« Miłe złego początki - Felieton | Strona główna | Idziemy do przodu - Felieton »

15 marca 2008

Dzienniki - Marzec I - 2008

1 marca 2008 (sobota)

Przedpołudnie spędzam w mieście. Mamy atmosferę festiwali – aktualnie jest ich trzy, a za parę dni dojdzie następny.

Wszędzie występy, festyny, pokazy. A do tego pogoda idealna. Codziennie w mieście można zobaczyć około setki spektakli teatralnych, kabaretowych czy muzycznych. I tak przez dwa tygodnie.

Najlepiej mieć dużo czasu i pieniędzy. A pogoda rozleniwia. Oczywiście, ja na kontakt z naturą czasu nie żałuję i z przyjemnością rozpływam się wśród uroków ogrodu botanicznego.

IMGP4263.JPG

3 marca 2008 (poniedziałek)

Wczoraj rozpoczął się Adelajdzki Tydzień Pisarzy. Jest to coroczna impreza w której bierze udział sześćdziesięciu pisarzy i tłumaczy z różnych stron świata. Najwięcej oczywiście z Australii, no i angielskojęzycznych literatów którzy mają spotkania z czytelnikami. Takich tłumów się nie spodziewałem. Liczyłem że przyjdzie kilkanaście, czy kilkadziesiąt słuchaczy, a w niedzielne południe było ich więcej niż półtora tysiąca. Impreza odbyła się w parku pod olbrzymimi markizami-namiotami. Trzeci namiot który slużył za księgarnię, gdzie można było nabyć książki uczestniczących w tych spotkaniach pisarzy, był zapchany. Kupujących olbrzymia ilość. A mówi się że ludzie nie czytają książek... nieprawda! Tu jest ciągle spory procent społeczeństwa – ludzi, którzy nie poddali się cywilizacji obrazkowej.

Posłuchałem najpierw australijskiego autora Williama McInnesa. Jestem pewien, że nawet jako komediant z głodu by nie zginął. Co rusz swoim wystąpieniem wzbudzał salwy śmiechu. Zresztą warsztat aktorski miał już niezły, bo grywał nawet w lokalnych produkcjach tzw. soap opera. Znalazłem w slowniku, po polsku nazywa się to teraz – telenowela.

IMGP4267.JPG

Drugą pisarką tego popołudnia była Australijka z urodzenia, ale pisząca też w Wielkiej Brytanii - Germaine Greer. Wydała niedawno poczytną książkę „Shakespeare’s Wife” (Żona Szekspira). I właśnie o tym opowiadała. O swoich badaniach tamtego okresu, stosunkach w Anglii tamtych czasach i ich wpływie na współczesność. Ludzie, mimo gorąca tłumnie zgromadzili sie wokół i dzięki dobremu nagłośnieniu słuchali w promieniu 100 metrów wykorzystując każde zacienione miejsce. A prawdziwe, australijskie lato - po paru chłodniejszych dniach - znów rozgościło się na dobre.

IMGP4266.JPG


5 marca 2008 (środa)

Upalnie już od rana, ale nie odmawiam sobie porannego marszu. A jak na razie nie zanosi się na zmianę pogody. O opadach już całkiem zapomnieliśmy. Żal mi tylu drzew i krzewów które konają, pokonane przez suszę. Lokalna flora daje sobie z tym doskonale radę, ale inne, szczególnie europejskie rośliny nie wytrzymują.

W takie dni siedzi się w klimatyzowanych pomieszczeniach bo na dworze za gorąco. A więc po pracy, siedzę i oglądam... „Ranczo” w internecie, delektując się zimnymi owocami mango.

7 marca 2008 (piątek)

Założyłem listę moich utworów – bo się zacząłem w tym gubić – i co się okazało... Napisałem praktycznie tyle samo felietonów, co i wierszy – czyli sto kilkanaście. Nazbierało się tego przez tych dziesięć lat. A chyba nigdzie nie publikowałem jednego z pierwszych moich wierszy pt. Ulica Złota, a więc robię to teraz...

Ulica Złota

Ulica Złota w Radomiu
płynęła zwykle błotem
nie złotem,
czarno-brunatną breją,
ponure drewniane domy
i płoty,
i tylko pachnące
ogródki kwiatowe,
i jabłoń
co w górę wystrzeli,
rozjaśnia
krajobraz nadziei,
tego co w nazwie błyszczy.

