« Dzienniki - lipiec II - 2008 | Strona główna | Wolność sztuki - Felieton »

30 sierpnia 2008

Dzienniki - sierpien 2008

Refleksje z podróży - cz.2

Wakacje – jedno z milszych słów w naszym słowniku.

Tym razem zafundowałem sobie powrót do korzeni. Jak poprzednio wspominałem, odwiedziłem miejsca które wywarły kiedyś znaczenie w moim życiu.
I tak z racji służby wojskowej przebywałem dawno temu w Przeworsku, przez półtora roku. Często byłem jedynym żołnierzem z poboru w mieście. A więc rezydowałem w budynku Powiatowej Rady Narodowej – wtedy bardzo nowoczesnym, posiłki jadałem na koszt armii, w najlepszej restauracji w miasteczku, no i generalnie prowadziłem urozmaicone życie. Kadra oficerska sztabu, po 15-tej rozjeżdżała się po okolicznych miasteczkach do domów, a ja żyłem jak chciałem.

Wspomnień było co niemiara i teraz po latach znowu odwiedziłem to miejsce. Zmieniło się bardzo. Budynek gdzie były biura sztabu wojskowego ciągle stoi, a wokoło narosło bloków. Moja restauracja już nie istnieje, ale odkryłem wspaniałą karczmę. Karczma jakich nie spotyka się często. Wszystko oryginalne i ze smakiem wyposażona. Nawet malwy za oknem rosną tak jak powinny. A smak potraw... bajka.

dz.21.JPG

Późnej dzięki GPS-owi (nawigator) znalazłem się w samym sercu Bieszczad. To zmyślne urządzenie jest bardzo przydatne w aucie, ale niezbyt dobrze ustawione, upiera się na najkrótsze drogi i prowadzi w miejsca gdzie śmiało można by nagrać nową Siekierezadę na podstawie Stachury. Emocje przy tym były spore, ale trzeba przyznać temu bezdusznemu przewodnikowi, że zawsze prowadzi w przejezdne drogi. Chociaż nie zdaje sobie sprawy, że na przykład, prom na Wiśle nie pracuje, bo woda za wysoka - a ten z uporem maniaka, kieruje cię właśnie w tę stronę.

Solina, to następne miejsce młodzieńczej przygody. Dawno temu, chyba z dwa lata po otwarciu tej zapory, wraz z dwoma przyjaciółmi wybrałem się wypożyczoną łodzią wiosłową na opłynięcie zalewu. Zajęło to nam prawie 3 tygodnie, a i tak wszystkiego nie zaliczyliśmy. Wtedy dziewicze miejsce – teraz zapchane turystami i wczasowiczami. Pamiętam jak dziś, kiedy podpływaliśmy łodzią do zatopionych sadów owocowych, aby narwać prosto z drzew - które wciąż owocowały - jabłek i gruszek.

Znów płynąłem zalewem i popijałem chłodne piwo (jakżeby inaczej) pochodziłem wysokim wybrzeżem i starałem się uchwycić ten klimat sprzed lat. W tej masie ludzi wokoło nie jest to łatwe i wymaga wyobraźni. Mimo wszystko, okolice Soliny czy Polańczyka to magiczne miejsca.

dz.22.JPG

Jedno, czego nigdy do tej pory nie zaliczyłem - a więc tego pragnąłem - to krótki pobyt w uzdrowiskowym sanatorium. Nie jako pacjent, ale jako obserwator. No i tym razem zaliczyłem pobyt w sanatorium, te spacery na deptakach, te muszle koncertowe rozbrzmiewające popołudniowym rytmem muzyczki. Na dansingi nie chodziłem, ale miałem też małe spotkanie autorskie.

Takim typowym uzdrowiskiem jest Iwonicz Zdrój. Inne zdroje też są ciekawe, ale Iwonicz jest najbardziej sanatoryjnym miasteczkiem, bo oprócz kuracjuszy nie spotyka się za wielu wczasowiczów. Tu jest ten specyficzny klimat. Szczawnica, Szklarska Poręba czy Świeradów są bardziej turystyczne, niż sanatoryjne. Ciekawe miejsca to Gorlice, gdzie wokół aż pachnie kulturą łemkowską.

dz.24.JPG

Spływ Dunajcem jak zwykle uroczy, a jak się ma jeszcze takiego flisaka jak nasz, to oprócz zapierających dech widoków, ciągły śmiech rozbrzmiewał na obydwa brzegi, polski i słowacki. Zrobiłem też, chyba najpiękniejszą trasę rowerową, wzdłuż Dunajca aż do Czerwonego Klasztoru w Słowacji. Po drodze obiad w słowackiej Leśnicy i powrót do Szczawnicy.

