« Felieton - Profesje… | Strona główna | Stare numery - felieton »

16 listopada 2007

Dzienniki - Listopad I - 2007

1 listopada 2007 (czwartek)

Zwykły dzień pracy i nawet pogoda taka nijaka, niby 24 stopnie ale bez uroku.


W Polsce pewnie zimno ale urok jest specyficzny, bo to wielkie, tłumne święto jedyne w swoim rodzaju.

Rozpadało się ... rano jeszcze w słońcu byłem na rozgrzewce, a później zaczęło się chmurzyć i pada! Doskonale, my tak potrzebujemy wody.


3 listopada 2007 (sobota)

Znów nieco mnie w lokalnych mediach. We wczorajszej, wieczornej, polskojęzycznej audycji radiowej była mowa o niedawnej nagrodzie festiwalowej jak i w dzisiejszej porannej audycji były moje wiersze i też odczytano wyniki konkursu w Festiwalu w Częstochowie. Miła laurka.

IMGP2369.JPG

5 listopada 2007 (poniedziałek)

Wpadły mi w oczy informacje o tegorocznej noblistce w dziedzinie literatury.... Kandydatura osiemdziesięcioośmioletniej Doris Lessing była podobno jedną z najstaranniej przemyślanych decyzji w historii Nagrody Nobla.

I tu nasuwa się myśl przewrotności losu i jednocześnie przypominają mi się słowa św. Tomasza z Akwinu który mówił: sztuka nie wymaga, by artysta dobrze postępował, lecz by tworzył dobre dzieło”.

Szczerze mówiąc, życiorys Lessing raczej do świetlanych nie należy. Już w wieku 14 lat porzuciła szkołę, a przed trzydziestką uciekła od drugiego męża, opuszczając także dzieci z pierwszego małżeństwa. Wyjechała ze swym małym synkiem z Rodezji (dzisiejsze Zimbabwe) do Anglii. Londyn lat 60. to mekka lewicujących i hippisujących radykałów. Pani Lessing już w Rodezji sympatyzowała z komunizującym środowiskiem a także poznała co to alkoholizm. A więc bez problemu wsiąknęła w podobne towarzystwo i świat baletów, infantylnie wręcz pojętej emancypancji.

Jak sama mówi o sobie – największy wpływ na jej życie miał komunizm i islamski miscytyzm. Dziwny koktajl na pograniczu anarchizmu. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Doris Lessing urodziła się w Persji (dzisiejszy Iran).

Ale pisała, pisała dużo i chyba dobrze, skoro została tak uhonorowana u schyłku niezwykłego (czytaj: kontrowersyjnego) żywota.


7 listopada 2007 (środa)

Czytam wiersze Michała Wrzesińskiego ze zbiorku pt. Klęczy cisza niezmącona.
Wiersze pisane tradycyjną rytmiką zwrotek i rymów co mi się nieco kojarzy z poezją Asnyka. Dlaczego Asnyka? – bo u niego zawsze było dużo powietrza - to samo co w tych wierszach. Ale tu mam coś więcej – autor każdy wiersz opatrzył datą i miejscem gdzie go stworzył. W tym czasie podróżował po Australii. I to jest dla mnie interesujące, bo wiele z tym miejsc znam i staram się skojarzyć przemyślenia poety z moimi odczuciami. Bo trzeba wiedzieć, że australijski krajobraz związany z miejscem ma silny związek z naszym przeżyciem chwili.

Czytając, podróżuję z autorem starając się przechwycić jego nastrój. Często mi się to udaje.
Przytoczę tu krótki ale ciekawy wierszyk pt. Pory roku.

Dzieciństwo krainą beztroski włada,
młodość marzenia niebotyczne sieje,
dojrzałość duszę cynicznie rozkrada,
starość porzuca ambicje, nadzieje

Podoba mi się głęboko przemyślane wiersze „Ku Chrystusowi” czy „Współczesność”. A są i elementy humorystyczne, jak w wierszu „Z kobietą sam na sam” gdzie autor żartobliwie poucza jak zabajerować potencjalną towarzyszkę wieczoru.

IMGP2782.JPG

9 listopada 2007 (piątek)

Pogoda od pewnego czasu ustabilizowała się, do tutejszej pory roku w pełni przystając. Kiedyś w Polsce, był to najbardziej przeze mnie nielubiany miesiąc – teraz jest dokładnie odwrotnie.

Codziennie chodzę dwukrotnie połazić, a więc i dwukrotnie biorę prysznic, dwukrotnie jem do syta i pracuję na dwu komputerach. Dwukrotnie jeżdżę autem i dwukrotnie..... ja zwariowałem z tymi dwójkami :-).


12 listopada 2007 (poniedziałek)

Pogoda wyśmienita.
W sobotę wybrałem się z kolegą w dzikie tereny złotonośne. Nie, nie szukaliśmy złota, zwiedzaliśmy okolicę i nadziwić się nie mogliśmy, że w tak ciężkich warunkach ludziom chciało się próbować szczęścia. Poszliśmy trasą której jeszcze nigdy nie zaliczałem.
A widoki wspaniałe. Dzika przyroda i malownicze krajobrazy.
Załączam jedno ze zdjęć, zrobione w tamtych okolicach.

busz11.JPG

Niedziela natomiast to w Polsce święto narodowe, a u nas Dzień Pamięci. Dzień przypominający żołnierzy australijskich poległych na wszystkich frontach wojen w których brali udział. Zdecydowanie najwięcej zginęło w pierwszej wojnie światowej.

A ja wybrałem się na plażę – było powyżej 30 stopni – pogoda wymarzona.
Woda w oceanie cieplutka ale o dziwo nikt się nie kąpał. W taki dzień można iść i iść przed siebie...

IMGP2354.JPG


14 listopada 2007 (środa)

Lato już u nas... codziennie ponad trzydzieści stopni.
Chce się wakacjować, a tu trzeba pracować... no proszę jak mnie „poetycko” wzięło.

Jestem w trakcie lektury niewielkiej książeczki zmarłego przed laty satyryka, a żyjącego w Australii, Andrzeja Gawrońskiego.
Słyszałem o nim trochę i o jego twórczości, ale nie zdawałem sobie sprawy, że facet był aż tak zdolny. Szkoda, że nie było szans poznać go osobiście. Kiedy mnie literatura wciągnęła, jego już wśród nas nie było. Autor zdawał sobie sprawę, jak łatwo być satyrykiem poza granicami reżimowego systemu i dał temu wyraz w dwu wierszach: „Do satyryka w kraju” i „Odpowiedź satyryka”.

A wszystko to w zbiorku pt. Do góry nogami. Są tu krótkie scenki humorystyczne jak i felietony satyryczne, a i żartobliwych wierszy nie brakuje. Utwory te są zabawnie ilustrowane. Miła lektura.

« Felieton - Profesje… | Strona główna | Stare numery - felieton »