« Gorączka, czyli jak w piecu... - Felieton | Strona główna | Kahlenberg kontra polski kabaret - Felieton »

1 marca 2009

Czerwone skarpetki - Felieton

Czytaliśmy ostatnio jak to mała rzecz jakimi są skarpetki prawie wywołała skandal dyplomatyczny.

Otóż premier Kanady Fillon założył czerwone skarpetki i wybrał się w nich z oficjalną wizytą do francuskojęzycznej prowincji - Quebek. Chodzi o to, że kolor czerwony to kolor Kanady, a Quebek ze swymi separastycznymi ciągotami ma flagę niebiesko-białą. Miejscowi przyjęli to jako wyraz politycznego nacisku.

Zenek twierdzi, że on też miał podobną historię wiele lat temu, kiedy czerwone skarpetki zdyskredytowały go w oczach nauczycielki matematyki i za taki ubiór dostał poprawkę i to z trygonometrii w której czuł się jak ryba w wodzie. No cóż, trzeba nie tylko uważać co się mówi, ale i co się ubiera.

Parę lat temu członkini sejmowej komisji śledczej Anita Błochowiak (SLD) w sprawie Rywina też „błysnęła” na temat czerwonych skarpetek, podkreślając że noszą je głównie (cytuje), pedały. Trochę dziwne sformułowanie jak na reprezentantkę tak nowoczesnej formacji politycznej. Inna sprawa, że ta partia to pozostałość PRL-u, a wtedy wszystko było inaczej.

Komuno wróć! – wołają niektórzy. Nawet Zenek rozmarza się kiedy wspomina czasy wczesnego Gierka. W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych pracował on w sporym, ale nie wielkim zakładzie produkcyjnym. Czego tam nie było. Trzeba zacząć od spraw zdrowia. A więc, pielęgniarka na pełnym etacie, a lekarz part-time. Wszystkie modne wtedy witaminy i lekarstwa dostawało się po prosto z zakładowej apteczki. Co więcej, tuż obok w pokoiku było solarium – no może nie takie jak we współczesnych salonach odnowy, ale jak zdjął koszulę to plecy i tors opalił. I to wszystko za darmo. W środku zimy po trzeciej, z bramy zakładu wychodzili przybrązowieni urzędnicy i urzędniczki (pracownicy produkcyjni niestety nie mieli do tego dostępu) jakby wracali z Tunezji czy Egiptu, co wtedy było raczej nieosiągalne.

Następną atrakcją pracy w socjalistycznym zakładzie produkcyjnym był kserograf. Nie dość że maszyna która dawała możliwość drukowania różnych, często niezbyt legalnych materiałów to miała tę zaletę, że raz na kwartał, potrzebowała gruntownego czyszczenia... spirytusem. Cały litr spirytusu czynił święto w biurze w okresie konserwacji. Kserografowi zostawiało się odrobinkę do wyjątkowo wrażliwych części, reszta była konserwowana spirytusem salicylowym (1 zł za buteleczkę w kiosku Ruchu). Odpowiednio rozrobiony i zaprawiony alkohol był równo dystrybuowany między dwa najbardziej zainteresowane działy: konstrukcyjny i technologiczny.

Można by wymieniać wiele innych atrakcji zakładowych, jak na przykład radiowęzeł który służył w uprzyjemnianiu sobie pracy dobrą muzyką czy programem radiowym – szczególnie radiowej trójki „60 minut na godzinę”. Gry i zabawy towarzyskie z zapałem uprawiane na biurku czy desce kreślarskiej. Były nawet tzw. kanciapy miłości – czyli nie używane pomieszczenia czy zakamarki biurowe, gdzie pragnące się pary mogły dać upust swym żądzom. O tym Zen jednak w szczegółach nie opowiada. Nie jestem pewien czy to z uwagi na Maggi, czy może sam nie miał takich doświadczeń.

Natomiast wszelkie akcje społeczne typu – wykopki, sadzenie drzewek, odświeżanie okolicznego terenu, czy wspólne wyjazdy rekreacyjno-dokształcające były zawsze czymś niezwykłym, wręcz nieprzewidywalnym. Wszystko w myśl hasła: Aby Polska rosła w siłę, a ludziom się żyło dostatniej!

Najmniej ludzie w tym czasie przejmowali się pracą, a chyba po to się zatrudniali. Wtedy też było modne powiedzenie: czy się stoi, czy się leży...

Do tej pory nie wiem, co tam Zenek produkował w tej firmie, ale znam w szczegółach wszelkie atrakcje tego miejsca. Tak się zastanawiam, że wtedy to był naprawdę socjalizm, szczególnie dla tzw. umysłowych. Ludziom nie płacili dobrze, a oni wcale dobrze nie pracowali, ale ile mieli dodatkowych atrakcji...

To se ne wrati – komentuje po czesku Zen.

Chyba jednak lepiej że nie wróci – dodaję.

Wasz Chris

w sekcji fotograficznej migawki z Adelajdy

IMGP6083.JPG

dzielnica przymorska


IMGP5825.JPG

w adelajdzkich wzgorzach


IMGP6080.JPG

Port Adelaide


IMGP6036.JPG

w ZOO


IMGP4641.JPG

w botaniku


IMGP4265.JPG

w centrum miasta

« Gorączka, czyli jak w piecu... - Felieton | Strona główna | Kahlenberg kontra polski kabaret - Felieton »