« Dzienniki - luty II - 2008 | Strona główna | Dzienniki - Marzec I - 2008 »

8 marca 2008

Miłe złego początki - Felieton

Tak mówi polskie przysłowie i pewnie nie tylko polskie, bo to prawda ogólnoludzka.

Często dajemy się ponieść euforii, fascynacji, czymś czego efekty po czasie mogą być opłakane w skutkach, nie tylko dla nas samych.

Polskie drogi były często pokręcone. Po drugiej wojnie światowej było nie inaczej. Pustkę polityczną natychmiast zaczęli wypełniać „gieroje” tłumacząc narodowi jak to teraz będzie postępowo i demokratycznie. A wszystko na początku wyglądało „normalnie”, w każdym razie, nie na modłę sowiecką. Oczywiście mówię tu o dniu codziennym zwykłego obywatela. Ludziom obiecano pracę, mieszkania i odbudowę wolnego kraju. A i władza przybrała ludzką twarz.

Nastąpiło nawet „porozumienie z Kościołem” które szło tak daleko, że Bierut (stary agent NKWD!) zasiadał w pierwszych fotelach uroczystych nabożeństw państwowych; składał przy¬sięgę: „Tak mi dopomóż Bóg...”. Niektórzy ministrowie i mi¬licja brali udział w procesji Bożego Ciała i i nnych uroczystościach kościelnych.

Sielanka nie trwała długo. Powoli acz systematycznie wdrażano komunistyczny eksperyment socjalno-polityczny. Nie odstawała od tego też kultura i jej ludzie. Na pierwszy front wysunął się literat i poseł Gustaw Morcinek – w podstawówce go czytaliśmy (Łysek z pokładu Idy) - który z trybuny tegoż sejmu zgłosił wniosek o przemianowanie Katowic na „Stalinogród”.

Euforii dali sie ponieść nawet tak dobrzy poeci jak Szymborska czy Gałczyński. A i bardzo dobry skądinąd pisarz Jarosław Iwaszkiewicz, wspierał ten system jak wypadało, aby być u szczytu żłobu. I to przez tyle lat. Niektórzy szybciej przejrzeli, inni do końca pozostali „zauroczeni”.

Podobnie, a właściwie dużo gorzej było u zachodnich sąsiadów Polski, w Niemczech. Przecież nikomu w 1932 roku kiedy Hitler dochodził do władzy nie przychodziło do głowy, że człowiek ten i jego partia ściągną takie nieszczęścia na bez mała cały świat. Co więcej, mimo kontrowersyjnych kroków byli przyjmowani z optymizmem bo społeczeństwo widziało w nazizmie nadzieję na poprawę losu. Później efekty ich działania przenicowały patriotyzm i dumę narodową Niemców i wiemy dokładnie do czego to w efekcie doprowadziło.

Lenin, Mussolini czy Castro też na początku byli inaczej postrzegani. To byli dobrodzieje swoich narodów... efekt pierwszych chwil euforii.

A teraz, zaczyna panować moda na amnezję. Właśnie wyrzucają z brytyjskich podręczników informacje o Holocauście. Ledwie 63 lata minęły a już chcemy o tym zapomnieć w imię dziwnie pojętych prawideł demokracji.

My tu na Antypodach, za życie paru wielorybów jesteśmy gotowi pójść na wojnę z Japonią, a na Czarnym lądzie ludzie wyżynają drugich jak barany w imię swoich definicji demokracji i niezależności, którymi tak szybko ich obdarowano i na to żadnej rady nie ma. Tu też początki były obiecujące – jak to miło brzmiało w latach sześćdziesiątych: wolne i demokratyczne narody Afryki. Ileż to milionów ludzi zginęło z tego nadmiaru wolności...

Trudno generalizować i wyszukiwać jednoznacznie analogie i podobieństwa współczesnej sytuacji i prorokować czarny koniec. Ale jest parę takich optymistycznych z pozoru zaczątków działań wokoł nas. Choćby ludzkie eksperymenty z formami życia na Ziemi, które mają nas prowadzić do absolutnego zdrowia, a w efekcie do nieśmiertelności. Czy pęd do hurra-globalizacji jako panaceum na ubóstwo i wprowadzenie sztucznego dobrobytu dla świata.

Oby te działania nie skończyły się katastrofą dla ogółu. Bo może się zdarzyć tak, że nie będzie komu wypowiedzieć całej maksymy która brzmi: miłe złego początki, ale koniec żałosny.

Wasz Chris

IMGP3019.JPG

IMGP3020.JPG

IMGP3021.JPG

« Dzienniki - luty II - 2008 | Strona główna | Dzienniki - Marzec I - 2008 »