« Historyk - Felieton | Strona główna | Czas - Felieton »

16 października 2007

Dzienniki - październik I - 2007

1 października 2007 (poniedziałek)

Długi weekend trwa.
Ogród botaniczny w górach. Co za piękne miejsce do łażenia.

Rozłożony częściowo na zboczu wzgórza rozpościera wspaniałą panoramę widokową na okolicę. A ja po raz kolejny dosyć forsownie spędzam czas. Codziennie parę godzin takiego marszu daje mi po krzyżu - ciekawe, że nogi mnie nie bolą, ale dolną część pleców odczuwam mocno, szczególnie przy nawet małej zmianie konfiguracji terenu. Ale… nic to. Wrażenia estetyczne są ważniejsze.
Wspaniale kwitną rododendrony, magnolie, kamelie i azalie ciągle w kwiatach oraz cała masa krzewów i drzew nie znanych mi z nazwy.

IMGP3108.JPG

3 października 2007 (środa)

Od wczoraj pracuję w innym biurze. To znaczy powróciłem do macierzystego miejsca mojej firmy. Nawet nie ma porównania. Tam czułem się jak na wakacjach – spokój, cisza, długie lunche na łonie natury, spacery wśród pięknych okolic. Tu typowo przemysłowe strony – beton, ruch, szum.
Mam nadzieję, że niedługo znów wrócę do… raju :).

Dnia 28 października odbędzie się w Adelajdzie polski festiwal zwany – DOŻYNKI.
Tym razem na stadionie klubu sportowego POLONIA.
Reaktywowany chyba po dwuletniej przerwie. I bardzo dobrze, ludziom jest potrzebny kontakt, a ten festiwal jest okazją dla wielu do zobaczenia starych znajomych, podjedzenia specjałów polskiej kuchni, pooglądania polskich występów. A dla mnie spotkanie z potencjalnym czytelnikiem mojej powieści i wierszy.


5 października 2007 (piątek)

I znowu weekend przed nami – szybko czas leci…
Czytam właśnie “Rodzinną Europę” Czesława Miłosza. To jeden z głównych utworów, po którym psy wieszano na Miłoszu za jego litewskość i podejście do Polski.
Miłosz urodził się i wychował na tamtych ziemiach w tamtych tradycjach. Trudno mieć o to do niego pretensję. A że nie pokochał “prawdziwych” Polaków od pierwszego wejrzenia… Czy oni dali się kochać?
Kiedy Miłosz dorastał było dużo gorzej, niż we współczesnej Polsce. Miał powody aby odczuwać, tak a nie inaczej. Trzeba też pamiętać kiedy on pisał tę książkę – wczesne lata 50. On z socjalistycznymi ciągotami od młodości, zaczął się praktycznie realizować w służbie powojennej, socjalistycznej Polsce. Niestety - widział że to idzie w złym kierunku – praktyka niczym nie przypominała teorii. Zrezygnował więc ze służby (dyplomatycznej) i co się samo przez się rozumie odrzucony przez Polskę Ludową przeżywał gorycz niespełnienia, ulotność ideałów. Jedyna fascynacja jaka mu została z młodych lat to kuzyn mieszkający w Paryżu, Oskar Miłosz. I o tym pisze, miło go wspominając. Nawet powiedziałbym – mitologizuje tę postać.

IMGP2918.JPG

8 października 2007 (poniedziałek)

Spokojny weekend. Oczywiście suchy, mimo zapowiadanych opadów. Jest to bardzo niekorzystna sytuacja wływająca na poziom życia. Z tego powodu ceny warzyw i owoców idą do góry, a przy tym cała masa innych rzeczy. Życie robi się naprawdę drogie. Prozaiczny temat dla mieszkańca Europy jakim jest woda – tu staje się problemem wielkiej wagi.
Nagroda Literacka Nike 2007 została przyznana dla Wiesława Myśliwskiego za "Traktat o łuskaniu fasoli" – Myślę, że jest to całkiem niezła pozycja książkowa (czytałem na ten temat) i nie będę pisał felietonów polemicznych, jak w tamtym roku po “Pawiu królowej”.


