« Góry Flindersa – fotopodróż | Strona główna | Wiosenne impresje - fotomigawki »

20 września 2009

Pan fotograf - felieton wspomnieniowy

- Kolego, te panienki nawet nie wiedzą jak się nazywam, ale oczekują że pstryknę im zdjęcie i zobaczą się w Panoramie – wyznał mi energiczny starszy pan w trakcie jednej z imprez w adelajdzkim Domu Polskim.

Pan fotograf – tak go nazywały “panienki” w klubach polskich. Gwoli wyjaśnienia, panienkami nazywał praktycznie wszystkie panie, bo jak mi kiedyś powiedział – one wszystkie są od niego dużo młodsze, więc jemu wolno...
Faktycznie, w styczniu przyszłego roku miałby 96 lat. Miałby, ponieważ 20 sierpnia tego roku, zamknął ostatnia kartę długiego i bogatego życia.

Mowa o Zbigniewie Zołoteńkim. Bez przesady mogę stwierdzić, że takich ludzi już się nie spotyka. W końcu był to człowiek który swoim życiem łączył trzy epoki. Wczesny okres XX wieku, bo urodził się u progu pierwszej wojny światowej, w 1914 roku w Tarnopolu, w rodzinie prokuratora Józefa Zołoteńkiego i Jadwigi (z domu Żykowska), drugą wojnę światową i czas obecny.

Od wczesnej młodości związany z wojskiem w szkole kadetów. Wojskiem, które umiłował i przez całe swoje długie życie, miło wspominał.
Później studiował na warszawskiej SGGW, specjalizację – hodowla karpia, co też wiele razy anegdotycznie wspominał w kontekście australijskiego podejścia do tej ryby.
Niestety, przyszedł czas II wojny światowej. Dla Zbigniewa Zołoteńkiego był to czas bardzo ciężki. Jego ostatnia wigilia w rodzinnym domu odbyła się w 1938 roku. Od tego czasu, nigdy już nie widział najbliższej rodziny, ani ojczystego kraju.

W czasie krótkiej kampanii wrześniowej został ranny i dostał się do niewoli. Czas wojny spędził głównie w więzieniach i obozach niemieckich, m. in. w Sachsenhausen i Dachau. Ci którzy to przeżyli wiedzą najlepiej co to znaczy. On sam opisał to doskonale w książce pt. Wspomnienia emigranta wcześniej urodzonego.
Zbigniew Zołoteńki był też świetnym archiwistą. Jego precyzyjne zapiski i skrupulatnie gromadzone dokumenty, to wspaniała kopalnia wiedzy dla historyków i badaczy tamtych czasów.

Pod koniec wojny poznał swoją przyszłą żonę Lidię Batagową. Rosjankę, która jak on przeszła ten cieżki czas i pewnie te wspólne przeżycia, połączyły ich żarliwą miłością.
Oglądając niedawno w adelajdzkim kinie, polski film pt.“Mała Moskwa” płakał jak bóbr, przypominając sobie swoje love story.

Po wojnie nastał czas decyzji. Wracać do kraju w niepewność sowieckiej dominacji, czy emigrować w daleki świat. Wraz z żoną wybrał to drugie.
W marcu 1948 roku przypłynęli do Australii. Jak wszyscy nowi emigranci budowali swoje nowe życie. I jak dla wszystkich, był to dla nich, okres dobrego i złego.

Zbigniew Zołoteńki nigdy nie tracił humoru. Było to chyba jego największą zaletą. Można powiedzieć, że z piosenką szedł przez życie. Wielu z nas, znało Go ze świetnych wykonań piosenek Mieczysława Fogga, które doskonale interpretował i prezentował na polonijnych spotkaniach.

Mimo, że nigdy nie był ojcem, wraz z żoną Lidią był jednakże, wspaniałym opiekunem swojej nowej rodziny – Krystyny i Andrzeja, oraz cudownym dziadkiem Briana i Terry’ego. Jednocześnie nigdy nie tracił kontaktu z fotografiką. Hobby wpojone przez ojca w młodości, owocowało tysiącem dokumentów z imprez polonijnych które robił pan Zołoteńki. Publikował je głównie w adelajdzkiej Panoramie – ilustrowanym miesięczniku miejscowej Polonii.

Swoim podejściem do życia i humorem, łamał bariery pokoleniowe. Był lubiany tak przez rówieśników, jak i przez dużo młodsze generacje emigrantów.
Jeszcze jedna bogata karta historii życia polonijnego została zamknięta. Zbigniew Zołoteńki odszedł od nas na zawsze 20 sierpnia 2009 roku, w wieku 95 lat.
Pamięć pozostanie...

Krzysztof Deja

swieca.bmp

IMGP2591a.JPG

autor z Zbigniewem Zolotenkim

« Góry Flindersa – fotopodróż | Strona główna | Wiosenne impresje - fotomigawki »