« Pan Tadek | Strona główna | Z szuflady (VII) »

18 stycznia 2008

Dzienniki - Styczen I - 2008

1 stycznia 2008 (poniedziałek)


Pierwszy dzień nowego roku przywitał nas nie tyle gorąco, co wietrznie.

Jest dość ciepło, ale wiatr hula jak szalony. Mimo kaca sylwestrowego i niedospanej nocy robię wycieczkę – zwiedzam okolice Stansbury. Podjechałem tam 22 kilometry i wybrałem się wzdłuż wybrzeża. W trakcje tego łażenia natknąłem się na sporego brązowego węża. Gdyby on nie spanikował, to bym go nadepnął, co byłoby dla mnie fatalnym krokiem. Brązowy wąż długości dwóch metrów, słynący ze śmiertelnego jadu, ukrył się w krzakach. Szybko o tym zapomniałem, bo piękne widoki zatoki i zapach przybrzeżnych sosen oczarowały mnie całkowicie.

Później zrobiłem jeszcze wycieczkę po Edithburghu i okolicach.
Miasteczko powstało w 1869 roku a nazwę wzięło od imienia żony pierwszego gubernatora kolonii Południowej Australii – Edith Fergusson.

yorke1.JPG

Mimo, że ma tylko 500 mieszkańców to jest tu parę pubów i moteli, campingi i pole golfowe, korty tenisowe i place do innych sportów. Nawet pływalnia przy brzegu zatoki zasilana świeżą wodą w trakcie przypływów. A obejrzałem też rośliny i drzewa w lokalnym Flora Parku. Zobaczyłem takie odmiany eukaliptusów których jeszcze nie znałem – niesamowite.

yorke6.JPG

3 stycznia 2008 (środa)

Ostatni dzień wakacji za mną.
Wczoraj jeszcze grałem (bawiłem się) z kolegami w golfa. Część pola golfowego usytuowano na wysokim brzegu zatoki i gra tam, to niesamowite przeżycie. Łatwo można stracić piłeczkę w odmętach słonej wody.

yorke2.JPG

Jeszcze obejrzałem sobie miasteczko Port Vincent i nowo wybudowaną dzielnicę zwanę Marina.
Obszedłem kilkukilometrową trasą dla turystów w obydwie strony. Bardzo miłe miejsce. Niektóre widoki tak piękne, że aż... kiczowate. Wpadłem jeszcze po drodze do Port Julia, wjechałem na górę widokową koło Ardrossan i popędziłem do domu.

Poniżej kilka fotografii z tych okolic.

yorke3.JPG


5 stycznia 2008 (piątek)

Czasem otrzymuje listy z zapytaniem czy zdjęcia na mojej stronie robię sam. Tak, wszystkie zdjęcia które załączam są mojego autorstwa, chyba że sam jestem na fotografii  - choć bywa, że używam samowyzwalacza.

Mam zaległości z korespondencją i właśnie teraz jest na to czas. Jestem trochę spieczony po tygodniowym smażeniu się na wędrówkach po półwyspie Yorke, a dni ciągle upalne, więc chowam się w kilmatyzowanym pomieszczeniu i trenuję palce na klawiaturze.

8 stycznia 2008 (poniedziałek)

Niestety... po 18 dniach wolnego powrót do pracy.

Czytam niezmiernie interesującą książeczkę Sir Freda Hoyle pt. Katastrofy kosmiczne i narodziny religii. Tytuł polski jest nieco nieścisły bo dokładne tłumaczenie brzmi – Pochodzenie świata i pochodzenie religii - ale nie to najważniejsze.
Mimo, że to właściwie interdyscyplinarny wykład naukowy na którym zebrano fachowców (profesorów) z różnych dziedzin to oderwać się od tego nie mogę. Jak wspomniałem, jest to zapis z wykładu i toczącej się po nim dyskusji, a właściwie wypowiedzi profesorów renomowanych placówek naukowych - wybitnych indywidualności w dziedzinach astrofizyki, matematyki, biologii, religioznawstwa i paru innych.
Sam Fred Hoyle jest matematykiem i astronomem. Wraz z nim Thomasem Gold i Hermann Bondi opracowali w 1948 roku model powstania świata zw. Teoria Stanu Stacjonarnego. Jest to teoria przeciwna Big Bangowi.

Ale nie o tym jest ten wykład.
Sir Hoyle wyjaśnia w bardzo przystępnej formie w jaki sposób zmieniały się warunki klimatyczne na ziemi i jaki to wpływ miało na inne rzeczy. Między innymi na religie. Ciekawa koncepcja i trudna do obalenia przynajmniej na poziomie dzisiejszej wiedzy. Zachęcam wszystkim których interesuje coś więcej niż dzień dzisiejszy i komercjalne telewizje do lektury tej cienkiej książeczki wydanej przez PWN.

yorke4.JPG


9 stycznia 2008 (środa)

Upalnie od rana. Na porannym marszu już się pocę. A to tylko rutynowe pół godziny. Dłuższych wypraw raczej bym dzisiaj nie robił, nawet gdybym nie szedł do pracy. Zbyt gorąco – czterdziestostopniowe dni – na forsowne wycieczki.
Adelajda ma o pół miliona ludzi mniej niż Warszawa, ale za to obszarem jest prawie 4 razy większa (W-wa ma 494 km2, Adela- 1827 km2), a więc jest gdzie chodzić nie wyjeżdżając z granic administracyjnych.

11 stycznia 2008 (piątek)

Prawdopobnie portugalski żeglarz Cristovao de Mendonca pierwszy przypłynął do Australii około 1522 roku. Dotarł do wybrzeży dzisiejszej Adelajdy i wyspy Kangura. Czyli ponad 100 lat przed żeglarzami z Holandii i aż 250 lat wcześniej od kapitana Jamesa Cook’a który „odkrył” Australię dla cywilizowanego świata.
Ciekawe – więc byłoby to tylko 30 lat po przypadkowym odkryciu Ameryki przez Kolumba. A podobno przed nim byli inni.


yorke5.JPG


14 stycznia 2008 (poniedziałek)

Weekend miło przeleciał i nastała poniedziałkowa proza życia.
Znów słyszałem swój wiersz w audycji radiowej. Znów odwiedziłem alejki ogrodu botanicznego i piasek mojej ulubionej plaży. Tym razem szedłem wzdłuż brzegu z 30 metrów głebiej niż zwykle – tak duży był odpływ. Pooglądałem koncert Justina Timberlake z Madison Square Garden.
Wszystkiego po trochu – tak jak lubię. A i z Anglii dostałem informację, że fragmenty moich dzienników ukażą się w pierwszym numerze RzeczPospolita Kulturalna - nowego miesięcznika kulturalnego.
W katedrze pewna pani w trakcie mszy podeszła do mikrofonu i poinformowała skonsternowanych wiernych, że ksiądz który stoi przy ołtarzu nie powinien odprawiać mszy bo jest... żonaty, itp. Nie jestem pewien, czy to nawet nie była osoba zainteresowana – czyli taka zwana druga połowa, lub jej rodzina.
Nawet deszczyk miał swoje 5 minut w niedzielę.

« Pan Tadek | Strona główna | Z szuflady (VII) »