10 października 2007 (środa)

W czasie porannego “obchodu” obserwuję rodziny srok na trawnikach. Mama z tatą zaganiani w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, a pisklak który jest zwykle większy od matki, wydziera się niemiłosiernie aby się pospieszyli z dostawą pokarmu. Śmieszy mnie matka, jak ze znalezioną gliszką pędzi (pieszką) do małego, a ten już z daleka otwiera dziób i piszczy żebrząco.
Nie dawno były “masowe” urodziny u ptaków, stąd te rodzinne spotkania. To samo z kaczkami czy kurkami wodnymi. Całe rodziny wychodzą na śniadanie, a mocny zapach jaśminów towarzyszy naszej porannej rzeczywistości. Piękny październik.

IMGP2969.JPG


12 października 2007 (piątek)

Tu w Australii, niewiele polskich nazwisk ma jakiekolwiek znaczenie. Praktycznie, są dwa które wryły się w australijską rzeczywistość: Kościuszko i Strzelecki. Pierwszy nigdy tu nie był i tylko dzięki temu drugiemu został wniesiony w umysły miejscowych, a to przez nazwanie największej góry jego imieniem i tym samym parku narodowego leżącego w tym regionie. Od czasu do czasu różne środowiska – szczególnie aborygeńskie postulują aby te nazwy zmienić. Nie z jakiejś niechęci do Polaków, ale z racji że nazwa ta im nic nie mówi i co więcej jest dla miejscowych zbyt skomplikowana w wymowie.
Na przestrzeni czasu były podejmowane różne próby aby to nazwisko miejscowym przybliżyć „udomowić”. Ale dopiero Ernestyna Skurjat-Kozek z Pulsu Polonii „poszła na całość”.
Promuje sylwetki obydwu wielkich Polaków w formie niekończących się akcji, czy to koncertów, często niecodziennych (na szczycie góry Kościuszko) czy wystawach. Albo jak ostatnio, wplata w różne uroczystości regionalne (w ten sposób najlepiej wyjść do ludzi) elementy związane ze Strzeleckim czy Kościuszką. I tak powstaje świadomość, że te dwa trochę dziwaczne słowa, kryją w sobie wybitne jednostki rodu ludzkiego. I o to właśnie chodzi.


14 października 2007 (niedziela)

W sobotę „dokończałem” rzekę. Parę tygodni temu szedłem w długim marszu wzdłuż rzeki Torrens – wczoraj podjechałem do miejsca gdzie poprzednio skończyłem i zrobiłem dalszą trasę. I tak, zbliżyłem się znacznie do centrum miasta. Robię to w ten sposób, że idę półtorej godziny po jednej stronie rzeki i następnie wracam drugim brzegiem. Jest to właściwie jeden, wielokilometrowy park. Tereny są piękne, urokliwe i z miejsca czuję się jak na wakacjach. Zawsze robię jakieś zdjęcia więc i dziś załączam jedno z tych terenów.

IMGP2972.JPG

W niedzielę w Domu Polskim wygłosił prelekcję obecnie przebywajacy w Australii Bogdan Czajkowski, który w ramach projektu Instytutu Pamięci Narodowej zbiera materiały o emigrantach- dysydentach tworzących główne nurty ostatnich wielkich emigracji.
Mówił o sekretach kampanii wyborczej Wałęsy 1990, o nowym projekcie Instytutu Pamięci Narodowej, o argumentach za lustracją, oraz o tym kto się znalazł i dlaczego na tzw. liście Wildsteina, jak i o swoich osobistych przeżyciach z tym związanych.
Było to wszystko bardzo długie dla wielu na sali nie zrozumiałe. Spiskowa teoria dziejów snuła się w jego wypowiedziach. Ja znam to wszystko z codziennego studiowania internetowych i prasowych wiadomości ale nie przemawia to do mnie. Polityka jest zbyt nudna aby się tym pasjonować. A z poglądami prelegenta też nie mogłem się zgodzić. No cóż, zaliczyłem spotkanie które nie wywarło na mnie większego wrażenia.


« Historyk - Felieton | Strona główna | Czas - Felieton »