« Felieton - Co z tego zostało? | Strona główna | Dzienniki - wrzesień II - 2007 »

27 września 2007

Emigrancka wola - Felieton

„Dziwne to mieć i kochać ojczyznę, do której tylu właściwości niepodobna się przyzwyczaić – od klimatu począwszy, na psychice rodaków skończywszy. To doprawdy, w całym znaczeniu tego słowa miłość nieszczęśliwa”. MARIA DĄBROWSKA


- Jaruzelskiemu to się pomnik od nas należy – z entuzjazmem przekonywał mnie Zen, mój druh emigracyjnej doli od ponad dwudziestu czterech lat.
- A z jakież to racji? – zaoponowałem – czyś ty orientację polityczną ostatnio zmienił...
- Nie, to nie to. Chodzi mi o docenienie jego wkładu w ułatwienie naszej emigracji.
- ???
- Chyba nigdy nie było tak łatwo podjąć tę trudną bądź co bądź decyzję, jak za jego rządów. Człowiek nie miał praktycznie nic do stracenia. W ojczystym kraju znalazł się nagle na samym dnie i to w każdej dziedzinie życia. Tak materialnie jak i duchowo, stan wojenny wprowadził nas w szambo. Było beznadziejnie i wszystko człowiekowi obrzydło. Na co było liczyć... Tak łatwej decyzji nie miała ani emigracja przedwojenna, ze względu na trudność wymiany informacji w owych czasach, ani powojenna, bo ten łut nadziei,... że wszystko się jeszcze odwróci, ani nawet ta marcowa, bo dotyczyła ludzi pochodzenia żydowskiego.
- Masz rację, a poza tym niewiele czasu nam zostawało. Dziesiąta rocznica sławnej wypowiedzi Breżniewa zbliżała się nieubłaganie, a on w 1974 roku proroczo przewidywał: „...za 10 lat komunizm zwycięży na całym świecie”. Wypadało wiać jak najdalej i mieć nadzieję, że tam na końcu świata jednak nie zwycięży. Lub potraktować to, jak ten Czech który oznajmnił: „ja se ne boje, ja mam raka”. W naszym przypadku tylko ta pierwsza ewentualność wchodziła w grę – dodałem.
- Stąd nasz wybór, Australia. Daleko bo daleko, ale z optymizmem zaczynaliśmy życie od nowa.
- Rzucaliśmy wszystko, ten cały dotychczasowy marny dorobek, wierząc że taki standard już osiągamy, będąc na garnuszku komisarza do spraw uchodźców. A dochodził niesamowity bodziec: mamy realną szansę uczciwie i godnie spędzić resztę życia. Olbrzymi ładunek optymizmu niestety, nie wszystkich trzymał w ryzach. Wielu zaprzepaściło okazję na ułożenie sobie życia, popadli w alkoholizm i marazm, już na przystanku przejściowym. Generalnie jednak rodziny radziły sobie dobrze, choć to im było najciężej realizować plany emigracyjne - podsumowałem.
- My to byliśmy lucky – przechwalał się Zen – żadnych obowiązków, głównie przyjemności. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem feerię kolorów oświetlonego Sydney, pomyślałem: To Jest To. Tu można żyć!
- Tak, tylko i tu narastały problemy. Pierwsza sprawa, brak jakiegokolwiek ukierunkowania. Przyjazd z kraju gdzie c a ł e społeczeństwo pouczane było przez komentatora telewizyjnego, a sztampę czyli model postępowania wyznaczały: partia i kościół, w zależności od podziału lokalnych wpływów powodował że, człowiek nagle poczuł się zagubiony. Tu okazało się, że każdy ma inne zainteresowania, swój sposób bycia bez wzorców i recept na szczęście. Kościołów różnych wyznań jak w korcu maku. Premierów, czy to na szczeblu krajowym czy stanowych z rzadka można zobaczyć w telewizji, no i najgorsze... na żadnym kanale telewizyjnym nie było propagandy społeczno-politycznej.

* * *

Australijski krytyk Wark McKenzie powiedział: Nie mamy korzeni, mamy anteny, uwypuklając w ten sposób problem braku wartości kulturowych, tradycji narodowych w naszym społeczeństwie, z drugiej strony – wydatnym postępie cywilizacyjnym, który niestety sam w sobie jest niebezpieczny. Niesie za sobą ryzyko swobodnego latania w przestrzeni, lecz bez żadnej nawigacji. Do czego to może prowadzić?!

W przypadku krajów o krótkiej historii, jakim jest Australia, to jeszcze nie tragedia – uważam - bo wcześniej czy później trend na ukorzenienie przyjdzie. Gorzej z krajami z wielowiekową kulturą i tradycją, które w obecnych czasach podlegają gwałtownej erozji.

Patrząc zza wielkiej wody i z drugiej strony równika na polską rzeczywistość dnia dzisiejszego, wcale to nie nastraja nostalgicznie, co z jednej strony dobre, bo tylko utwierdza w wyborze decyzji, ale żal tych, którzy tam żyją a liczyli na poprawę i zmianę na lepsze. I to w wymiarze tak materialnym, jak i etycznym.

Często pada też pytanie: dlaczego nie Europa?
Europa przy wielu niewątpliwych zaletach ma obrzydliwy charakter bycia egoistyczną narodowościowo. Mimo tych demokratycznych ciągot, tam taki jak ja, to ciągle: etranger, auslander, extranjero, staniero czy foreigner. Tu, prawie co czwarty urodził się gdzieś w świecie.

Łatwe życie... czy istnieje łatwe życie? Czy Bill Gates, królowa angielska czy Wałęsa, że wybieram pierwszych z brzegu którym „się powodzi” mają łatwe życie? Czy w ogóle coś takiego istnieje? Tu raczej chodzi o możliwość ułożenia sobie życia według swojego schematu, własnych potrzeb. Ideału nigdzie nie ma, ale kraj w którym mieszkamy spełnia warunki do realizacji potrzeb obywateli. Człowiek ma ten komfort psychiczny, że poniżej poziomu socjalnego nigdy nie spadnie.

Daj Boże taki poziom w całym świecie, a podstawowe potrzeby człowieka zostaną zaspokojone. I oto tylko chodzi... Reszta należy do nas.
I wreszcie ojczyzna... Czy z odległości nie kocha się bardziej? A jeżeli ojczymia ziemia jest przyjazną, co więcej potrzeba...

Wasz Chris

IMGP2959.JPG

« Felieton - Co z tego zostało? | Strona główna | Dzienniki - wrzesień II - 2007 »