« Dzienniki - wrzesień II - 2007 | Strona główna | Dzienniki - październik I - 2007 »

11 października 2007

Historyk - Felieton

Mój domorosły wykładowca historii znów mnie zaskoczył. Mowa oczywiście o Zenku. Ale zacznę od początku.

Otóż, w takie chłodne dni lubię sobie pozwiedzać świat za pomocą Google- Earth na internecie, no i często zaglądam na tereny Polski. Pewnego dnia – akurat odwiedził mnie wtedy Zen – byłem nad Wielkopolską i skłaniałem się zniżyć lot nad Gnieznem aby zaliczyć tę kolebkę polskości. A Zen błysnął wiedzą, że to wcale nie Gniezno a Giecz był nastarszym miastem polskim. Kiedy próbowałem polemizować stwierdził, że ja wcale historii nie znam i zaczął mi objaśniać genezę powstania polskości na tych ziemiach.

Okazało się, że paru zbłąkanych rycerzy cesarstwa rzymskiego (niektóre źrodła podają że byli to trzej bracia – podkreślił Zen), zapuściło się w te dzikie i nieznane dotychczas tereny. A że zwierząt w nieprzebytych borach, rzek i potoków było tu pod dostatkiem, więc próbowali się tu zaadoptować. Jeden z nich nazwany przez miejscowe plemiona Lechem, osiadł tu, wziął sobie parę nałożnic i żył szczęśliwie.

Pewnego razu wybrał się na polowanie i niedźwiedź zranił go szpetnie. Lech owinął ranę długim szalikiem co to mu jedna z żon z bieluśkiego pierza kaczego utkała. Kiedy dotarł do jakiejś niezananej mu osady nad Wartą, ujrzał orła suszącego skrzydła w promieniach popołudniowego słońca. Lech wtedy zdjął z siebie ten szal który w połowie zafarbował od krwi na czerwono i kazał sobie na tym biało-czerwonym szalu wyhaftowac tego orła. Zatrzymał się tu aby podleczyć ranę. A w osadzie na pamiatkę kazał założyć browar i klub piłkarski - LECH, od swego imienia.

Niestety, miejscowy ród plemienny nie potrafił mu się za to odwdzięczyć.

- Mieli pełne składy a nic w zamian Lechowi nie ofiarowali. Straszne sknery – tłumaczył mi Zen.

Więc Lech, który miał im jeszcze miasto zafundować, wyjechał czym predzej i do pobliskich osad zawitał. Gdzie wstąpił tam miasto zakładał... Przyjechał do Giecza, to im prawa miejskie nadał, później do Gniezna, to samo...Chciał jeszcze do osady Kraków jechać i tam miasto na złość poznaniakom założyć, ale go ostra zima w Kaliszu zatrzymała. W końcu, przedstawiciele z gminy poznańskiej przyjechali i darami w postaci pyrów i dwoma parami skórzanych laczków, o nadanie praw miejskich Lecha uprosili. No i tak powstało miasto – Poznań.

- No, a przez tę zimę stulecia długo musieliśmy czekać na następne miasta – wywodził Zen.

Bo niestety, nie przyzwyczajony do takich mrozów Lech, zapalenia płuc się nabawił i na tamten świat (pogańskich zmarłych) się przeniósł.

No i zaczęło się... Potomkowie jego z kilku żon, zaczęli partie przeciw sobie zakładać, a handryczyć się między sobą, kto tu ważniejszy. W układy koalicyjne wchodzić i podjudzać nawzajem. W końcu, po intensywnej pracy w terenie, dwa ugrupowania największe wpływy zyskały – Goplanie i Piastowie.

Siemomysł z Piastów większym dyplomatą był i to on w efekcie sukcesję zyskał. Ponieważ w Gieczu zbyt wilgotno mu było (narzekał na korzonki) to do Gniezna się przeniósł i zaczął go rozbudowywać. A aby swą dominację przypieczętować, poprosił o bratnią pomoc z Czech. Pomoc nadeszła, ale wiele lat później, kiedy to już syn Mieszko, tron z solidnego dębu sobie pobudował.

- No a resztę, to już każdy podręcznik historii uczy –wyklarował mi Zen.
- Wreszcie mam pełną świadomość skąd mój ród – z wdzięcznością zwróciłem się do Zena.
- No worries, mate- odparł dumny z siebie Zen.

Wasz Chris


Ilustracje do tekstu:

IMGP2776.JPG

Za niedzwiedzia robi spiący miś koala.

kormoran.JPG

Za orła robi kormoran

Tassie28a.jpg

Za puszczę wielkopolską robi puszcza tasmańska

« Dzienniki - wrzesień II - 2007 | Strona główna | Dzienniki - październik I - 2007 »