« Urlopowicz - Felieton | Strona główna | Południowoaustralijska zima »

1 lipca 2010

Eskulap - Felieton

Już Hipokrates stwierdził, że: "Żywność może być lekiem, a lek żywnością".

Niektórzy wzięli to ostatnie zbyt dosłownie i codziennie wręcz karmią się garściami witamin, różnych pastylek i preparatów. Taki Micheal Jackson był tego najlepszym przykładem. To z półki artystycznej, ale i przeciętni ludzie nie stronią od tego typu działań prewencyjno-kuracyjnych. A wiadomo, że zwykłe warzywa i owoce są wystarczającym źródłem witamin i minerałów dla naszych organizmów. Źródłem energii i harmonii normalnego organizmu.

Druga sławna maksyma Hipokratesa: Primum non nocere - czyli, po pierwsze nie szkodzić, jest częścią przysięgi młodych lekarzy praktycznie na całym świecie. Niektórzy żartują, że w Polsce słowa te zmieniono na: po pierwsze nie szkodzić sobie – czyli dbać głównie o swoją kieszeń. Nie wiem ile w tym prawdy i jakiego procentu lekarzy to miałoby dotyczyć.

Mnie, do podjęcia tego tematu wciągnęła lektura książki Danuty Bieńkowskiej “Lekarz starej Warszawy”. Rzecz o życiu i pracy jednego z najsławniejszych polskich lekarzy dr Tytusa Chałubińskiego. To o nim pisał Henryk Sienkiewicz: “Człowieka, który by tak kochał ludzi, jak Chałubiński – nigdy nie spotkałem”.

W czasach młodości Chałubińskiego, czyli w pierwszej połowie XIX wieku królowały dwie szkoły leczenia chorych – Anglika Browna i Francuza Broussais’go. Obydwie, mimo że z przekonania reprezentowały “racjonalną” medycynę, były dość niezwykłe jak na dzisiejsze standardy. Pierwsza, uogólniając polegała na regulowaniu pobudliwości organizmów, a do tego celu używano: kamfory, eteru, amoniaku, wina a głównie… opium. Druga, nieco podobna w założeniach, wymagała jednak “wyciszania” organizmu stosując przede wszystkim: upuszczanie krwi, bańki i pijawki. W tym czasie szpitale służyły głównie ludziom biedniejszym, ci z wypełnionymi portfelami byli leczeni w domach. Teraz wygląda na to, że jest całkiem odwrotnie. Oczywiście przy tego typu metodach leczenia, umieralność była zastraszająca. Biorąc pod uwage warunki higieniczne, to nawet nie ma się co dziwić. Z opisu Warszawy tamtych czasów, aż robi się niedobrze i nic dziwnego, że kto mógł to mieszkał poza miastem, we własnym dworku na wsi.

Przytoczę parę słów ze wspomnianej książki dla zobrazowania tamtej sytuacji. “…przy braku kanalizacji ustępy wyglądały skandalicznie…. Skromna nazwa wychodków jest zbyt poetyczna, nazwać je wychodkami nie podobna, nie ma miejsca którędy wejść, a strach pomyśleć o wyjściu!... Na Rynku Starego Miasta panowało niebywałe niechlujstwo, tygodniami nie sprzątano śmieci i odpadów ze straganów. Na Kanonii podwórza były brudne, smrodliwe, na Ordynackiej jedna studnia i jedna kloaka służyły siedmiuset lokatorom…”

Czyż to nie wystarczy aby mieć pełny obraz zdrowia tamtych ludzi. Nie było to standardem europejskim tamtych czasów, bo jak ironicznie pisał dr Gregorowicz: “Żadne miasto większe nie może poszczycić się takimi kloakami jak Warszawa. Są one niezrównaniej obrzydliwości.”
W takich warunkach zastał Chałubiński Warszawę, w której przyszło mu żyć i pracować. Trzeba zaznaczyć, że po dość szczęśliwym dzieciństwie i szkołach w Radomiu, wyjechał na dalsze studia do Wilna i Dorpatu w Estonii, aby później odbyć podróż praktyczno-zawodową po Europie. Poznawał tam nowoczesne metody służby zdrowia, które sukcesywnie wprowadzał w Polsce.

Powinienem wspomnieć, że Rewolucja Francuska i wydarzenia w Europie były przyczyną euforii młodego Chałubińskiego. W 1848 roku udał się na Węgry aby służyć powstańcom jako lekarz ambulansu. Po kapitulacji Görgey’a powrócił do Polski, całkowicie zmieniony tym niepowodzeniem. Pewnie to miało duży wpływ na jego sceptycyzm związany z powstaniem styczniowym, któremu od początku nie dawał szans powodzenia i był zwolennikiem zdobywania swobod pertraktacjami.

Tytus Chałubiński, jeden z założycieli Akademii Medycznej w Warszawie był cenionym działaczem społeczno-politycznym, a nade wszystko niezwykłym lekarzem. Leczył żonę namiestnika carskiego, margrabiego, jak również biedotę polską i żydowską, dając im często jeszcze pieniądze na potrzebne lekarstwa. Przy tym wszystkim znajdował czas na zajmowanie się chemią, mineralogią i botaniką, jak również muzyką, teatrem, malarstwem, literaturą i teatrem. W późniejszym wieku poświęcił swoje życie ukochanym Tatrom i miejscowemu ludowi, czyli góralom.

Niestety, jego życie prywatne szczęśliwym raczej nie było. Żadna z trzech partnerek Chałubińskiego nie uszczęśliwiła go trwale, a może on nie potrafił tego szczęścia doznać. Mimo, że był świetnym lekarzem i pomagał wszystkim wokoło, nie mógł pomoc swym najbliższym - swoim dzieciom.
To było jego największą tragedią. Miał przy tym niezwykłych przyjaciół, do nich należeli: Ignacy Paderewski i Helena Modrzejewska. Ta ostatnia mówiła o nim: “człowiek wielkiej odwagi i wielkiego serca”. Gdyby nie on, pewnie nigdy nie powstałaby literacka postać dr Judyma, pomimo że ten ostatni, był tylko namiastką dr Tytusa Chałubińskiego.

Krzysztof Deja


Kilka zdjęć spoza Adelajdy.


IMGP2767.JPG

Potok w Morialta zimą


IMGP2775.JPG

Wodospad Morialta zimą


IMGP6702.JPG

Szlak poszukiwaczy złota w pobliżu Barossa Valley


IMGP6701.JPG

Widok ze szlaku na doline


IMGP7037.JPG

Miejscowość Strathalbyn


IMGP7038.JPG

Miejscowość Strathalbyn


IMGP7750.JPG

Restauracja w starym młynie w Bridgewater

« Urlopowicz - Felieton | Strona główna | Południowoaustralijska zima »