Nie muszę chyba udawadniać, że Kraków jak zwykle ma swój niepowtarzalny czar. A podkreślane to jest, obecnością turystów z całego świata. Piwo w Wierzynku smakuje wyjątkowo – chyba dlatego, że kosztuje dwa razy więcej, niż gdziekolwiek indziej. Mieszkałem tuż przy Rynku, ale zaliczałem także inne atrakcje, jak: Kopiec Kościuszki, Kazimierz i Skałkę. Popłynąłem jak zwykle Wisłą – tym razem wygodnym i szybkim katamaranem.

dz.27.JPG

Gdybym tak chciał opisywać wszystkie miasta i miasteczka, to pewnie jeszcze parę części takich refleksji bym musiał napisać. Wspomnę tylko, że póki co, Polska jeszcze jest dość tania (nie licząc benzyny i paru innych rzeczy) i kto zamierza tam jechać, niech się nie ociąga bo za kilka lat, ceny będą jak w Londynie który później zwiedzałem.

dz.28.JPG

Przytoczę jeszcze słowa Angielek, wracających ze mną samolotem po wakacjach spędzonych w Polsce. Jedna z nich powiedziała mi: „Nigdy dotąd nie myślałam o Polsce, jako miejscu do spędzenia wakacji. Jeszcze do niedawna wakacje kojarzyły mi się z Włochami, Hiszpanią, Majorką, ale nigdy z Polską. A teraz wracam i twierdzę, że nie miałam piękniejszych wakacji, niż te w Polsce.” Druga jej namiętnie przytakiwała.

dz.30.JPG

Londyn oprócz wspomnianych cen i pogody, wszystko ma ciekawe. Jest miejscem gdzie tradycja sąsiaduje z nowoczesnością. A schodziłem go wzdłuż i wszerz. Mam na myśli śródmieście. Warto było, bo tylko w ten sposób można zobaczyć cacuszka które widziałem – no i do tego trzeba mieć takich przewodników, jakich ja miałem. Praktycznie bywałem „na mieście” od rana do północy. Zaliczałem też osławione londyńskie puby. O muzeach nawet nie będę się rozpisywać, powiem tylko, że wcale nie trzeba jechać do Grecji, czy Egiptu – wszystkie ich starożytne skarby, znajdują się w Muzeum Brytyjskim, które jako jedne z niewielu ciekawych miejsc w Londynie, są wolne od opłaty. Historię

dz.31.JPG

Brytyjczyków najlepiej poznawać w London Tower – to taki ich Wawel. Gdziekolwiek byłem, słyszałem polską mowę. Szczególnie rano widać, ilu Polaków jest w Londynie. Zdecydowna większość czyścicieli miasta czy robotników drogowych, to właśnie Polacy.

A na koniec zostawiłem Hong-Kong. Zastanawiam się dlaczego tam codziennie podają prognozę pogody, skoro zawsze o tej porze roku w nocy jest 28, w dzień 32 stopnie – to wszystko. Czasami tylko bywają tajfuny. Ja miałem szczęście – pogoda super nawet bez zefirku.

dz.32.JPG

Pływałem promami w dzień i o zmroku, podziwiałem widoki i nowoczesną architekturę, oczywiście popijałem (taniutkie) dobre piwo i jadałem w chińskiej restauracji, gdzie tylko pałeczki i chińska łycha służyły jako sztućce. Już po pierwszym moim pobycie tam kelnerki zorientowały się, że niezbyt opanowałem sztukę posługiwania się tymi przyrządami, więc podano mi dodatkowo widelec i normalna łyżkę. Później już byłem ich dobrym znajomym. Ekcytujące miasto które nigdy nie śpi, zrobiło na mnie wielkie wrażenie.

dz.33.JPG

I na koniec spostrzeżenie które nasuwa mi się po minięciu kilku granic i powrocie do Australii. Mam takie wrażenie, że pod względem obostrzeń granicznych, jesteśmy państwem policyjnego drylu. Stajemy w jednym szeregu z USA.

« Dzienniki - lipiec II - 2008 | Strona główna | Wolność sztuki - Felieton »