« Dzienniki - styczeń II - 2008 | Strona główna | Dzienniki - luty I - 2008 »

8 lutego 2008

Napiwek - Felieton

Zenek wrócił z interstate wakacji – jak to on nazywa.

- Nie ma jak w Aussieland – powiedział z entuzjazmem. - Wszędzie obsłużą cię z uśmiechem, pogadają z tobą i na bakszysze się nie oglądają.
- Co to są bakszysze? – zapytałem zdziwiony.
- Nie wiesz… bakszysz po arabsku to jest taki tipping, czyli… jak to jest po polsku?
- Napiwek – wskoczyłem w słowo.
- Właśnie – ucieszył się Zen, że mu podrzuciłem polskie tłumaczenie – coś mi chodziło po głowie: popiwek, podpiwek.
- Tak, słowo niezbyt szczęśliwie określające formę gratyfikacji za usługę. Szczególnie dla kobiet czy małoletnich.
- Exactly – zachłysnął się Zen – za usługę… co innego przysługę, to mógłbym wspaniałomyślnie wynagradzać, bo przysługa nie jest obciążona zapłatą. Ale to już jest zwane… łapówką. A usługa jest płacona według taryfy i to należy do obowiązków wykonującego tę pracę. I bądź tu mądry. A więc z zasady nie daję. Owszem, czasem w restauracji zaokrąglam rachunek ale nigdzie indziej, w ogóle o tym nawet nie myślę.
- To raczej chodzi o jakość usługi – zauważyłem.
- Jaka jakość jak trzeba dać każdemu – zdenerwował się Zen. - Za granicą nie do pomyślenia ruszać się bez drobnych.
- Tak – tu ja błysnąłem – parę lat temu w Ameryce, moim pierwszym problemem było zapełnić kieszeń monetami. Oczywiście dimes czy quarters robią fatalne wrażenie na obdarowywanych i tylko monety półdolarowe, a najlepiej dolarówki wywołają dobroduszne spojrzenie u obsługującego. O uśmiechach można mówić tylko w przypadku papierkowych gratyfikacji czyli gratuity po amerykańsku.

Ameryka jest szczególnie rozwinięta w “tipping industry”. Tam są już stałe stawki napiwków dla tragarzy hotelowych, kelnerów i taksówkarzy. A i fryzierki, barmani czy przewodnicy turystyczni z tego żyją.

IMGP4169.JPG

Ale nie tylko Ameryka, pamiętam jak skrzętnie przeliczyła moje walizki – nawet torbę podreczną - paryska taksówkarka (w szpilkach) wyceniając każdą którą dotknęła na dodatkowe euro, co razem z opłatą z lotniska do centrum miasta było sumą horrendalną.

Dodatkową “zmyłkę” w końcowych rachunku robią w wielu krajach VAT-y, GST, BTW i inne podatki usługowe.
U nas widzisz cenę na wystawie – odliczasz pieniądze i płacisz. W Ameryce o tym zapomnij – podatki usługowe są ukryte. I dotyczy to nawet ciastek w cukiernii. A kelnerki w restauracjach oczekują nawet na dwudziestoprocentowy napiwek.

Są jeszcze miejsca gdzie się obchodzą bez napiwków, jak na przykład Japonia – tam jest nie do pomyślenia aby komuś wręczać pieniądze, czy dawać więcej niż jest na rachunku, a także na wyspach południowego Pacyfiku, gdzie się nawet mogą za to obrazić. No i Kiwis, czyli w Nowej Zelandii bez tego żyją.

U nas ciągle ludzie potrafią się bezinteresownie uśmiechać. I to jest chyba najważniejsze w dzisiejszych czasach – podsumowałem.

Wasz Chris

IMGP4162juz.JPG

« Dzienniki - styczeń II - 2008 | Strona główna | Dzienniki - luty I - 2008 »