« Obiecanki... - Felieton | Strona główna | BALI - fotoreportaż »

10 września 2010

Ruskaja szkoła surfinga - Felieton

W taką nieprzyjazną aurę jaka nas dopadła ostatnio nie sposób czekać na zmianę i narzekać, więc powzięliśmy z Zenkiem decyzję o tymczasowej emigracji w cieplejsze strony świata.

Wybór padł na Bali i to z wielu względów. Tam zawsze ciepło, egzotycznie, tanio i niezbyt daleko od nas.

Kiedyś już odwiedziliśmy tę uroczą indonezyjską wyspę – jeszcze przed tragicznym zamachem bombowym, w październiku 2002 roku, w którym zginęło 202 ludzi, w tym jedna Polka, a najwięcej Australijczyków. Teraz stoi na tym miejscu okazały pomnik ofiar tego strasznego wydarzenia. Poza nim prawie nic nie przypomina, czy kojarzy się z miejscem, gdzie mogliby działać terroryści. No może tylko faceci w mundurkach z naszywką: security, sprawdzający detektorem wchodzących do popularnych restauracji dla obcokrajowców. Wokoło panuje pełny luz, turyści wcale się niczym nie przejmują, podobnie miejscowi mimo, że usilnie probują wepchnąć swój towar, ale jednak bez specjalnej pasji. Pomimo to, opędzić się czasem ciężko. Zenek stwierdził, że czuje się tam jak jakaś gwiazda filmowa, albo rock-star otoczony handlarzami, a ci niczym paparazzi nie odstępują czlowieka, zanim nie sprzedadzą swego towaru.

Niby sierpień to najsuchszy miesiąc na Bali, a i tak prawie codziennie popadało dogrzewając nas przy tym mocno. Brakowało nam tylko wycieraczek na okularach przeciwsłonecznych – nie z powodu deszczów, a wilgotności.

Aussies czują się tam lepiej niż w domu, bo luz kompletny i wszystko dużo tańsze – szczególnie piwo i papierosy. Żadnych zakazów czy ograniczeń, tu można robić prawie wszystko. Raj dla palaczy, a wielu Australijczyków nie rozstaje się z butelką bintanga (dobrego miejscowego piwa), czy to w sklepie, na ulicy, czy na plaży. Ja z Zenkiem też pod tym względem, długo się nie aklimatyzowałem. Najlepiej smakują drinki z basenowych barów, gdzie człowiek zanurzony po pas w ciepłej wodzie sączy alkoholowa kompozycję soków z kruszonym lodem.

Co nas zaskoczyło, to znajoma skadinąd śpiewna mowa na ulicach i wiele napisów cyrylicą. Najpopularniejszy to: szkoła surfinga. Zenek nawet skorzystał, bo ceny mieli przyzwoite. W ten sposób raz jeszcze stanął w jednym szeregu z bratnim narodem rosyjskim. Spotykaliśmy ich wszędzie: na śniadaniach, w sklepach, w restauracjach, na wycieczkach. Jeszcze 10 lat temu, słyszeliśmy tu mowę z różnych stron świata, ale nie stamtąd, a teraz...

Wielu balijskich przewodników zna ten język, a i broszury z ruskimi bukwami często się spotyka. Okazuje się, że na Bali mają aż dwa programy telewizyjne w języku Puszkina. Co więcej, jeden z nich mile nas zaskoczył, nadając długi reportaż o polskiej gwieździe piosenki, bardzo lubianej również przez Rosjan – Annie German. W tym programie wypowiadali się (po polsku) ludzie z nią związani: mąż, kompozytorzy, artyści. I nagle tu w południowo-wschodniej Azji, poczuliśmy się jak w domu. Słuchaliśmy piosenkarki o pięknym głosie i dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy, o niezwykłym życiu Anny German, jak i o przedwczesnej śmierci artystki, która na dobra sprawę, chyba była bardziej popularna w ówczesnym Związku Radzieckim, niż w Polsce. Rosjanie za nią szaleli, a że miała bliskie związki z tamtą ziemią (repatriantka ze wschodu) więc czuła się tam doskonale. Niestety w połowie lat 70. wykryto u niej raka. Jesienią 1980 r. po powrocie z koncertów w Australii (tak, występowała w całym świecie), nastąpił nawrót choroby zdiagnozowanej jako rak kości. Po dwóch latach przegrała walkę z ciężką chorobą umierając nocą 25 sierpnia 1982 r. w warszawskim Szpitalu Klinicznym w wieku 46 lat.

No cóż, nawet na obczyźnie można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o rodakach. A my z Zenkiem idziemy po raz ostatni zanurzyć się w hotelowym basenie i na specjalnych barowych stołkach w wodzie, wypić super koktail z araku – bali attack. Mam nadzieję, że wyjdzie nam ten atak na zdrowie. Aż mi ciarki przechodzą na sama myśl o powrocie do zimnej Australii.

Krzysztof Deja

Parę zdjęć z uroczej wyspy

bali1.JPG

- benzynę można kupić na straganie po 65 aussie centów (1.70PLN)


bali23.JPG

- poranna parówa


bali2.JPG

- ścieżka dla turystów


bali3.JPG

- hotelowe luksusy


bali4.JPG

- bożki są na każdym kroku


bali9.JPG

- pola ryżowe


bali14.JPG

- wulkan na Bali


bali19.JPG

- w świątyni małp


bali18.JPG

- w świątyni małp


bali27.JPG

- po zachodzie słonca


bali28.JPG

- Bali nocą

« Obiecanki... - Felieton | Strona główna | BALI - fotoreportaż »