« Dzienniki - listopad II - 2007 | Strona główna | Dzienniki - grudzień I - 2007 »

8 grudnia 2007

Kuzyn - Felieton

Do Maggi i Zenka przyleciał kuzyn ze starego kraju.

Kuzyn zapragnął na własne oczy zobaczyć krainę kangurów i koali, a że go na to stać (sam opłacił sobie podróż), chciał wygrzać się w słońcu, kiedy w Polsce ziąb.
Pisał wcześniej do Zenka, że angielski zna bo na kurs chodził, ale podobno już na lotnisku bezradnie rozłożył ręce, wyznając że tylko niektóre napisy przeczytał. A z rozumieniem ze słuchu było jeszcze gorzej.

IMGP2345.JPG

Trzeba przyznać, że Maggi z Zenem wcale mu życia nie ułatwiali – jakby całkiem zapomnieli mowę ojczystą – rozmawiając głównie po angielsku. Kuzyn przyjął to ze zrozumieniem. “Tyle lat poza granicami kraju, to mają prawo zapomnieć” – rozmyślał, przypominając sobie, że do Polski wracali tacy co po trzech miesiącach nieobecności, ojczystego języka w gębie zapominali.

- Co wy tak dziwnie bluzgacie? – zapytał Maggi.
- What do you mean, my bluzgamy? – zdziwiła się.
- Ciągle tylko: jeb, jep, słychać .

Maggi zaczęła wyjasniać mu zawiłości języka angielskiego, a mnie przypomnał się wczorajszy wypad na miasto.
Po obejrzeniu atrakcji centrum naszego miasta, Zen podjechał do Drive-In, kupić butelkę polskiej wódki. Kiedy kuzyn zobaczył ile Zen za to płaci, wykrzyknął:

- This is kant! Wielki kant, u nas trzy butelki za taką kasę się kupi!

Ekspedientka nas obsługująca, natychmiast straciła przylepiony do ust uśmiech. Wręcz zbladła. Baliśmy się, ze kuzyn zacznie robić uwagi o jej bladym licu i Zen szybko odjechał.

Niestety, kuzyn też zaczął wtrącać angielskie słowa…
Najlepiej mu wychodziły przekleństwa. Już po paru dniach całkiem sprawnie się nimi posługiwał.

Na wiadomość, że Zen zabukował parę dni poza miastem aby pokazać kuzynowi outback, ten kategorycznie stwierdził, że on w karawanie mieszkać nie będzie.

- Mnie stać na motel – argumentował.

Na nic się zdały przekonywania, że w caravanie to prawie jak w motelu, a takowego akurat w pobliżu nie ma.

- Źle się kojarzy – stwierdził kuzyn.

W ostatnią sobotę Zen wygrał 100 dolarów w “zdrapkę”. Kuzyn z uznaniem stwierdził:

- Ty to masz fart!
- Luck, … - poprawił go Zen.
- Ty się lakiem nie wykręcaj, to trzeba opić – przekonywał go tamten zawiedzionym głosem.

Po dwóch tygodniach pobytu kuzyn zaczął coraz bardziej narzekać. A to na odległości – “takie, że na piechotę się nigdzie nie dojdzie”. A to jedzenie dużo gorsze niż w Polsce. Na telewizję, że Zen ma tylko pięć programów a on u siebie w domu 35! I tak dalej…

- A co to za słońce tu macie, że wszyscy przed nim uciekają jak w Polsce przed deszczem?! – naigrywał się.
- Tu nawet nie ma przed kim poszpanować – narzekał – nikt się za tobą nie obejrzy.

Zen chodził bardzo przygnębiony. Tyle sobie obiecywał po tej wizycie. Ileż to miał kuzynowi pokazać, ile naopowiadać. No i nie da się ukryć… zaimponować. Nic z tych rzeczy.

Kuzynowi z dnia na dzień brzydła australijska ziemia. Maggi unikała rozmów z obydwoma, ja się rzadko pokazywałem. Ten zaczął zarzucać Zenkowi, że mu nawet fuchy na czarno nie potrafił załatwić, żeby mu się podróż zwróciła.

- Co z ciebie za kangur – mowił z wyrzutem – A w ogóle, kangury to przygłupy, co im się nie powie to w to wierzą. Zupełnie nie znają życia - wymądrzał się z ironią. – Takiego to można wykołować, żeby mu się szybko uśmiechać odechciało. Tu więcej naszych potrzeba – stwierdził.
- No przecież jest tu spora grupa polonusów – zauważyłem.
- Co tam wy… wy to misie koala jesteście. Tu trzeba prawdziwych orłów z kraju – powiedział bezczelnie.

Maggi słyszała jak dzwoniąc do Polski narzekał na tutejsze jedzenie, że tylko te paszteciki z psów i to w prezerwatywach! Albo że, “prezerwatywy tu do wszystkich potraw dodają”.

Pod koniec pobytu na dobre przypiął się do Zenka. Nie było dnia aby mu nie dogryzał, że ma kiepski dom i to bez basenu. Że za wolno jeździ i ma do tego przedpotopowy samochód. Wręcz wyśmiewał Zena kiedy ten próbował go przekonać o konieczności zapięcia pasów w samochodzie, nawet na tylnym siedzeniu.

W końcu Zenka ruszyło. Przypomniał sobie nagle język ojczysty i puścił kuzynowi wiązankę, coś na trzy czy cztery zdania, czystą, soczystą polszczyzną!

Kuzyna zamurowało…
Do samego wyjazdu nie powiedział już złego słowa. A Zen też nic nie wspomina o niefortunnej wizycie kuzyna. Myślę, że zawiesił odwiedziny rodziny aż do odwołania.

Wasz Chris

IMGP3075.JPG

« Dzienniki - listopad II - 2007 | Strona główna | Dzienniki - grudzień I - 2007 »