« Pokulturmy się - Felieton | Strona główna | Mury -Felieton »

1 marca 2012

Demonacja - Felieton

Czy my, ludzie współcześni potrafilibyśmy żyć bez zasad demokracji? Pewnie tak, ale co to by było za życie...

Pierwsza demokracja ateńska powstała ponad dwa i pół tysiąca lat temu. Aż do XIX wieku demokracja jako taka, była widziana raczej negatywnie. Dopiero po pierwszej wojnie światowej wielu zauważyło w niej nową, sprawiedliwą formę ładu społecznego. Od tego czasu, mieliśmy wiele odmian tego najlepszego jak do tej pory ustroju, czyli zasad współżycia społeczno-politycznego. Na pewno nie jest to ustrój idealny, ale lepszego jak do tej pory nie wynaleziono. Co prawda, próbowano go zohydzić – szczególnie w połowie XX wieku – wprowadzając tzw. demokracje ludowe, co nikomu na zdrowie nie wyszło. Jak na ironię, wszelkie nowe nazwy krajów z domeną - „ludowo-demokratyczne”, były synonimem totalitaryzmów.
Wielu jednak demokrację (tę zwyczajną), ma za nic i często wpada w szpony najgorszych wydań nacjonalizmów.

Nigdy nie zapomnę pewnego reportażu telewizyjnego, kiedy po rozpadzie Związku Radzieckiego i unifikacji RFN i NRD, rodziny z Syberii o korzeniach niemieckich, przyjeżdżały do Niemiec na stałe. I właśnie wtedy pokazano wywiad z repatriantami o wyglądzie typowych chadziajów ze wschodu. Na pytanie co się im w Niemczech nie podoba, jednogłośnie stwierdzili (oczywiście w języku rosyjskim, bo niemieckiego nie znali - oprócz babuszki), że najbardziej nie podoba się im obecność Turków tym kraju, bo Niemcy powinny być tylko dla Niemców!
Szczerze mówiąc, wszyscy oni wyglądali bardziej azjatycko od przeciętnego Turka. A jednak... ta odrobina krwi pruskiej robi swoje. Bezczelność i prymitywizm tych prostych ludzi uwypukliły następne kadry reportażu, pokazując dla kontrastu, rzeczowe wypowiedzi i rozmowy z Turkami, od lat tam zamieszkałymi i mówiącymi płynną niemczyzną.

Przypomniała mi się sytuacji sprzed wielu lat z Australii, kiedy to nasza niespełniona adeptka rzemiosła politycznego Pauline Hanson, chciała wysyłać do domów Wietnamczyków. Słyszałem wtedy głosy wielu Polonusów którzy jej szczerze potakiwali. Nie mogłem się nadziwić jak krótka jest pamięć ludzka. Zapomnieli zupełnie, że przybyli tu na podobnym wózku. Populistyczne hasełka dowartościowały ich ego, pewnie tylko ze względu na rasę.
Już Konfucjusz ostrzegał: "Nie czyń innym tego, czego nie chcesz, by czynili tobie".
Isokrates ujął tę zasadę w następujące słowa: "Nie rób innym tego, co rozgniewałoby ciebie, gdyby inni ci to zrobili".
A hinduska Mahabharata naucza: "zachowuj się wobec innych tak, jak chciałbyś, by oni zachowywali się wobec ciebie". Podobne treści znajdujemy w chrześcijańskiej Biblii. Ale jakoś to do ludzi nie przemawia.

Jak już wspomniałem nacjonalizm nasila się i to wszędzie na świecie. Idea ta w wersji soft może nie jest czymś bardzo złym, szczególnie w społeczeństwach mononarodowych. Często mylona z patriotyzmem do pewnego stopnia jest czymś naturalnym. Trzeba pamiętać jednak, że to właśnie nacjonalizm w wersji hardcore jest czystym nazizmem, faszyzmem czy szowinizmem. Z drugiej strony ukierunkowywanie społeczeństw tylko i wyłącznie w stronę internacjonalizmu też nie ma większego sensu. Mamy tego przykłady w Europie. To właśnie w obywatelach byłego NRD wychowywanych na ideach internacjonalizmu najbardziej płonie teraz duch nacjonalizmu w najgorszym wydaniu, odwołujący się do tradycji hitlerowskich Niemiec.

Wszyscy pamiętamy wybuch niezdrowych nacjonalizmów który ogarnął Bałkany czyli byłą Jugosławię, pozlepianą przez Tito z różnych nacji i grup wyznaniowych. Wiemy dokładnie jak to się skończyło i ciągle zionie duchem nienawiści do najbliższych sąsiadów. Nacjonalizm w takim wydaniu spotyka się wszedzie. Czy to w afrykańskiej Rwandzie, czy malutkiej Szwajcarii, ale najniebezpieczniejsze są w wydaniu wielkich krajów, jak Rosja, Niemcy czy Chiny. Patrząc z tej pozycji, może to i dobrze, że nie wytworzył się jeszcze naród australijski.

Nie tak dawno świętowaliśmy urodziny Australii. Nie tak całkiem urodziny, a raczej przyjazd na stałe pierwszych (26 stycznia 1788 roku) białych ludzi i ustanowienie oficjalnej kolonii brytyjskiej. Na pewno dzień ten, nie jest powodem do radości tubylców z którymi obchodzono się bezwzględnie, w niektórych regionach mordując całe społeczności Aborygenów.
Jak wspomniałem, pierwszy statek ze skazańcami i ich strażnikami dowodzony przez kapitana Artura Philipa jest przyczyną naszego święta narodowego. Trudno go nazwać narodowym, raczej świętem etnicznych społeczności australijskich.

Niezbyt fortunnie dobrano dzień do świętowania. Zawiązanie federacji poszczególnych stanów w Związek Australijski – 1 stycznia 1901 roku, byłby właściwszym dniem do celebracji. Z drugiej strony, ten dzień i tak jest świątecznym, wolnym od pracy, więc bez sensu byłoby piec dwie pieczenie na jednym ogniu.
Najstosowniejszym zamiast Dnia Australii byłby Dzień Australijczyka, wtedy wszyscy mieszkańcy mogliby świętować w nowowybrany dzień, obowiązkowo połączony z weekendem.

Krzysztof Deja


A ponizej kilka fotografii z roznych miejsc


w21.JPG

W puszczy deszczowej


P1020328.JPG

Australijski „kasztan”


P1020246.JPG

Ciekawa skala


P1020287.JPG

Zachod slonca


P1020270.JPG

Zatoka po zachodzie


w32.JPG

Skaly w oceanie


P1020223.JPG

Dostojny fikus


P1020307.JPG

Rzeka Murray

« Pokulturmy się - Felieton | Strona główna | Mury -Felieton »