Perfumeryjne lewkonie
i lilia co oddech zapiera,
warzywniaki soczyste
pokryte pyłem giserni,
i owoc smakiem zachęca,
choć pełno w nim
czystej chemii.

W letnim
słonecznym skwarze,
zaduch odlewni
się smarzy,
i wokół tulipany
uliczne talizmany.

IMGP4202.JPG


10 marca 2008 (poniedziałek)

Długi weekend, bardzo gorący weekend. Jak do tej pory najgorętszy marzec w historii odkąd robią pomiary temperatur.
Ja jeżdzę po południowych plażach. Dosłownie, bo na pozamiejskich plażach na południe od miasta można wjeżdżać autem. Piasek jest na tyle twardy, że nie zakopiesz się, tylko trzeba robić to jak jest odpływ, bo inaczej można popłynąć . W ten sposób odwiedzam kilka plaż. Jest pełno samochodów, ludzie chłodzą się w wodzie.

A ja wliczając dzisiejsze wyprawy, w to lato odwiedziłem wszystkie miejskie i podmiejskie plaże - w sumie ponad 60 kilometrów. Od Portu aż po Sellick’s Beach. W pobliżu też znajduje się pierwsza oficjalna w Australii (od 1974 roku) plaża dla nudystów - Maslin Beach.

Wczoraj natomiast byłem na prelekcji... matematycznej w Domu Polskim. Była to inna, nie akademicka prelekcja - spojrzenie na tę naukę z filozoficznego punktu widzenia. Później pojechałem na party, gdzie pełno smakołyków do zjedzenia i wypicia. Kiedy wracałem autem późnym wieczorem, ciągle było powyżej 30 stopni.

IMGP4284.JPG

12 marca 2008 (środa)

Wczoraj otrzymałem najnowszy numer Kuriera Zachodniego – pisma kulturalno-społecznego wydawanego przez Polsko-Australijskie Towarzystwo Kulturalne w Zachodniej Australii.

Jak zwykle, pismo bogate w informacje o kulturze i sztuce. Wiele artykułów na temat życia kulturalnego, wywiadów – m.in. z wybitną skrzypaczką Wandą Wiłkomirską która zadomowiła się na Antypodach.

Sporo recenzji nowych książek – jest też i moja „W kolejce do raju” w obszernej recenzji pt. Powieściowy debiut Krzysztofa Deji. Znajdziemy tam poezję i omówienia wydarzeń artystycznych. Z przyjemnością bierze się do ręki starannie i bogato wydane pismo. Szkoda, że to tylko dwumiesięcznik i do tego nie zawsze wychodzi regularnie. To jest bolączka naszych czasów.

Dziś pogrzeb Gustawa Holoubka w Polsce. Największe wrażenie robił na mnie w przedstawieniach teatralnych pokazywanych w telewizji. Te zbliżenia wyrazu twarzy, głos i sposób przekazu, osobowość, to było coś niepowtarzalnego. Zawsze powracam do filmów: „Rękopis znaleziony w Saragossie" oraz "Sanatorium pod Klepsydrą” które również dzięki Niemu nabrały charakteru Dzieł Sztuki.


IMGP4207.JPG


14 marca 2008 (piątek)

Upał...... ciągle bez zmian. To nawet mnie już męczy. Codziennie około 40 stopni i susza, a i noce gorące. Idę o wschodzie słońca w porannym marszu i już jest 30 stopni.

Znowu lunch w restauracji z ludźmi z biura. Po takiej sjeście już się pracować nie chce, ale godziny zrobić trzeba. Miły wstęp do weekendu.

Nasunęła mi sie jedna refleksja w związku z 40 rocznicą Marca. Zapamiętałem ten czas dokładnie, bo właśnie wtedy brałem udział w mojej pierwszej demonstracji przeciwko władzy – choć tak do końca, to nie bardzo rozumiałem o co w tym wszystkim chodzi. Co najważniejsze – wtedy po raz pierwszy i jedyny w życiu, dostałem pałą po grzbiecie od tajniaków. Całe szczęście, że jeszcze wtedy nosiło się jesionki to tak bardzo nie bolało.

« Miłe złego początki - Felieton | Strona główna | Idziemy do przodu - Felieton »