« Stare numery - felieton | Strona główna | Kuzyn - Felieton »

1 grudnia 2007

Dzienniki - listopad II - 2007

15 listopada 2007 (czwartek)

U nas lato w pełni. Codziennie ponad 30 stopni.
A mnie męczą pytania egzystencjalne.

Do smutnych wniosków dochodzę. Nie ma prawdy, nie ma prawdziwie słusznej drogi, nie ma idealnego wyjścia z życiowych sytuacji. I nieprawdą jest, że najlepszym sędzią jest historia, czy doświadczenie jest najlepszym nauczycielem.
Odnośnie tego doświadczenia, to najlepszym przykładem jest owczy pęd do wojen. Ledwie pierwsza światowa się skończyła, a już druga wybuchła (no bo co to jest 21 lat). Co więcej, zaraz po skończeniu tej drugiej – trzecia wisiała na włosku. Ot, ludzka mądrość i roztropność.
Następny przykład na niesprawiedliwy osąd ludzi, co jest już paradoksem dziejów. August III – najpopularniejszy i bardzo hołubiony król polski, był skończonym durniem. A myśli o dobru narodu nigdy mu nie zaprzątnęły głowy.
Stanisław August Poniatowski – ostatni król polski, był najinteligentniejszym ze wszystkich naszych monarchów. Jemu dobro kraju i problemy z tym związane nie dawały spać spokojnie. A to jego własnie uważano za głuptaka, tyrana i wszystko co najgorsze. Nadano mu przydomek – ciołek – takie miał poważanie u polskich magnatów. I mimo tylu lat i dokumentów potwierdzających takie a nie inne fakty, ciągle postać króla pozostaje ciemną plamą naszej historii, a współczesny mu Reytan – bohaterem, choć z politycznego punktu widzenia – ten ostatni bardziej zaszkodził Polsce, niż król.
A przykład z codzienności: są ludzie którzy mieszają innym w głowach i bywają fałszywymi doradcami, ze szkodą dla samych zainteresowanych. Takie jest życie...


17 listopada 2007 (sobota)

Gorący dzień spędzam głównie na plaży... no i spaliłem się na raczka.
Przyjemnie tak rozsiąść się w foteliku na szerokiej plaży z gazetą i zimnym piwkiem. A do tego jeszcze rzucić okiem na jakieś gorące ciało :-). Tak, dziś naprawdę gorąco...

IMGP2356.JPG


19 listopada 2007 (poniedziałek)

Nie mogę zrozumieć podwójnej moralności otaczających mnie ludzi. Wszelkie akcje charytatywne pomocy zwierzętom gorąco popierają i w nich uczestniczą, a za chwilę z rozbawieniem oglądają na rozsyłanych wokoło elektroniczną pocztą amatorskich video, tragiczne zderzenie jelenia z samochodem, czy inne kończące się niechybną śmiercią psa, kota czy innego zwierzęcia wypadki. Podobne przykłady można mnożyć. Czy mam to nazwać po prostu głupotą?
Czy to nie jest przypadkiem znieczulica, opanowująca nas dogłębnie, szczególnie jeżeli chodzi o przekazy medialne, a wszelki wolontaryzm i akcje charytatywne robimy tylko dlatego, że tak wypada?
W dzisiejszych czasach, etyka staje się towarem deficytowym, oczywiście to samo dotyczy estetyki, czyli poczucia smaku...


domy.JPG


21 listopada 2007 (środa)

Od krytyka literackiego M.Koprowskiego otrzymałem obszerny list z analizą kilku moich utworów. Bardzo to dla mnie cenne, bo to jeden z nielicznych kontaktów stricte literackich. Mało jest ludzi którzy piszą o poezji i potrafią ją analizować. Poniżej fragment dotyczący wiersza Bluzgi.
“...."Bluzgi" natomiast, to w moim przekonaniu absolutny majstersztyk. Zarówno na płaszczyźnie językowej, na której popisał się Pan przepiękną polszczyzną i fantazją, jak i pod względem doskonałej, misternej wręcz budowy tego utworu. Ale i - przede wszystkim - świetnej treści, jaką wpisał Pan w swą doskonałą formę. Manifest ten jest rzeczą tak bardzo dobrą, że niech za dalszą moją ocenę przemówi fakt, iż po prostu oddaję go do druku. :) Niech i inni zobaczą jak powinno się pisać! Trochę to jednak na pewno potrwa - jak zwykle. Wie Pan jednak jak sprawa wygląda, więc jest na to uodporniony. Zapraszam zatem do dalszej lektury naszego tygodnika! …”

Mowa o tygodniku ANGORA gdzie już moje wiersze były publikowane. Aby długo nie czekać zamieszczam wspomniany utwór poniżej.

