« Sydney 2 – dalszy ciąg | Strona główna | Refleksje - Felieton »

10 kwietnia 2010

Felieton - Sydney

Wybrałem się z Zenkiem do Sydney. Powiedzieliśmy sobie: nasze kawalerskie – i dalejże do największego miasta australijskiego kontynentu.

Trzeba przyznać, że z naszego prowincjonalnego miasta (jak go nazywają dumni sydnejczycy) to szmat drogi. Na raz, te prawie 1500 kilometrów nijak zaliczyć (choć słyszeliśmy o śmiałkach którzy robili to samochodem, za jednym pociągnięciem).

Wskoczyliśmy w moje auto, bo Zenek po kosztownej sprawie rozwodowej wylądował ze starą toyotą, a ta na tak długą wyprawę raczej się nie nadaje. W połowie drogi czyli miasteczku Hay, zrobiliśmy tzw. stopover. Po nocy tam spędzonej ruszyliśmy dalej. Zmienialiśmy się za kierownicą, więc droga mimo monotonii, nużącą nie była. Zenek podczas podróży zajmował mnie swymi refleksjami z życia, używając przykładów także z literatury i to Fiodora Dostojewskiego. Samego autora Zen za bardzo nie lubi, ze względu na jego podejście do Polaków, ale temtyka którą podejmuje na stronach swych powieści, szczególnie “Zbrodni i kary” przejęła go do żywego.

- Patrz Kris, taki Raskolnikow (główny bohater powieści) dzieli ludzi na dwie klasy – i tu przytacza mi słowa z książki – na klasę niższych będących, że tak powiem, materiałem który służy wyłącznie do wydawania na świat sobie podobnych, oraz na ludzi właściwych, to znaczy posiadających dar czy talent, który im pozwala wygłosić w swoim środowisku nowe słowo.
- To do których byś nas zaliczył? – zapytałem.
- To nie takie proste… - zamyślił się – wydaje mi się, że jesteśmy w okresie przejściowym, bo ci pierwsi zawsze władają teraźniejszością a drudzy, przyszłością. Pierwsi zachowują świat pomnażając go liczebnie, drudzy pchają go naprzód i kierują go ku oznaczonym celom – wyrecytował jednym tchem.
- Nie myślę żebyśmy byli w okresie przejściowym, bo już dawno minęliśmy zjazd do Kanberry i teraz prosta droga do centrum Sydney – powiedziałem, ucinając jego filozoficzne rozmyślania.

Faktycznie, znajdowaliśmy się w pobliżu Liverpoolu, a stamtąd to Opera już o rzut kamieniem. Po szybkim zainstalowaniu się w motelu, wybraliśmy się do centrum miasta. Sydney zawsze imponuje, a wieczorem wręcz zachwyca. Feeria świateł, refleksów na wodzie przy wybrzeżach, ruch stateczków i jachtów pływających po zatoce, tysiące ludzi przechadzających się po promenadzie, czy oblegających okoliczne bistra i kafejki – to robi wrażenie.

Zenek z miejsca zaaklimatyzował się w jednym z pubów na tyle, że wcale nie chciał ruszać dalej. Dopiero po kilku piwach dał się namówić na spacer po wielkim moście. Gorąco namawiał mnie natomiast na Kings Cross, który o tej porze dnia nabiera właściwego życia – jak to ujął Zen – ale mnie po całym dniu w aucie, nie bawiła perspektywa spędzania wieczoru w dusznych i pornych pomieszczeniach.

Następnego dnia przy Operze, zobaczyliśmy wielotysięczny tłum… nagusów. Na komendę jednego faceta na podwyższeniu, pięć tysięcy ludzi wykonywało różne figury. Zenkowi tak to się spodobało, że z miejsca chciał dołączyć do falującego tłumu Adamów i Ew. Szczególnie namierzył miejsce, gdzie stało kilka atrakcyjnych blondynek. Niestety, ten który tym wszystkim dyrygował, kategorycznie nie zgadzał się na nadkomplety, bo to mu, jak to się wyraził, psuło kompozycję. Zenek tylko napstrykał sporo zdjęć, wymuszając wydolność objektywu do maksymalnych zbliżeń.

Mój przyjaciel, po tym wszystkim był bliski zrzeczenie się wszelkich związków z miejscem swojego zamieszkania i zdradzał wielką ochotę przeprowadzić się na stałe do Sydney. Długo go musiałem przekonywać, że te harce i swawole, to sprawy jednorazowe, a nie codzienność w tym bądź co bądź pięknym mieście. A apartamentu w The Rocks też nie będzie miał, tylko jakieś skromne mieszkanko daleko od centrum. Dużo, dużo dalej niż w Adelajdzie. Zrozumiał…

Nie ominęliśmy oczywiście i polskich podwórek. Pewnego wieczoru znaleźliśmy się w polskim klubie w Ashfield. Na górze odbywało się jakieś spotkanie autorskie (poznaliśmy po donośnym głosie Janka Dydusiaka), ale na dole był bar, restauracja, a obok sala balowa. Tam też wylądowaliśmy. Jednak co wielkie miasto to wielkie miasto, nawet tu nie uniknęliśmy fleszy Eli Celejewskiej i Bogumiły Filip. Zen wprost szalał w rytmie tanga argentyńskiego i salsy z urodziwymi tancerkami. A ja przy barze z kilkoma miłymi rodakami, sączyłem różne trunki, wspominając nasze piękne tradycje kulinarne z góry na dół, czyli od śledzika i dorsza po kluski śląskie, i w poprzek, od pyrów aż po ruskie pierogi.

Następnego dnia, hmm… po takiej ostrej biesiadzie najlepszą formą zwiedzania było podróżowanie promami. I tak zaliczyliśmy całą rzekę, od ośrodka olimpijskiego aż do pięknego wybrzeża Manly. Zwiedzając po drodze wszystkie atrakcyjne przystanki z Darling Harbour, Circular Quay i Watsons Bay.

Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Następnego dnia musieliśmy wracać z powrotem. Do widzenia mili przyjaciele.


Krzysztof Deja

Ponieważ fotografie z Sydney przedstawiałem w poprzednich korespondencjach to teraz zawęże się tylko do migawek z podsydnejskich gór Błękitnych. Około 80 kilometrów od miasta rozciąga się ciekawy masyw gór, który ma poświatę niebieską, czasem mocniejszą, czasem słabszą. Jest to efekt aerozolu żywic rozpylonych w powietrzu.

Oto one:


s32.JPG

Wodospady Wentworth


s33.JPG

Wodospady Wentworth


s34.JPG

Blue Mountains - Katoomba

s35.JPG

Wzgórza - Trzy siostry

s36.JPG

Liany i skały

s37.JPG

Widok na góry

« Sydney 2 – dalszy ciąg | Strona główna | Refleksje - Felieton »