« Telewidzenie - Felieton | Strona główna | »

17 listopada 2008

Zabytek - Felieton

Gdybym na przykład chciał przywieźć sobie na pamiątkę do Australii swój nocnik z dzieciństwa, to bym popełnił przestępstwo.

Z Polski nie można bez pozwolenia wywozić zabytków, czyli przedmiotów, które mają więcej niż 55 lat. A jeśli chcemy to zrobić, musimy dostać pozwolenie ministra kultury i dziedzictwa narodowego. No proszę – zwykły nocnik, a urasta do rangi zabytku. A śmiejemy się z Australii, że tu stuletni dom to wielki zabytek.

Idąc tym torem wygląda na to, że sam siebie nie doceniam, bo skoro to ja, w połowie ubiegłego wieku, byłem użytkownikiem szacownego przedmiotu, i to codziennie, we wczesnym okresie życia, to też kwalifikuje się już bardziej jako obiekt muzealny, niż ciągle aktywny i zwyczajny osobnik. A mnie się jeszcze myśli o emeryturze nie imają.

Nawet w stosunku do państwowości kraju urodzenia jestem seniorem. Druga Rzeczpospolita – chociaż to nie moje czasy - trwała tylko parę miesięcy dłużej niż obecnie – III RP. A cóż ta trzecia... jeszcze nie osiągnęła pełnoletności, a już ją chciano na IV przemieniać. To są wszystko epizody w porównaniu z moim, lub mych rówieśników życiem. PRL też nie ma co się z nami równać.

Wojny co prawda nie pamiętam, bo urodziłem się parę lat po, ale zgliszcza i zniszczenia utkwiły w pamięci, jak najbardziej. Kiedy już zaczynałem biegać towarzysz Stalin wyzionął ducha, co nie miało żadnego wpływu na postępy w moim bieganiu. Jeszcze dobrze nie rozkręciłem się w przedszkolu, a już kolejny kryzys przeszedł przeze mnie niezauważony– wypadki w Poznaniu.

Natomiast odwilż październikową odczułem tylko w ten sposób, że na religię nie musiałem robić wypraw do pomieszczeń parafialnych, a mieliśmy ją w szkole podstawowej. Dosyć krótko jednak. Do kościoła i tak się nabiegałem, bo przez parę lat byłem ministrantem i całą liturgię wiernych po łacinie na pamięć znałem.

Okres szkoły średniej, to czas konsumpcji, tzn. apetytu na nią i wielu niespełnionych nadziei. No, ale gitarę miałem – to już było coś. Udział w pierwszym wiecu politycznym i pierwsza, milicyjna pałka na plecach – to efekty pomarcowe 68 roku.

Grudzień 1970 rozgrywał się daleko od nas i nie byłem z tym emocjonalnie związany, częściej tylko nasłuchiwaliśmy z kolegami audycje Wolnej Europy, aby się cokolwiek sensownego dowiedzieć.

Na radomskich ulicach przyglądałem się protestującym demonstrantom w 1976 roku, a stojąc na dziedzińcu uczelni parę dni później, naśmiewaliśmy się z „zaśpiewajców” rozgrzewających przyjezdne hordy, udające się na stadion aby potępić „warchołów i wandali”.

Czas nadziei – czyli 1980 i 1981 targał moimi emocjami jak klenczonowskie „dziesięć w skali Beauforta”. A kiedy generał w ciemnych okularach, wypowiedział swoje sławne słowa, „dziś o północy ukonstytuowała się WRON(A)”, wszystko we mnie zgasło. Już nigdy potem światełka w tunelu nie widzałem.

Stąd jestem tu, gdzie jestem. Tu mamy dla odmiany srokę w herbie. Proszę tego nie bagatelizować: IQ sroki jest jedno z najwyższych wśród ptaków.

Od tego czasu, zostałem już tylko biernym obserwatorem spraw polskich, z ramienia własnych zainteresowań. „Okrągły stół” i temu podobne wydarzenia, znam jak wojny światowe - tylko z mediów i z lektur. I tak przebiegłem przez te wszystkie lata. A nocnika na pamiątkę nie przywiozłem. Za późno się zorientowałem, że to jednak zabytek.

Wasz Chris

IMGP2353.JPG

Glenelg - dzielnica Adelajdy


IMGP4623.JPG

w buszu


IMGP4296.JPG

dzika plaża tuż za miastem


groszek.JPG

pustynny groszek


IMGP4339.JPG

Stanowa Galeria Sztuki

« Telewidzenie - Felieton | Strona główna | »