Bluzgi

Nie powiem wiersza językiem ulicy
Liryczny jazgot – brak w tym rezonansu
Tak, jak nie czuję sztywniactwa mównicy
Do wyrażenia prostego niuansu.

Piszę metrycznie, melodyką, rymem
Taki mam nastrój i to składnię wiedzie
Nie sztuka bluzgiem pozatykać dziury
Czy słowotwórstwem szokować gawiedzie.

Język codzienny szambem być nie musi
Instrument prosty niczym tamburyno
Dźwiękiem i rytmem do tańca poruszy
Tenor belcanto bywa słów uryną.

Na wszystko miejsce – gdy się krew gotuje
Zakląć siarczyście – nie grzech ni rozpusta
Gdy tylko ulży – niech się duch luzuje
Lecz kląć bez przerwy… to chamstwo, nie gusta.


23 listopada 2007 (piątek)

Czytam książkę Tadeusza Konwickiego pt. Nic albo nic.
Dosyć ciężka proza – może nie strukturalnie, ale tematycznie.
Konwicki opowiada historię 18-letniego partyzanta który w latach powojennych (chyba nawet koniec lat 60.) nie bardzo może sobie dać radę z życiem, ma poważne problemy z odnalezieniem się w nowych warunkach. Moralne okaleczenie rozrasta się do wizji apokaliptycznego i bardzo pesymistycznego końca wszystkiego, co istnieje. W sumie, wolałem Konwickiego w innych tytułach.

A jeszcze muszę wspomnieć, że od wydawcy Kuriera Polskiego dostałem najnowszy numer tego pisma. Wydawane w Zachodniej Australii czasopismo kulturalno-społeczne trzyma wysoki poziom, tak merytoryczny jak i techniczny, tzn. grafika i papier. Szkoda, że ze względu na trudności finansowe wychodzi bardzo nie regularnie.



26 listopada 2007 (poniedziałek)

Znów się wygrzałem na plaży. Długie spacery wzdłuż przelewającej się po piasku wody, to jedna z większych przyjemności. Nie potrafię sobie tego odmówić.
W sobotę byłem na głosowaniu. U nas jest ono obowiązkiem. Ale nie wymagany jest żaden dokument, wystarczy powiedzieć nazwisko i imię. A kolejki były niesamowite. Od razu przypomniał mi się PRL :-), co prawda pięćdziesięciometrową kolejkę zaliczyłem w niecałe 10 minut i obowiązek obywatelski spełniony. No i zmieniliśmy centralną władzę. Po jedenastu latach rządów liberałów, władzę przejęli laburzyści. I tak na zmanę. U nas polityka jest wyjątkowo nudna i mało kto się tym interesuje. I całe szczęście.
Acha, podobnie jak w Polsce, nowy rząd zapowiada wycofanie żołnierzy z Iraku w przyszłym roku.

IMGP3332.JPG

28 listopada 2007 (środa)


Pogoda jak zaprogramowana – codziennie pięknie, słonecznie powyżej 30 stopni. Już rano przed siódmą kiedy wychodzę połazić przed pracą jest tak przyjemnie, że wracać się nie chce. Jeszcze nieco ponad 3 tygodnie i wakacje. Córka już ma wakacje aż do końca stycznia.


30 listopada 2007 (piątek)

Dziś w pracy mamy wspólny lunch. Będzie grill – kilka potraw, nawet piwo i wino. To z okazji pokonania kolejnego etapu w naszym projekcie w który jesteśmy zaangażowani. W trakcie takich lunchów jest okazja pogadać z każdym, o wszystkim.
Pamiętam, na jednej z poprzednich takich imprez jedząc grilla, popijając piwkiem stoimy w grupie, a nasz dyrektor pyta młodego stażystę-inżyniera obok mnie, nad czym ostatnio pracuje. Ten mu powiedział i zapytał: a ty co robisz?
- Ja,... właściwie niewiele – odpowiedział dyrektor – próbuje kierować to wszystko w odpowiednim kierunku. Ale czy z dobrym skutkiem... to nie wiem.
Oczywiście młody inżynier nie znał dyrektora.
Trzeba wiedzieć, że u nas wszyscy mówią sobie po imieniu, bez względu na wiek czy stanowisko. Polskie:„Dzień dobry panie dyrektorze” w naszym wydaniu brzmi: „Hi John, Paul, czy jakiś tam”

IMGP3082.JPG

« Stare numery - felieton | Strona główna | Kuzyn - Felieton »