« Eskapada - Felieton | Strona główna | Wakacyjne refleksje (2) - Felieton »

5 sierpnia 2011

Wakacyjne refleksje (1) - Felieton

Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej...

Tą wyświechtaną ale mądrą maksymą zaczynam podsumowanie naszej, czyli mojej i Zenkowej wakacyjnej wyprawy.

Zjechaliśmy kawałek świata, w tym czasie zwiedziliśmy dwadzieścia miast, bywaliśmy w różnych środowiskach kulturowych, czasem wskakiwaliśmy z deszczu pod rynnę, co wcale w tamtejszych warunkach pogodowych trudnym nie było. Doznawaliśmy uniesień artystycznych, estetycznych i duchowych, ale kiedy samolot wylądował na australijskiej ziemi, nagle najważniejszym stało się: JESTEŚMY ZNOWU W DOMU!
Nasze miłe odczucia utrwaliła wspaniała aura witając nas w pierwszych dniach sierpnia, dwudziestoma dwoma stopniami Celcjusza i nieskazitelnym błękitem nieba. Trzeba powiedzieć, że w środku europejskiego lata takie luksusy zdarzały się nam niezmiernie rzadko.

Ponad pięćdziesiąt dni włóczyłem się z Zenkiem i to pokrótce chcę opisać w dwu, a może trzech kolejnych felietonach. Postaram się przywołać nasze wrażenia, refleksje i opinie o miejscach pobytu.

Wakacjować zaczęliśmy w Kuala Lumpur. Stolica Malezji wyrosła na... cynie dopiero w XIX wieku. Położona między korytami rzek Klang i Gomback dziś jest ciekawym konglomeratem nowoczesnej i kolonialnej architektury, bujnej, tropikalnej roślinności i mieszanki różnych tradycji i religii południowo-wschodniej Azji. Dziwiły nas tu codzienne prognozy pogody skoro i tak cały rok mają w dzień około 33, a w nocy 28 stopni.
Zaskoczeni byliśmy też wspaniałymi rozwiązaniami transportu miejskiego. Miasto jest nieco mniejsze od Warszawy (1.3 mln mieszkańców) ale drapaczami chmur dorównuje Londynowi, ma dwie linie metra i bardzo wygodną linie monorail, czyli kolejki naziemnej kursującej po śródmieściu. I z niej korzystaliśmy najczęściej.
W trakcie zwiedzania chińskiej dzielnicy Zenek odkrył, że cena dużej butelki mocnego araku z ryżu, jest tu niższa, niż butelki importowanego piwa i natychmiast zaopatrzył nas w odpowiedni zapas.
Nie tylko do towarzyskiego spożycia, ale głównie jak zaznaczył, jako środek odkażający.
- Kris, my tu jemy miejscowe frykasy a czort wie co w tym się ukrywa. Jakaś ebola albo inne świństwo, więc mus się odkażać! – stwierdził, wyjaśniając tym samym obecność dwóch butelek tego trunku w naszej hotelowej lodówce.

No i odkażaliśmy się dość regularnie. Nie przeszkodziło to nam w zwiedzeniu wszystkich głównych atrakcji tego pięknego miasta. Wielkie wrażenie zrobiły na nas wieże Petronas oglądane nocą. Te największe do niedawna budynki świata, iluminowane światłem lamp wyglądają majestatycznie. Byliśmy też na innej wieży – telekomunikacyjnej, nieco niższej, ale zbudowanej na najwyższym wzniesieniu w centrum miasta. Trafiliśmy akurat na burzę. Błyskawice wokoło przebijały horyzont. Efekty niesamowite.

Zachwycił nas też największy w świecie Park Ptaków. Ponad pięć tysięcy rozśpiewanego ptactwa wszelkich gatunków umilało nam tam pobyt. Wiele z nich widzieliśmy po raz pierwszy w życiu.
Na hotel też narzekać nie mogliśmy. Było wszystko co w takich warunkach potrzeba. Łącznie z basenem na dachu i roztaczającym się stąd pięknym widokiem na miasto. A stacja monorailu tuż obok.

Zenek trochę narzekał, że mało Europejczyków w naszym hotelu i zabawić się nie ma z kim. Faktycznie, głównie byli tam Japończycy i inni azjatyccy turyści. Ale za to basen mieliśmy prawie wyłącznie do naszej dyspozycji, bo inni goście czy to z przyczyn kulturowych, czy religijnych z niego nie korzystali. Jedynie czasem Japonki kąpały się z nami, co Zenka wcale nie zadawalało. On upatrzył sobie taką śliczną Hinduskę z 12 piętra, ale widywał ją tylko na śniadaniach.

A wszystko co dobre to szybko się kończy. Pierwsze 5 dni minęły błyskawicznie i znów trzeba było pakować walizki i hajda na Europę!
Doświadczeni poprzednimi pobytami liczyliśmy na kolejne upalne europejskie lato. Srodze się zawiedliśmy.
Amsterdam przywitał nas ulewnym deszczem. Nie lepiej było we Frankfurcie n/Menem, podobnie w Kolonii. Później aura się nieco ustatkowała i Berlin mogliśmy zwiedzać w normalnych warunkach, chociaż do ideału było ciągle daleko.
We Frankfurcie mieliśmy bardzo miłą przewodniczkę która pokazała nam najciekawsze miejsca w mieście i okolicach. Chcieliśmy z Zenkiem na pożegnanie kupić jej piękne kwiaty, zamiast tego w wyniku korków na ulicach miasta, gnaliśmy jak szaleni aby zdążyć na odjeżdżający właśnie pociąg do Kolonii i nawet nie było się jak pożegnać.

Z pobytu we Frankfurcie, bardzo utkwiła mi wieczorna lektura, którą wręcz połknąłem za jednym posiedzeniem. Była to książka Josepha Campbella pt. Kwestia bogów.
Genialne wręcz wyjaśnienie obecności bóstw i bogów w naszym życiu codziennym. Hasłem przewodnim tej wyjątkowej publikacji jest: „Bogowie są personifikacją energii przenikających życie.”
Jest to bardzo interesująca interpretacja wszelkich religii świata, a także starożytnych mitów. Po takiej lekturze nie przechodzi się tak szybko do prozy życia, toteż dość długo w nocy męczyłem Zena, nadwyrężając komórki jego intelektu.
I tym filozoficznym akcentem kończę pierwszą część wrażeń z naszej podróży. Cdn.


Krzysztof Deja

A oto ilustracje do powyzszego tekstu


FEL10.JPG

Kuala Lumpur – klimaty miasta


FEL8.JPG

Kuala Lumpur – widok z wiezy telekomunikacyjnej, w glebi Petronas


FEL11.JPG

W parku ptakow


FEL12.JPG

Nowe Kuala Lumpur


FEL18.JPG

Kuala Lumpur


FEL19.JPG

452 metry wysokie Petronas


FEL21.JPG

stare Kuala Lumpur


FEL24.JPG

Frankfurt n/Menem


FEL26.JPG

Nowy Frankfurt


« Eskapada - Felieton | Strona główna | Wakacyjne refleksje (2) - Felieton »