« Futurystycznie - Felieton | Strona główna | Pan Tadek »

3 stycznia 2008

Dzienniki - Grudzień II - 2007

15 grudnia 2007 (sobota)

Czytam „Mitologię indyjską” M. i A. Jakimowiczów.

Pamiętam, że bardzo dawno temu już zagłębiałem się w ten temat, a teraz jakby zalepiam luki w pamięci. Mała książeczka z mnóstwem ilustracji. I właśnie sztuka – szczególnie kamienne płaskorzeźby - świadczy o kunszcie pradawnych Hindusów. Rzeźby te przedstawiają sceny religijno-mitologiczne. Wiele z nich, to dzieła sprzed dwóch tysięcy lat. Zadziwiające.

Trzeba stwierdzić, że właśnie tu powstały jedne z najstarszych religii świata. Wedyzm na którym były oparte trzy główne nurty: Dżinizm, Buddyzm, Hinduizm, ukształtował się 4.5 tysiąca lat temu.
Świętą księgą Indii jest Rygweda – to taka ich biblia.
Nam najbardziej znany jest Buddyzm, choć akurat na terenie Indii jest obecnie mało popularny, a swym zasięgiem objął inne kraje południowo-wschodniej Azji.

W samych Indiach króluje hinduizm z dwoma odmianami czcicieli Wisznu i Siwy.

Kiedyś rozmawiałem z kolegą z pracy - Hindusem z pochodzenia - na temat sekty Hare-Kriszna. Otóż w Indiach, sekta ta nie jest przez nikogo traktowana poważnie. To taka adaptacja wierzeń hinduskich na użytek ludzi Zachodu.

A sam mam duży sentyment do tej kultury. Bardzo lubię ich muzykę, sztukę, stroje czy tańce. Choć pewnie zbyt duża przepaść kulturowa nas dzieli aby harmonijne współżyć, no a ta ich kastowość, wyssana z mlekiem matki jest dla mnie całkiem nie do przyjęcia.


17 grudnia 2007 (poniedziałek)

W weekend bankomat pożarł moją kartę bankową i dziś musiałem jechać i odbierać z banku. Pierwszy raz mi się to zdarzyło i wyprowadziło mnie to trochę z równowagi, ale szybko się wyjaśniło i już mam ją spowrotem.

W niedzielę oglądałem nowootwarty szklany dom (jak z Żeromskiego :) w Ogrodzie Botanicznym z olbrzymimi liśćmi nenufarów z Amazonki w centralnie umieszczonym zbiorniku wodnym. Liście z zewnątrz wyglądają zachęcająco, niczym wygodne fotele na wodzie, ale pod spodem najeżone są szpilkami i myślę, że tylko fakir czułby się na nich dobrze.

IMGP3648.JPG

W „botaniku” sporo spacerowiczów, a na obrzeżach pickniki. Grupki kilkunastoosobowe porozsiadały się w cieniu olbrzymich figusów. Piękny dzień.

19 grudnia 2007 (środa)

Wziąłem się za zakupioną jeszcze podczas ostatniego pobytu w Polsce książeczkę – wykładnię filozoficzną Friedricha Nietzsche pt. Zmierzch bożyszcz.

Nietzsche polemizuje z wartościami religii i wiary. Wręcz zarzuca im wszelkie negatywne konotacje, zapominając o jednym: ludzkość ma zakodowaną w genach potrzebę wiary w siły wyższe, w bóstwa i bogów.

Abstrahując od tego czy Bóg istnieje, czy nie – filozof stara się nie zauważać że - dopóki ludzie istnieją, zawsze będzie wiara w nadprzyrodzoną moc nad światem, czy to się Friedrichowi Nietzschemu podoba(ło) czy nie. Ewolucja jako taka, potrzeb emocjonalnych człowieka tak szybko nie zmieni, o ile w ogóle.

Filozof niemiecki definiuje religię jako błąd zamiany przyczyny i skutku i prowadzi wywód tej tezy uważając ją nie jako wykładnię moralności, a „zepsucie rozumu”.

Wgłębiając się w rozważania filozofa uważam, że cierpiał on na manię prześladowczą. No bo co sądzić o człowieku który tak pisze o swych ziomkach- Niemcach. (Przypominam, że to jeszcze XIX wiek).

