« Interpretacje - Felieton | Strona główna | Dzienniki - sierpien 2008 »

20 sierpnia 2008

Dzienniki - lipiec II - 2008

Refleksje z podróży – część 1

Wróciłem z wakacyjnych wojaży.

Wrażeń tyle, że nie wiadomo od czego zacząć. Tym razem zaniechałem „spisywania się na żywo” i dopiero teraz po powrocie, spisuję na gorąco to co mi się na myśl rzuca.

Polska – w skrócie można powiedzieć - coraz piękniejsza. Sporo dróg się remontuje i przebudowuje z rozmachem, ale to co jest, w znacznej części zagraża zdrowiu i życiu. Miejmy nadzieję, że za parę lat i to się zmieni. Korzystać jak najwięcej z tego co daje Unia, bo nie ukrywajmy – to co się robi, to dzięki pieniądzom stamtąd.

Miasta i miasteczka coraz ładniejsze. Te wszystkie straszące blokowiska są odnawiane, odmalowywane i teraz całkiem nieźle wpasowują się w krajobraz. To też pieniądze unijne.

Generalnie, osiedla polskie lepiej się teraz prezentują, niż ich odpowiedniki w Londynie czy Hongkongu. Piszę w tym miejscu tylko o wyglądzie zewnętrznym.

A ludzie... jak to Polacy: znajomi sobie są bardzo mili i uprzejmi, niestety nieznajomych ciągle traktuje się tu ze specyficzną sobie oschłością, wręcz wyniosłością. Ciągle charakterystycznym na ulicach jest taksowanie czyjegoś wyglądu i komentarze a nawet śmiechy. Jeżeli tylko nie pasuje do miejscowej sztampy elegancji, to już wzbudza negatywne zainteresowanie. Dotyczy to głównie mniejszych skupisk ludzi. Takie miasta jak Warszawa, Wrocław czy Kraków, chyba już na dobre odeszły od tej dość zaściankowej formy zachowań. Bardzo duże wrażenie wywarł na mnie Wrocław. Z wielkim rozmachem ciągle się modernizuje.

dz.6.JPG
WROCŁAW

Ale zacznijmy od Radomia bo tam zacząłem moją wakacyjną przygodę.

Rodzinne miasto – wiadomo, emocjonalne wrażenia, sentymentalny dreszczyk na widok każdej uliczki, parku czy budynku. I tu miłe zaskoczenie, bo miasto jako takie, zdecydowanie poprawiło swój wygląd. I chociaż Radom nie posiada starego miasta w stylu innych ośrodków, które byłoby centralnym punktem kulturalno-turystycznym, to wygląda miło. Zdecydowanie lepiej niż dwa lata temu. To tu w Klubie Środowisk Twórczych „Łaźnia” miałem przemiłe spotkanie autorskie z wieloma przyjaciółmi i ludźmi całkiem mi nieznanymi. Zaskoczyła mnie frekwencja – w środku lata pełna sala. Poznałem przy tym wielu twórczych ludzi jak np. multi-instrumentalistę Mariusza Kowalskiego, kolekcjonera instrumentów muzycznych z całego świata. Spiritus movens tej imprezy był Jurek Szepetowski, wieloletni prezes Radomskiego Towarzystwa Fotograficznego.

dz.1.JPG
SPOTKANIE AUTORSKIE W RADOMIU


To nie wszystko – następnego dnia odbyło się spotkanie - po wielu latach - naszego szkolnego zespołu muzycznego Długie Trawy. Tak jak 40 lat temu zasiedliśmy razem i przy biesiadzie w uroczym miejscu za miastem (pięknie zorganizowanej przez byłego perkusistę Stasia F.) pobrzękiwaliśmy na gitarach śpiewając przy wtórze ptaków i w blasku ogniska. Oprócz mnie, przyjezdnym z Wiednia był gitarzysta Marek M. Wokalista i gitarzysta w jednej osobie, Olek M. który mieszka w Radomiu, przygotował dla nas wspaniałe upominki – wyroby artystyczne ze szkła witrażowego i metalu - własnego projektu i wykonania. Takich chwil się nie zapomina. Do zobaczenia koledzy na następnym zjeździe.


dz.2.JPG
DŁUGIE TRAWY - 40 LAT POZNIEJ


Drugie spotkanie za miastem chociaż inne charakterem, miałem pod Wrocławiem. Urocze miejsce przy lesie, niczym w leśniczówce, ale z całym współczesnym wyposażeniem: sala bilardowa, basen kąpielowy, siatkówka plażowa i inne atrakcje. Ale dla mnie największe wrażenie robiły piękne, otaczające nas lasy. Tu też miałem okazję poznać cały przekrój współczesnych, młodych i nieco starszych Polaków. Było nas tam sporo ludzi, w różnym wieku. Pięknie spędzony weekend.

