkokiem napisałem wierszyk pod takim tytułem, który tu przytoczę:

Bangkok
Trójkołową rykszą
w kakafonii dźwięków,
pagody barw kalejdoskopem
z wszechobecnym Buddą,
kanałami czarnej wody,
wśród ubóstwa lepianek,
złocone okapy pałaców
z podeschniętym błotem
- szczerym uśmiechem pieczętowana
cywilizacja kadzideł i spalin
- orientalny sennik syjamski.
Bangkok wita!

Wierszyk ciągle aktualny, nic bym nie zmienił, może nieco dodał.
Ten azjatycki moloch ma ponad 8 milionów rezydentów, a jeżeli weźmiemy pod uwagę tzw. metropolitan region Bangkoku, to oficjalnie jest to 14 milionów dusz. Nasza przewodniczka po pozamiejskich atrakcjach twierdziła, że jest ich znacznie więcej, a to z tego względu, że cała masa ludzi nie jest nigdzie zameldowana – żyją po prostu na ulicy. Nic dziwnego, skoro rząd przydziela wszystkim chętnym z prowincji bezpłatne bilety na podrżó do stolicy. Przyjeżdżają i już nie wracają licząc na lepsze życie. Niektórym się udaje.

Miasto którego początki sięgają XV wieku, ma więcej mieszkańców niż połowa Australii, a więc zagęszczenie jest niesamowite. Nawet na rzece Chao Phraya którą chętnie podróżowaliśmy po mieście było strasznie ciasno. Na początku wsiadając do długich łodzi wypełnionych po burty pasażerami, a służącymi jako autobusy miejskie, ogarniał nas strach, później przywykliśmy do tego tłoku. Najprzyjemniej jednak było jeździć doskonałym metrem. W sumie do wyboru jest aż cztery formy błyskawicznego przemieszczania się po mieście, ale my nie omijaliśmy też sławnych tuk-tuk, motocykli poprzerabianych na ryksze. Kiedyś strasznie zanieczyszczających środowisko, teraz pewnie mają katalizatory bo już w mieście można oddychać, chociaż ciężko ze względu na temperaturę i wilgotność.

Kontrasty tu były zawsze i ciągle są. W zaułkach bieda aż piszczy a na zewnątrz blichtr, luksusowe hotele, wille, bogactwo i komfort. Porównując życie nocne dzielnic rozrywki które w tej podróży z Zenkiem zaliczyliśmy, Bangkok wypada jednak najlepiej. Byliśmy przecież w Hamburgu na St. Pauli, w Amsterdamie w dzielnicy z czerwonymi latarniami, lecz w Bangkoku bawiło nas typowo karnawałowe podejście do tematu. Z drugiej strony nie mogę porównywać w szczegółach, ponieważ aż tak bardzo nie “zagłębiałem” się w ten temat, że się tak wyrażę.

O zabytkach i miejscach do zwiedzania nie będę pisać bo jest tego tak dużo, że nie sposób wszystkiego wymienić. Bajkowa kolorystyka miejsc sakralnych robi niesamowite wrażenie, szczególnie przy pierwszym kontakcie. A najeźdźilismy się z Zenkiem po tych wszystkich świątyniach, pałacach i innych interesujących miejscach.

Ciekawym jest, że nawet tam spotyka się “marketingowców” którzy w delikatny sposób przekonują turystów do np. nabywania tajlandzkich szafirów (jako najlepszych na świecie) zapewniając, że po powrocie do domu każdy jublier (czy to w Europie czy w Australii, pewnie i gdzie indziej) z pocałowaniem ręki odkupi od nas to cacko, za trzy a może i czterokrotnie wyższą cenę. Na początku to spotkanie nie daje nawet cienia wątpliwości w wiarygodność opowieści, bo faktycznie Tajlandia słynie z szafirów, a “przypadkowo” spotkany “marketingowiec”, przedstawia się jako były student z Singapuru, który w ten sposób zarabiał na życie studiując w (i tu trzeba sobie wpisać nazwę naszego kraju). Oczywiście po wizycie w tej świątyni jesteśmy za darmo podwiezieni do wcześniej wspomnianego, bardzo szykownego miejsca sprzedaży szafirów, czyli naszego domniemanego zarobku. Trzeba jedno powiedzieć - tu nie ma nic na siłę, ale można się wpakować w niechciany towar. No cóż, pomysłowość ludzka nie zna granic. Dopiero po długiej chwili Zenek wydedukował, że ten student to fikcja, chociaż musiał przebywać na naszym terenie. Co więcej, nasza znajoma która odwiedzała to miejsce prawie rok temu miała dokładnie tę samą sytuację. Jej opowiadał o studiach w Londynie, bo była z Europy. Różne są miejsca pracy...

Tajowie to ludzie bardzo grzeczni i mili. Hotele mają doskonałe i na kuchnię nie można narzekać ale trzeba uważać, bo azjatyckie specjały moga mieć zły wpływ na nasz organizm, podobnie jak polskie bigosy czy grzybki dla innych nacji. Zalecam intensywne odkażanie organizmu. Bardzo przydatny jest rum Captain Morgan, lub Smirnoff Espresso. Sprawdziliśmy z Zenkiem – działają wyśmienicie.

Co by nie mówić zjechaliśmy kawałek świata, zobaczyliśmy wiele ciekawostek i niezwykłości, ale w domu najlepiej. Kiedy wylądowaliśmy na australijskiej ziemi, nagle wszystko zdało się być takie normalne, swojskie, bezpieczne i zrozumiałe. I tak ma być, w końcu jesteśmy u siebie.

Krzysztof Deja

Przy okazji zachęcam do obejrzenia kolejnego klipu “DUMA” na You Tube, w świetnym wykonaniu Andre, opracowanym przez Romana Gowina i przy współpracy Gosi z Polski
do mojego wiersza i fotografii.

http://www.youtube.com/watch?v=x-uQbTeD3aA

A do tekstu załączam fotografie z Bangkoku.

IMG_1277.JPG

IMG_1285.JPG

IMG_1416.JPG

IMG_1310.JPG

IMG_1382.JPG

IMG_1374.JPG

IMG_1360.JPG

IMG_1322.JPG

IMG_1369.JPG

IMG_1325.JPG

IMG_1329.JPG

IMG_1313.JPG

IMG_1359.JPG

IMG_1348.JPG

IMG_1386.JPG

IMG_1307.JPG

« Polskie klimaty cz. 2 - Felieton | Strona główna | Panta rhei - felieton »