« Wielkanocnie - felieton | Strona główna | Ranking - Felieton »

15 kwietnia 2013

Staropolscy - Felieton

Zenek ostatnio wiele się natrudził w odtwarzaniu swego, tak modnego obecnie, drzewa genealogicznego.

Spędzał całe godziny na korespondencji i w internecie, mozolnie składając drabinkę swoich przodków. Aby się pochwalić wynikami swej pracy urządził biesiadę staropolską, a głównym atrybutem dawności były alkohole oparte na staropolskiej recepturze: Soplica i Krupnik.
Usiedliśmy przy stole i Zen zaczął powoli wtajemniczać mnie w szczegóły gałęzi swego drzewka genealogicznego. Drzewko to okazało się solidnym dębem, czy bukiem, kilkusetletnim bytem, okraszonym życiorysami bliskich i dalszych krewnych. Wygrzebał nawet sporo starych zdjęć przodków. Nie mam pewności czy w 100% autentyczne, ale staremu druhowi trzeba wierzyć.
Po pierwszym kurtuazyjnym toaście za jego przodków, Zen zaczął opowiadać jak to ojciec jego Konstanty poślubił pannę z sąsiedztwa o imieniu Aniela i ta za niedługo powiła niemowle, czyli Zenka i w ten sposób zaszczycił on swoim istnieniem rodzinne miasteczko. Było to w czasie kiedy Polska Gomułką stała, a ludziom nie żyło się jeszcze dostatniej. Zenek się o tym nie rozwodził, lecz opowiadał o tatusiu i mamusi. Wczesne dzieciństwo jego rodziców przypadało na okres drugiej wojny światowej i różowym nie było. Ojciec był za młody na wojaczkę. Całe szczęście że przetrwali – podsumował Zenek wychylając kolejny toast za rodzinę.
Ojciec ojca, czyli dziadek Klemens miał za żonę babcię Andzię. Oboje dobrze pamiętali marszałka Piłsudskiego. Dziadek jako pracownik kolei państwowych nawet dwa razy go widział. Po raz pierwszy, kiedy ten jeszcze bez buławy marszałkowskiej wracał od kochanki pociągiem do domu, a drugi raz już w trumnie, kiedy to wieźli Piłsudskiego na Wawel do Krakowa. Dziadek akurat pełnił zaszczytną służbę na kolei jako zwrotnicowy.
Pradziadek Zenka miał na imię... Złotosław. Nie wiadomo czy było to związane ze złotem, bo jubilerem nie był. Złotosław poślubił Zenkową prababcię Halszkę spod samiuśkich Tater. Podobno do szkoły chodził on z Wincentym Witosem.
- To się za długo nie nachodził, bo Witos raczej uczonym nie był – wtrąciłem. - Nie wiem, tak głęboko nie grzebałem – uciął Zenek, kontynuując - Natomiast ojcem pradziadka był Małomir. Jako młody chłopak zaciągnął się do oddziału leśnego w powstaniu styczniowym. Był podobno ranny, tylko wtedy jeszcze ZBOWiD- u nie było i dokumentacja skąpa.
Kiedy wychyliliśmy toast za powstańców poczułem już mocno w czubie. A Zenek się rozkręcał.
- Wyobraź sobie Kris, że Małomira małżonka Wichna była spowinowacona z Paderewskimi. Bo to wiesz, jej jątrew była... - Że co, co za jątrew? – przerwałem mu. - Jątrew, czyli po staropolsku bratowa, żona brata. To ty nie znasz dawnych nazw koligacji rodzinnych? - Ja ze współczesnymi nazwami mam problem, a cóż dopiero staropolskie – wyznałem. - A to muszę cię przeszkolić! Takie nazwy jak szurzy czy swak to mówią ci coś? – zapytał z ironicznym uśmieszkiem patrząc na moje blade lico, pomimo wychylonych kilku kieliszków gorzałki staropolskiej. - Nic a nic. - A więc szurzy to dawnej szwagier, brat żony, rozumiesz... a swak, to też szwagier tylko mąż siostry. I odpowiednio, na siostrę żony mówiło się zełwa, a ma siostrę męża – zołwa. Czy to rozumiesz? – upewniał się Zen. - Staram się... – wydukałem. - To słuchaj dalej. Dziewierz to też szwagier, tylko brat męża. Widzisz jakie kiedyś nazewnictwo było wyrafinowane. A teraz wszystko - szwagier. Obojętnie w jakich koligacjach, szwagier. Chodziłem kiedyś z byłą dziewczyną kolegi, też mi szwagier mówił – wyznał Zenek. - No całe szczęście, że to już wszystko bo mi się w głowie pokręciło. - Kto powiedział że wszystko. Pewnie takie nazwy jak stryj, stryjna to znasz, ale założę się, że o czymś takim jak: świekr czy świekra nie słyszałeś! - Zgadza się – powiedziałem zrezygnowany. - To teściowie, ale tylko ojciec i matka męża. Natomiast dla nich synowa to snecha albo sneszka.
Całkiem zrezygnowany wzniosłem toast: za wszystkich pasierbów i ojczymów! – wykrzyknąłem.
- O właśnie, jeszcze o tych ci nie wspominałem, ale chyba zostawię na następny raz, bo pewnie nie zapamiętasz – z dumą oznajmił Zenek wychylając ostatni kieliszek Soplicy Staropolskiej.

Krzysztof Deja

Do tekstu dołączam kilka zdjęć z dzikich terenów okalających Adelajdę. Busz o tej porze roku jest spragniony deszczu którego już nie widział od dawna, a mimo wszystko żyje i daje sobie radę.

IMG_0486.JPG

IMG_0478.JPG

IMG_0476b.jpg

IMG_0471.JPG

IMG_0468.JPG

i z miasta

IMG_0461b.jpg

IMG_0458.JPG

IMG_0454.JPG

IMG_0452a.JPG

widok na miasto

IMG_0449.JPG

« Wielkanocnie - felieton | Strona główna | Ranking - Felieton »