« Absurdy - Felieton | Strona główna | Felieton - STRACH... »

2 maja 2008

Dzienniki - kwiecień II - 2008

15 kwietnia 2008 (wtorek)

Objechałem i obchodziłem wzgórza rozkoszując się jesiennym pejzażem.

Chodzę w nowych butach sportowych Reeboka z poduszkami powietrzymi (czasem aż za bardzo mnie unoszą:). Poprzednie buty Puma zdarłem doszczętnie schodząc niedawno z gór z dziurą w podeszwie.

Znalazłem interesującą informację. Która dla polskiego czytelnika może być nawet nieco szokująca.

Mamy trzy miejsca które można nazwać ogrodami zoologicznymi. A może i cztery. Są jeszcze mniejsze parki gdzie trzymane są zwierzęta, ale nie o tym chce powiedzieć.

Otóż jedno ZOO jest w formie safari, tzn. ludzie są obwożeni po terenie, a zwierzęta żyją w względnej wolności. I ten ogród jako jedną z atrakcji udostępnia chętnym możliwość bycia jednodniowym pracownikiem wśród zwierząt. Obejmuje to karmienie, sprzątanie, oczywiście zbieranie odchodów (czy widzieliście kiedyś kupsko hippopotama) :). Cała ta przyjemność za jedyne 350 dolarów australijskich. Nie, nie pensji... opłaty za możliwość pracy w charakterze asystenta pracownika zoo. Mniej wiecej 710 złotych za 9 i pół godziny w uniformie pracownika ogrodu zoologicznego. Wygląda, że są chętni bo ta oferta widnieje jako jedna z atrakcji...

IMGP4401.JPG


17 kwietnia 2008 (czwartek)

Pogoda super przyjemna. Codziennie nie mniej niż 25 stopni, bezchmurnie, bezwietrznie, kolorowo, bo jesień rozgościła się na dobre. A tu trzeba iść do pracy...

Za dwa dni znów weekend. A wieczorami czytam książkę Jana T. Grossa „STRACH. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie” z podtytułem: Historia moralnej zapaści – wydaną przez krakowski Znak.

Podobnie jak autor z niedowierzaniem zastanawiam się, jak mogło dojść do tego co się zdarzyło... Szczególnie kłują serce pogromy. Czytam, pieczołowicie skompletowane opisy krzywd wyrządzonych Żydom polskim przez ich sąsiadów, znajomych i nieznajomych, współobywateli. Z niedowierzaniem, bo przecież sam 30 lat w tym kraju przeżyłem i nie byłem świadkiem ŻADNEGO incydentu antysemickiego. Nawet jak ktoś wrzucił hasło w rodzaju: to chyba Żyd? Spotykało go wzruszenie ramion ze słowami: no to co...

We wstępnych założeniach miałem poprzestać na krótkiej notce zamieszczonej tu w dziennikach, problem jest jednak głęboki i moje wrażenie i przemyślenia rozrosły się do obszerniejszego omówienia, dlatego postanowiłem to zamieścić w formie osobnego felietonu.


IMGP4365.JPG


19 kwietnia 2008 (sobota)

Mamy tu parę muzeów. To największe, od czasu do czasu (raz na rok) odwiedzam. Lubię tam chodzić, bo to trochę jak wypad turystyczny na wyspy Polinezji i okolice Australii z Papuą-Nową Gwineą włącznie. Mamy nawet ciekawą ekspozycję starożytnego Egiptu z dobrze zachowanymi mumiami. Wspaniałe kolekcje kruszców znalezionych w różnych miejscach świata, a i parę meteorytów niesamowitej krasy. Nowoczesnie przedstawione eksponaty kultury aborygeńskiej i wiele innych.

Jest co oglądać przez parę godzin, no i co ciekawe, podobnie jak stanowa galeria obrazów, czy ogrody botaniczne - to wszystko jest tu za darmo.

21 kwietnia 2008 (poniedziałek)

Pogoda jak zwykle wspaniała. Ale ciągle sucho...

Weekend popracowałem twórczo. Skończyłem felieton o książce Grossa, napisałem spory fragment opowiadania pt. Wielki Piątek. Poczytałem przy fontannie – to co lubię.

Rozbawiła mnie poranna scenka. Maszerując dziś o poranku zobaczyłem, że na jednej z uliczek stado kaczek urządziło sobie śniadanie na asfalcie i mimo nadjeżdżającego samochodu, wcale nie przerywało przechadzki i jedzenia opadłych owoców drzew śliwy orientalnej. W tej sytuacji, jedna z nich wydawała się być przewodnikiem stada, bo jak nauczycielka z grupą uczniów, tak ta stała na środku, obserwując maszerujące stado, wcale nie uciekała przed nadjeżdżającym autem. Wręcz, ochraniała stado sobą. Samochodem tym jechała do pracy znajoma Australijka, bezradnie próbująca się przedostać przez zatarasowaną drogę. I dopiero moje nadejście, klaśnięcie i gwizd, wzniosły całe stado dwudziestu paru sztuk w powietrze, ponad domami w stronę stawu nie opodal. Uśmiałem się z sytuacji - widząc jej niezdecydowanie co robić, pewnie by jeszcze długo stała.

Na mojej dzielnicy jest parę takich oczek wodnych, a więc i kaczek nie brakuje. Robią sobie często wycieczki, ale auta zawsze im ustępują drogi.

IMGP4388.JPG

23 kwietnia 2008 (środa)

Wziąłem się za wspominany wcześniej zbiorek poezji Karola Graczyka pt. Oko i oko. Ciekawe, po przeczytaniu pierwszych wierszy nie bardzo chwytałem sens, nie mogłem się do tego dobrać, więc zacząłem czytać od tyłu - od ostatniego wiersza. Idąc do przodu, wydał mi się ten zbiorek zdecydowanie bardziej interesującym.