Ja od początku zrobiłem się miłośnikiem piwa. I wcale się teraz nie dziwię Januszowi Rewińskiemu, że kiedyś nawet taką partię zorganizował. Przy tym wyborze, smakach i procentach..?! Codziennie spożywałem olbrzymie ilości tego płynu, zawsze dbając o urozmaiconą dietę, tzn. starałem się nie powtarzać tego samego produktu, a jednocześnie pić tylko made in Poland. A każdy region Polski, to oprócz ogólnie uznanych marek, nowe rodzaje i gatunki piw. Czego tam nie ma: pełne, karmelowe, pszeniczne, palone, miodowe, jasne, ciemne, mocne, ekstra mocne, i tak dalej... chyba ze sto gatunków, a może więcej... Tę miłość do złocistego płynu przeniosłem też do Pragi i na Słowacje, a później na Londyn i Hongkong. Efekt jest taki, że w pięć tygodni przybyłem 8 kilogramów.

Oczywiście, próbowałem też inne polskie wyroby przemysłu spirytusowego. I tu jestem przekonany, że Polska jest potęgą w tej dziedzinie. I nawet nie chodzi mi o wybór trunków, ale ich przygotowanie dla klienta. Te butelki – od najmniejszych do olbrzymów - to dzieła sztuki. Artystyczne nalepki i inne gadżety z tym związane. Pijąc to, człowiek jest przekonany, że uczestniczy w czymś wzniosłym na ogół historycznym wydarzeniu, bo na tym głównie oparty jest image alkoholi. A po opróżnieniu butelki jest już całkowicie tego pewien.

Widywałem też tych z mniej wybrednym samkiem, amatorów tanich win – jak ta sławna ławeczka z Rancza. Takich ławeczek już się coraz mniej spotyka, bo picie przed sklepami jest zabronione. I jaki efekt. Teraz omijąc przepisy pije się w... sklepie. Polak potrafi! Normalnie, te najtańsze trunki są gdzieś pochowane na niskich półkach, kiedyś nawet poprosiłem ekspedientkę, aby mi pokazała te sławne „mamroty”. Owszem są, widziałem na własne oczy. Mimo wszystko i na tym polu sytuacja się poprawiła – coraz mniej pijanych na ulicach.

dz.7.JPG
CZASEM SIE SPOTYKA SPIACYCH

Spędziłem bardzo miłe chwile w eleganckim pałacu w Świeradowie Zdroju i okolicach. Tam człowiek czuje się jak w Niemczech. Na ulicach słychać głównie język niemiecki, napisy dwujęzyczne. We wspomnianym pensjonacie 90% turystów to sąsiedzi z zachodniej granicy. Przeważnie emeryci.

W sumie przejechałem dziewięć województw, zwiedziłem czy przebywałem w około 30 miastach i miasteczkach Polski, ale miałem też ciekawy wypad do Pragi. Pierwszy raz byłem w sławnej czeskiej stolicy. I na mnie zrobiła bardzo miłe wrażenie. Zobaczyłem zaledwie fragment tego pięknego miasta – główne atrakcje miasta z Hradczanami i mostem Karola na czele. Sprawdza się też opinia, że najlepiej z Czechami dogadać się po angielsku – na polski język słabo reagują.

Co zastanawiające, to ciągłe anomalie pogodowe w tej części świata. Ja, przyznaję miałem szczęście i omijałem szczęśliwie wszelkie nawalnice wodno-wietrzne, ale efekty tego widywałem. Wisła przez pewien czas podniosła się o półtora metra w Kazimierzu czy Sandomierzu, zalewając okoliczne nadbrzeża. Sam widziałem boisko piłkarskie zalane do połowy wysokości bramek.

dz.3.JPG
KAZIMIERZ DOLNY

Obejrzałem już historyczny amfiteatr w Opolu (niestety tylko w telewizji dobrze wyglądający), spedziłem miłe chwile w Kłobucku i Częstochowie. Lublin zrobił na mnie dość przykre wrażenie, bo oprócz Zamku, deptaku i paru uliczek Starego Miasta, czas tam się zatrzymał w epoce PRL-u. Odwiedzałem rynki, klasztory i inne ciekawe miejsca w miasteczkach po drodze.

dz.5.JPG
OPOLE


Następną atrakcją mojego pobytu były odwiedziny sentymentalnych miejsc z przeszłości: Przeworska i Soliny. Ale o tym w następnej części.

« Interpretacje - Felieton | Strona główna | Dzienniki - sierpien 2008 »