„...naród ten dobrowolnie się ogłupiał, (...) nigdzie bardziej występnie nie nadużywano dwóch wielkich narkotyków europejskich, alkoholu i chrześcijaństwa. Ostatnio doszedł jeszcze nawet trzeci (...) muzyka, nasza zapychająca i zapychana niemiecka muzyka”.

Czy tu jeszcze potrzebny komentarz? Dodam tylko, że mówiąc: alkohol, miał na myśli niemieckie upodobanie do piwa. Daj boże takie narkotyki każdemu narodowi, a okraś jeszcze wagnerami, beethovenami, brahmsami, mendellsonami, bachami, handlami, telemannami, itp. ogłupieniami.

Nietzsche mnie rozczarował. Mówi się o nim „wielki myśliciel, wielki umysł”. Powiem od siebie: być może, ale tylko na miarę swojej epoki, czyli XIX wieku. W dzisiejszych czasach wiele jego myśli brzmi wręcz śmiesznie, a on sam... zarozumiały, zadufany w sobie człowiek, nienawidzący wprost wszystko i wszystkich z otaczającego go świata.

21 grudnia 2007 (piątek)

DESZCZ! Nareszcie mamy porządny deszcz. W sam raz na święta – wszystko odświeży, umyje, odrodzi.

Dziś już od śniadania świętujemy i tylko do lunchu w pracy a później WAKACJE! Dwa i pół tygodnia wolnego. Po świętach będę na półwyspie Yorke. Bezkresne krajobrazy ciszy i piękna natury i spokój.

24 grudnia 2007 (poniedziałek wigilijny)

Życzę Polakom w kraju aby polityka na zawsze stała się tematem nudnym. A tym samym lepiej mogli spożytkować swoję energię i emocje.

Życzę rodzajowi ludzkiemu aby wojny przeszły w zapomnienie i były tylko przedmiotem analiz na lekcjach historii.

Życzę tym którzy mają problem z matematyką aby zrozumieli, że połowa to nie 74% ani 26%, a 50% całości.

Życzę Polonusom aby zgodnie żyli i nie musieli się nigdy wstydzić swojej ojczyzny ani kraju w którym żyją.

Życzę sobie spokoju i spełnienia pod każdą postacią.

25 grudnia 2007 (Boże Narodzenie)

Jak to przyjemnie na porannym marszu, być świątecznie pozdrowionym (łącznie z uściśnięciem prawicy), przez pierwszego napotkanego człowieka i to widzianego pierwszy raz w życiu. Takie momenty przywracają wiarę w godność człowieka.

Lubię chodzić do naszej katedry. Jest to jedyny kościół w mieście który ma klimat średniowiecza. Katedra wygląda dużo starzej niż faktycznie ma lat. A to z racji swej surowości - szczególnie jak na polski gust. Żadnej ozdoby czy ściennych malowideł - chwilami przypomina malborski zamek krzyżacki. Sufity ciemne, drewniane, tylko w bocznych nawach niewielkie witraże, pozwalają na niewielki wpływ światła. I w takiej to surowej atmosferze łatwiej o kontakt z Bogiem.

Katedra wypełniona po brzegi – nieczęsty to widok – mozaiką rasowo-kulturową. Widać rodziny z centralnej Afryki wystrojone w ich charakterystycznym stylu. Buzie i stroje hindusko-pakistańskie w bajecznie kolorowych sari. Azjaci z Wietnamu czy Tajlandii. Ludzie z Ameryki Południowej, no i my Europejczycy.

Wszyscy przyszli jak do szopki betlejemskiej powitać Jezusa.

27 grudnia 2007 (czwartek)

Tony Blair – były brytyjski premier – przeszedł w święta na katolicyzm. Dołączył w ten sposób do wyznania swej żony Cherie. Dokonał tego w wyniku – jak było podkreślone – długich i głębokich refleksji religijnych.

Znam księdza anglikańskiego (Australijczyka), który też przeszedł na katolicyzm.


widok1.JPG

28 grudnia 2007 (piątek)

Wakacyjny wypad – oglądam ciekawe wybrzeże miasteczka Ardrossan. Pierwszy większy ośrodek na półwyspie Yorke.