Z myśli zawartych na stronach poezji Graczyka przebija mi dekadentyzm, taki współczesny – czasem nawet z ogoloną głową i glanach wojskowych. I ten programowy brak optymizmu. To dziwne – myśli pisane przez młodego człowieka, a z większości wierszy przebija pesymizm Nietzschego. Z drugiej strony, jest tam wyraz buntu przeciw istniejącym układom cywilizacji. Zresztą to całkiem normalne – praktycznie, każda generacja młodych wyraża w ten sposób swoje widzenie świata: my widzimy szerzej, my wiemy lepiej... Często mówią też: my zmienimy ten świat – u Graczyka, tego ostatniego hasła nie ma. On sobie zdaje sprawę, że to zbyt banalne. Pisze o tym w wierszu „Suicydologia”.
„Pozostaje przystosować się do świata
(bo świat się nie dostosuje) albo go pierdolić...”

Czytając te wiersze, czuję tu też współczesnego Przybyszewskiego. Podobne poszukiwanie paranormalności – dokąd mnie zabierze dziś mój mózg...
Do mnie, przemawiają szczególnie wiersze opisowe, jak: Nikt, Czasupływanie, Budzenie do snu.

Wiersz „Wyjście” jest swoistym credo życiowym autora, a może wykładnią rozumienia przez niego świata. Zaczyna:

„Wejdź. Rozejrzyj się. Weź w siebie
cokolwiek uniesiesz i wyjdź w dźwięk
pozbawiony melodii lub wejdź zupełnie:...”

Podaje alternatywne sposoby życia: popróbowanie, liźnięcie i tak można przeżyć bez „melodii”, a jest rownież inna możliwość:
wchłonąć pełnię życia z całą głębią i ze wszystkimi związanymi z tym emocjami i niebezpieczeństwami. Co i tak nie gwarantuje żadnej satysfakcji, jak w zakończeniu:

„....i tak nie wyjdziemy stąd żywi. Na koniec
powiesz mi, że i tak nie masz pojęcia
co tu robisz i o co chodzi, więc wyjdziesz
jak wszedłeś. Nie jestem tym kim ja.”

Jedno jest pewne – poezja Graczyka jest oryginalna choć jeszcze nie uniwersalna – to chyba przychodzi z wiekiem. Ma wyostrzone widzenie i wyobraźnię o świecie, a to jest bardzo ważne. Bo jak napisał Mark Twain: You cannot depend on your eyes when your imagination is out of focus.”

Co można tłumaczyć: Nie możesz polegać na wzroku, jeżeli masz zamgloną wyobraźnię.


IMGP4627.JPG


25 kwietnia 2008 (piątek)

Anzac Day – dzień świąteczny – coś w rodzaju święta żołnierzy.

Już co najmniej z dwa razy pisałem na ten temat, to nie będę się powtarzać. W każdym razie długi weekend się zaczął, a ja w lasach. Od samego rana około 40 kilometrów od Adelajdy chodzę po wzgórzach i lasach. Sosny pięknie pachną. Grzybów... nawet śladu nie ma, susza trwa – choć od dzisiaj ma padać.

Spotykam trochę turystów podobnych mnie. Zaliczyłem najwyższe wzgórze w okolicy Mt. Crawford i pochodziłem po lasach sosnowych. Ciekawe, idąc na to wzniesienie, zauważyłem ślady kopyt końskich – całkiem świeże. Ktoś tu wjeżdżał na koniu pod tą górę. Nie łatwo było, bo są fragmenty dość strome, no i gdzieniegdzie bardzo wąsko.

Odwiedziłem mały cmentarz w lesie. Spostrzegam tylko dwa czy trzy grobowce ze znakami krzyża, to wszystko... reszta, typowo świeckie nagrobki. I kiedy po paru godzinach wracałem samochodem do miasta, zaczęło kropić. A później już się rozpadało. Cudownie!

27 kwietnia 2008 (niedziela)

Po wczorajszych deszczach i pochmurnym niebie dziś inaczej – słonecznie, ale co godzina przychodzi ulewa i znów słońce...

A ja dziś mam w Centralnym Domu Polskim prezentację filmową. Piszę w Centralnym – bo w sumie, mamy tu trzy, czy cztery kluby polskie, ale ten największy.

Była pełna sala ludzi. Dzięki pomocy p.Jacka Ścieżki, mogłem przedstawić film na dużym ekranie. Z komentarzy po projekcji, słyszałem że się podobało. Byli nawet tacy, którzy chcieli kupić kopie mojego reportażu. Ludzie złaknieni Polski – to właśnie dla takich była ta projekcja.

IMGP4633.JPG

29 kwietnia 2008 (wtorek)

Mojego kolegi z pracy syn, studiuje medycynę. Wiążą się z tym niesamowite koszta. Nie dość, że czesne jest w tysiącach dolarów za semestr, to każdy podręcznik to wydatek stu, dwustu dolarów. I student za to wszystko musi płacić. Ale po latach - jak wytrwa – zacznie i on kasować i praktycznie po trzech latach praktyki jako lekarz powinien wychodzić z zyskiem. Czyli średnio licząc, aby zacząć z tego korzystać finansowo, potrzeba prawie 10 lat poświęcenia. Nie jest łatwo zostać lekarzem w Australii – to praktycznie najtrudniejszy kierunek. Po pierwsze, trzeba być doskonałym uczniem – matura na 98, czasem 99 punktów na 100 - to jeszcze przechodzi się przez komisję kwalifikacyjną, która może odrzucić kandydata, jako osobowość nie rokującą dobrego kontaktu z pacjentem.

« Absurdy - Felieton | Strona główna | Felieton - STRACH... »