« Z szuflady (VII) | Strona główna | Napiwek - Felieton »

1 lutego 2008

Dzienniki - styczeń II - 2008

15 stycznia 2008 (wtorek)

Środek lata.
Rozpoczął się tenisowy Australian Open w Melbourne.

Jeden z mniejszych turniejów właśnie zakończył się w Adelajdzie. Za parę dni wyścig kolarski profesjonalistów wystartuje przy najładniejszej adelajdzkiej plaży i przez tydzień będą objeżdżać okolice.

Za cztery tygodnie wyścig ośmiocylindrowców na ulicach naszego miasta, który przyciąga nie mniej widzów, niż parę lat temu Formuła I. A zakończenie wyścigów okrasi koncertem Carlos Santana.

Festiwale artystyczne, muzyczno-teatralne, turnieje sportowe też mamy w lutym i marcu. Jest co ogladąć i gdzie bywać. Większość atrakcji jednak kosztuje i często dość słono.

17 stycznia 2008 (czwartek)

Polki zaczęły bardzo udanie kampanię tenisowa. Tak Domachowska jak i Radwańska gładko wygrały swe mecze pierwszej i drugiej rundy Australian Open. Oby tak dalej.

Czytam angielską powieść współczesną Alana Titchmarsha pt. Love & Dr. Devon. Wciągnęła mnie pewnie dlatego, że jest to opowieść o bliskich mi wiekowo i intelektualnie ludziach. Z zachowania jednak, typowych Anglików. Rzecz się dzieje głównie w Anglii, a i te sposoby na życie są takie angielskie... a poza tym autor pisze lekką ręką. Miło oprowadza nas po wnętrzach i codzienności każdego z bohaterów, a do tego wplata sensacyjny wątek nielegalnego handlu narządami do przeszczepów. W sumie nie jest to książka najwyższych lotów, ale przyjemnie się do niej wraca.

Nieczęsto czytam fikcje po angielsku. Mam takie zaległości lektur polskich, że głównie to wybieram, ale od czasu do czasu, lubię zmienić.


19 stycznia 2008 (sobota)

Przekroczyć Rubikon to nie taka prosta sprawa. Cezarowi też łatwo nie było, a zdarzyło się to właśnie w styczniu ponad 2000 lat temu.

Od tego czasu, to historyczne wydarzenie stało się symbolem wręcz przysłowiowym, dokonania czegoś doniosłego. Przekroczenia pewnej bariery, czy złamania ustalonych zasad. A wypowiedziane przy tym słowa „kości zostały rzucone” dopełniają wagę wydarzenia.

Każdy z nas przekracza swój rubikon nawet parę razy w życiu. Nie każdy przejdzie do historii jak Julisz Cezar, ale nie oznacza to, że jego rubikon jest czymś mniej ważnym.


21 stycznia 2008 (poniedziałek)

Wczorajsze popołudnie i wieczór spędziłem przy plaży, a ściślej, przy trasie kryterium ulicznego wyścigu kolarskiego Tour Down Under.

Zjechało 133 kolarzy głównie z Europy. A przy tym atmosfera: wesoło, kolorowo i tłumnie. Ludzie przyszli aby poczuć ten specyficzny szzzzzussss peletonu pędzącego z prędkością 50 km/h. To robi wrażenie. A była okazja poczuć to 25 razy, bo tyle było okrążeń - reszta akcji, na kilku wielkich ekranach przy trasie. Pogoda wyśmienita – nie było upału. Impreza zorganizowana doskonale. Jest to taka nasza namiastka Tour de France – największego wyścigu kolarskiego na świecie.

Poniżej krótki fotoreportaż z imprezy.

wyscig4juz.JPG

wiraz2juz.JPG

police1juz.JPG

wyscigjuz.JPG


23 stycznia 2008 (sroda)

Niesamowite! Już dość dawno wchodziłem parę razy na portal NASZA-KLASA, do znajomych z różnych szkół, a do swojej klasy zajrzałem właśnie wczoraj (kiedyś nie było żadnych wpisów), a tu sporo znajomych i to nie tylko z mojej klasy, ale z sąsiednich!!! Mowię o średniej szkole technicznej. Bo z kolegami ze studiów już od dawna mam kontakty.