Jestem 190 kilometrów od domu w mieścinie Port Victoria. Piszę mieścinie bo trudno to nazwać wsią, choć liczba mieszkańców by na to wskazywała, ale skoro jest tu muzeum, okazałe molo, hotel, motel i camping plus pole golfowe - to jak to inaczej nazwać.

skaly1.JPG

Port Victoria to miejsce gdzie dosyć dawno – bo 2 miliardy lat temu – wulkan wielkości japońskiej Fujiyamy zmienił całkowicie krajobraz okolicy. Żadnych niezwykłości się tu raczej nie spotyka – ale to tylko tak z punktu widzenia zwykłego śmiertelnika. Z punktu widzenia geologa - jest tu wielkie poletko doświadczalne. Robię sobie właśnie wycieczkę geologiczną wzdłuż brzegu zatoki. Olbrzymie powulkaniczne bazalty, i inne kolorowe skały tworzą malowniczą linię brzegową.

skaly2.JPG

Szmaragdowy ocean z rdzawo-czerwonymi skałkami, czy czarnymi bazaltami tworzą piękny krajobraz szczególnie przy zachodzącym słońcu. Zamieszczam parę fotografii z tego regionu.

Obok Portu Victoria znajduje się wyspa Wardang. Przy jej wybrzeżach zakończyło swoją morską przygodę 9 statków i do dzisiaj wraki te są rajem dla płetwonurków.
Wyspa jest widoczna ze stałego lądu – wraki nie.

victoria.JPG

Nie muszę chyba wspominać, że jest upalnie – nawet tu. W Adelajdzie dziś 40, jutro 41, a w Sylwestra zapowiadają 43 stopnie. Tu będzie nieco chłodniej.


30 grudnia 2007 (niedziela)

Po dwóch dniach pobytu w miejscu i jego okolicach udaję się do Minlaton, a później do Edithburgh. Przecinam w poprzek półwysep i pędzę na przeciwny brzeg morski. Tu będę oglądał wschody słońca w wodzie, a nie zachody jak w Port Victoria.

Mimo upałów zaliczam wszelkie szlaki turystyczne po drodze.

town.JPG

Ciekawostka, tu typowe miasteczko to 400 – 700 mieszkańców, a każde posiada cztery kościoły (katolicki, anglikański, metodystów i zjednoczony) a niektóre nawet loże masońskie. Oczywiście muzea, korty tenisowe czy pola golfowe to standard. Inna sprawa, że większość tych kościołów to już tylko budynki, bo albo nie ma księdza (pastora), albo brak wiernych. Wszystko to budowane było sto, stopięćdziesiąt lat temu, kiedy wiernych było znacznie więcej i liczba ludności (ze względu na obsługę portów zbożowo-minerałowych) była większa.

31 grudnia 2007 (poniedziałek sylwestrowy)

Wczoraj całodniowa wycieczka po najbardziej na południe wysuniętej części półwyspu. Znajduje się tu park narodowy – Innes National Park. Bajkowe krajobrazy. Zaliczyłem większość atrakcji tego terenu. Oto próbka.

innes1.JPG


Pierwszy raz w życiu robiłem za kucharza. Przygotowuję sylwestrową potrawę według uproszczonych receptur :). Reszta biesiadników poszła zażywać wieczornej kąpieli w zatoce oceanu. Ja już sobie wyobrażam jaka to rozkosz popływać w ciepłej wodzie zatoki, a że tu zbyt płytkie wody dla rekinów, więc jest bezpiecznie dla ludzi.
Dziś filmowałem rodzinę delfinów baraszkującą w wodzie za narciarzami wodnymi.

Ale powracając do wieczoru sylwestrowego – w moim mniemaniu, przygotowywanie potraw zdecydowanie do czynności artystycznych nie należy. Próbowałem wczuć się w rolę tak gloryfikowanych mistrzów rondla... nic z tych rzeczy, to nie dla mnie. Ciągle uważam jedzenie za czynność zaspokojenia głodu, a nie happening artystyczny. No cóż, niczym ma się to do malowania obrazów, rzeźbienia, muzykowania czy innej tradycyjnie uznanej formy artystycznego wyrazu.

Uprzyjemnia mi życie Elton John występami w Las Vegas. To jest artysta - potrafi komponować, nieźle gra na instrumentach, no i ma niezapomniane interpretacje wokalne swoich utworów.
I to się liczy, a nie zalewajka po bawarsku :)

Happy New Year 2008!!!

innes2.JPG

« Futurystycznie - Felieton | Strona główna | Pan Tadek »