« Victoria - Felieton | Strona główna | Oto Polonia - Felieton »

1 listopada 2010

Nekrolog - Felieton

Zenek, jadąc do domu swoją zdezelowaną toyotą, spotkał po drodze kawalkadę aut, udających się w kondukcie pogrzebowym, w stronę lokalnego cmentarza.

Niewiele myśląc, włączył się jako uczestnik do tego niezwykłego peletonu ostatniego etapu na tym łez padole i jak wszyscy, zajechał na cmentarz w pobliże kaplicy. Tam dopiero zdał sobie sprawę, że właściwie widzi same znajome twarze. Wszyscy kierujący się do środka to jego znajomi, bliżsi i dalsi. Co więcej, zauważył nawet swoją byłą żonę…. Maggi. Co ciekawe, nikt go nie rozpoznawał pomimo, że niektórym się ukłonił i nawet zagadnął. Kiedyś Salomon powiedział: „Lepiej jest iść do domu żałoby niż do domu wesela, bo w tamtym jest koniec każdego człowieka, i człowiek żyjący bierze to sobie do serca. Lepszy jest smutek niż śmiech, bo gdy smutek jest na twarzy, serce staje się lepsze”.

Nie wiem czy ta maksyma kierowała Zenkiem, lecz mój druh znalazł się właśnie w takim miejscu. W środku, jak to w takich okolicznościach, specyficzna atmosfera i powaga. Zauważył nawet znajomego księdza. Po chwili powitań i wpisów do pamiątkowej księgi, rozpoczęła się sama ceremonia. Zaczęto wygłaszać mowy. Pierwszy rozpoczął wspomniany ksiądz.

- Zmarły, jako Polak katolikiem był raczej kiepskim, natomiast jako Australijczyk… całkiem pobożny. Dwa, czy trzy razy w roku do kościoła chodził, za każdym razem do komunii przystępował, a i twarz pogodną zawsze miewał.
- Mógł być wielkim aktywistą, ale mu się nie chciało – zaznaczył drugi mówca, znany działacz polonijny. – Od opozycji był podobno o krok, ale nigdy tego kroku we właściwym kierunku nie uczynił. Nawet tu na emigracji, zawsze z boku, zawsze obojętny. Antagonistą nie był… ale bierny. Szkoda człowieka…
- Ja złego słowa na niego nie powiem – zaczął swą mowę przełożony z pracy zmarłego – robotę lubił, ale się nią zbytnio nie przejmował. Take it easy, było jego naczelną zasadą. Jednak co było trzeba, to zrobił. Piwo lubił i był z niego dobry mate, to najważniejsze.
- Zenobiusz jako mąż nie sprawdził się… – zaczęła swoja orację Maggi.

Zenek podobno w tym momencie zasłabł z wrażenia, bo zrozumiał, że to wszystko o nim. Ostatkiem sił skierował się do wyjścia. Dopiero teraz przy drzwiach, zauważył nekrolog. Jak wół stało, że to właśnie… on był odszedł ku wieczności. I ta cała uroczystość, i te mowy, to wszystko o nim.

Wspomniany już Salomon powiedział też, że pamięć o śmierci uczy nas mądrości – mądrości, której nie posiada ten, kto próbuje ją wyprzeć ze swego życia. A próbujemy ją wyprzeć, bo śmierć budzi w nas trwogę i lęk – jest czymś ostatecznym i nieodwracalnym – nie panujemy nad nią. Wynika z tego, że przez chodzenie na cmentarz czy do domu żałoby, nabieramy mądrości. W przypadku Zenka, to i wiedzy o samym sobie. Okazuje się, że opinia o człowieku w dużej mierze zależy od punktu przyłożenia, czy odniesienia. Podobnie jak śmierć nie jest problemem martwych, lecz żywych – jej przesłanie skierowane jest pod naszym adresem.

W kraju nad Wisłą, kontrowersyjnym echem odbiła się najnowsza biografia niedawno zmarłego podrożnika, reportażysty i pisarza - Ryszarda Kapuścińskiego. Opracowanie to ma tylu zwolenników, co i gorących przeciwników. Na autora tejże książki Artura Domosławskiego, posypały się nawet pozwy do sądu. Myślę, że ma to uzasadnienie w przypadku żony zmarłego, bo ona jako osoba prywatna, nie uczestnicząca w życiu publicznym, ma prawo do intymności. I nie można pewnych rzeczy robić w imię źle pojętej wolności słowa, czy prawdy absolutnej szkodząc przy tym innym. Burza medialno-społeczna wynika głównie z głęboko zakorzenionej w polskiej mentalności maksymie: o zmarłym tylko dobrze, co w originale łacińskim brzmi: de mortuis nil nisi bene. Pocieszyłem Zenka, że on tego typu problemów raczej mieć nie będzie, czym go chyba uspokoiłem.

- Co by nie powiedział, to będziesz żył bardzo długo – zauważyłem na odchodne.
- A to dlaczego?
- Przeżyłeś przecież swoja śmierć. To było twoje ars moriendi, po polsku… sztuka umierania. Już ci nic nie straszne.


Krzysztof Deja


A w części fotograficznej zapraszam na wycieczkę po australijskich górach Grampians. Pasmo tych gór rozciąga się w stanie Victoria ponad 200 km od Melbourne i ponad 500 kilometrów od Adelaide. Nie są to góry zbyt wysokie najwższy szczyt Mount Williams ma 1200 metrów, lecz są bardzo malownicze.
Pokazuje tu wiosenne widoki w połowie pazdziernika. Pełno kwiecia, ale i połacie śniegu można zauważyć.

gramp1.JPG

gramp10.JPG

gramp11.JPG

gramp12.JPG

gramp14.JPG

gramp16.JPG

gramp2.JPG

gramp20.JPG

gramp24.JPG

gramp28.JPG

gramp29.JPG

« Victoria - Felieton | Strona główna | Oto Polonia - Felieton »