Miłe spotkanie po latach, choć tylko wirtualne, ale zawsze. A do tego moderatorem mojej klasy, jest kolega z zespołu szkolnego – perkusista :). Niektórych kolegów nigdy bym nie rozpoznał sam, inni niewiele się zmienili. I to też jest jedna z wielu zalet internetu - kontakt międzyludzki.

Co więcej, zauważyłem że nawet moja klasa z podstawówki ma swoją stronę. Muszę się jak najszybciej zapisać :)


25 stycznia 2008 (piatek)

Od wczoraj pierwszy rozdział mojej powieści pt.”W kolejce do raju” zaczął ukazywać się na POLINFO www.mypolinfo.com
Będzie 11 odcinków, publikowanych co parę dni.

Długi weekend przed nami. A to z racji dnia Australii. Jutro idę na wielki, międzynarodowy festyn.


28 stycznia 2008 (poniedziałek)

Długi weekend. Bogaty w wydarzenia.

W sobotę w centralnym parku - a ten u nas nazywa się Elder Park - odbyły się imprezy z okazji święta Australii. Był tort pokrojony przez premiera stanowego, różne występy gdzie gwiazdą była Kate Ceberano ze swym zespołem. Okazja do spacerów, pogawędek czy wypicia piwa w atmosferze pikinku.

IMGP4141juz.JPG

IMGP4142.JPG

IMGP4143juz.JPG

IMGP4157.JPG

W niedzielę natomiast, mój znajomy obchodził... 94 urodziny, a uczcił to występem w Domu Polskim śpiewając kawałki swego ulubieńca Fogga. Nic dziwnego – to były szlagiery (tak to się kiedyś mówiło) jego młodości. A że energii mu nie brakuje i głos ma, więc śpiewa :). Człowiek który przeżył Dachau i inne miejsca śmierci, trzyma się doskonale. Lubię go odwiedzać – on ciągle tryska pomysłami. Zbigniew Zołoteńki bo o nim mówię, wydał książkę wspomnień pt. Wspomnienia emigranta wcześniej urodzonego. A także płyty CD z piosenkami i odczytami w swoim wykonaniu.

Poniedziałek z racji ciągle nieskazitelnie błękitnego nieba wygrzewałem się spacerami po plażach. A zrobiłem parę kilometrów. No i parę zdjęć.


30 stycznia 2008 (środa)

To niesamowite... nie powiem grad (bo to ma znaczenie pejoratywne) ale deszcz! – u nas pożądane zjawisko. Deszcz korespondencji na mnie spadł od przyjaciół z najpiękniejszych czasów – kiedy już się nie jest dzieckiem, a jeszcze nie dorosłym związanym z pewnym rygorami życia. Koledzy z czasów, kiedy mieliśmy po 16, 17, 18 lat – wieku niezrównoważonych pomysłów, często szalonych czynów, ale pięknego ducha bo żądnego pełni wrażeń.

To całkiem jak w „Naszej klasie” Jacka Kaczmarskiego. Ludzie rozsiani po świecie, po kraju, w różnych sytuacjach życiowych, ale złączeni wspomnieniem wspólnie spędzonych lat młodości. I co ciekawe, nie była to w większości reakcja łańcuszkowa. Można powiedzieć – przypadek. Odnalazł się Olek później Stasio i Zygmunt, po paru dniach Marek, a wczoraj Antoś. I kilku innych kolegów. A to tylko ludzie związani ze mną w czasie szkoły średniej. Podobne spotkania wirtualne miałem z paroma kolegami z podstawówki i ze studiów trochę wcześniej.

W każdym razie możemy znów zagrać razem w „Długich trawach” jak to robiliśmy 40 lat temu, zorganizować „prywatkę u Antka”, czy po prostu wyskoczyć na papierosa do „leśniczówki”.


« Z szuflady (VII) | Strona główna | Napiwek - Felieton »