« Napiwek - Felieton | Strona główna | Trzy razy NIE! - Felieton »

15 lutego 2008

Dzienniki - luty I - 2008

1 lutego 2008 (piątek)

Dzień podobny do dnia.

Na ogół bezchmurnie, sucho i około 30 stopni. Wręcz monotonia – a ludzie jeszcze ciągle o pogodzie rozprawiają. Podobnie, jak z krykietem. Gra nudna i długa, a tu w każdych wiadomościach: cricket to, cricket tamto. Obwożą graczy po wszystkich dużych miastach i codziennie wielogodzinne zawody i do tego transmitowane przez telewizję. Co ciekawe – ludzie to oglądają. A więc, wszystko znajdzie swojego amatora – trzeba tylko odpowiednio reklamować.

Graczom się wcale nie dziwię – wysiłek niewielki, a dobrze płatne wakacje zapewnione. Parę dni tu, parę dni tam. Później wyjazd za granicę – i to samo. To nie jak w innych dyscyplinach, gdzie jedzie się na mecz i zaraz wraca. Tacy reprezentaci Indii siedzą tu już z miesiąc i grają. Aby nie było tak nudno, to od czasu do czasu wyzywaja się od wielkich małp – na przykład, co jest od razu w czołówkach wszystkich mediów. PARANOJA!

IMGP4153juz.JPG


4 lutego 2008 (poniedziałek)

Cały weekend spędziłem w plenerze: na plaży, trochę w botaniku, trochę nad rzeką. A opadów jak nie było tak nie ma... codziennie ciepło, nawet gorąco. Od dawna wiedziałem, że mieszkam w nasuchszym rejonie ziemi (najmniej opadów), ale kiedyś to nie było zauważalne, bo jednak mniej czy więcej ale padało. A ostatnimi laty uparło się i nic... to co spadło na nas w całym roku, to w Polsce często w jedna noc więcej napada.

Tym bardziej podziwiam miejscową florę, że w tak ekstremalnie ciężkich warunkach daje sobie radę i... żyje. Spotykam interesujące drzewa i nie mogę oczu oderwać.

IMGP3680.JPG

6 lutego 2008 (środa)

Czytam książkę emigacyjnego autora Kazimierza Wierzyńskiego pt.”Cygańskim wozem”. Był on tak poetą jak i prozaikiem. W książeczce tej opisuje europejskie podróże w wczesnych latach sześćdziesiatych i zwiazane z nimi refleksje. Jakże interesujące spojrzenie polskiego intelektualisty z tamtych czasów. A i barwne opisy prowadzą nas po miejscach które dla nas żyjących za żelazną kurtyną były prawie niewyobrażalne. Na samym początku ujął mnie maksymą, którą i ja uważam za swe kredo: „Tylko świat przechodzony nogami jest coś wart, jak przechodzone myśli...”.

Wierzyński był świetnym znawcą sztuki i pięknie opisywał tak dzieła jak i samych twórców, nie tylko mistrzów palety ale i literatów, muzyków związanych z Paryżem. Są tam też akcenty polskie i ich koneksje z francuską bohemą. A pod koniec książeczki koncentruje się tylko na polskich twórcach emigracyjnych, nie wyłączając siebie. Wszystko to w formie luźnych krótkich opowiadań.

Dostałem egzemplarz nowego miesięcznika literacko-artystycznego RzeczPospolita kulturalna wydawanego na Wyspach Brytyjskich i w Polsce. Jestem tam wraz z moimi Dziennikami z roku 2003.

IMGP4164.JPG

8 lutego 2008 (piątek)

Zdałem sobie sprawę, że właśnie mija dziesięć lat od czasu mojego debiutu gazetowego. Tu na Antypodach w tygodniku „Express” kilkoma wierszami i krótkim opowiadaniem pt. „Wolność wyboru” - a w Polsce, w „Dzienniku Polskim” wychodzącym w Krakowie, wierszem „Wielopole”.

Czas płynie niczym wartka rzeka, ale z drugiej strony – ile się przez ten czas wydarzyło... Ile wzlotów i upadków, ile uniesień i niespełnionych nadziei, ile twórczej weny i pustki spowodowanej prozą codzienności. Po prostu... życie.

A przy okazji, ostatni mój wiersz satyryczny „Pan Tadek” wywołał głosy uznania. Jeszcze nie miałem tego numeru tygodnika”Express”, a już otrzymałem gratulacje z różnych miejsc w związku z tym utworem. A i później kiedy ukazywał się w innych periodykach ludzie pisali mi o tym. Doszły mnie słuchy ostatnio, że w kopiach krąży wśród miejscowej Polonii. Dla autora to najlepsza forma uznania.


11 lutego 2008 (poniedziałek)

W sobotę party u kolegi do późna w nocy, a w niedzielę wyprawa w górki. Nałaziłem się sporo po naszych wzgórzach i mimo, że nie wysokie - około 500 metrów nad poziomem morza, to trzeba się trochę wysilić aby przejść się po wierzchołkach z panoramą widokową na dwie strony.

Z Częstochowy dostałem właśnie zaproszenie na Kongres polonijny, nawet zostałem poproszony o wygłoszenie prelekcji na tym forum. Miło że o mnie pamiętają, niestety proponowany termin koliduje z moim harmonogramem pracy i nie będę mógł wziąć udziału.

IMGP4183.JPG


13 lutego 2008 (środa)

Pozazdrościłem memu felietonowemu przyjacielowi Zenkowi tych wszelkich medytacji i sam się wziąłem za wieczorną gimnastykę relaksującą powiązaną z elementami yoga, a także masażu chińskiego. Najlepiej nadaje się do tego wspaniała muzyka Lucjana Wesołowskiego.

Muzyk, multiinstrumentalista mieszka głównie we Włoszech, grał kiedyś m.in. z muzykami Osjan. Ma wspaniałe numery orientalno-relaksujące. Podarował mi jakiś czas temu chyba z dziesięć płyt CD ze swoją muzyką i zespołu który prowadził, i ja bardzo często do niej wracam. Kiedy słyszę te szalone „przestrzenne” solówki fletu Lucjana, czy jego mistrzowską grę na sitarze, to wraz z kołysanymi wiatrem liśćmi palmy odpływam w zupełnie inny świat.
IMGP4175.JPG


« Napiwek - Felieton | Strona główna | Trzy razy NIE! - Felieton »