« Anomalie - Felieton | Strona główna | Cuda świata - Felieton »

15 lipca 2007

Dzienniki - lipiec II - 2007

15 lipca 2007 (niedziela)

W sobotę z samego rana wyprawiłem się na długą wycieczkę po wzgórzach koło Morialta.

Poszedłem wzdłuż potoku zaliczyłem 3 wodospady, a później skierowałem się pod najwyższą górkę w okolicy Mt. Lofty i spowrotem. Wraz z szumem wody unosiły się myśli i marzenia.

Przez parę kilometrów szedłem szlakiem turystycznym zwanym Heysen Trail, a ciągnie się on 1200 kilometrów. Są zapaleńcy którzy cały ten trakt zaliczają z dobytkiem turystycznym na plecach.
Mimo chłodu było miło i słonecznie. Po paru godzinach dokładnie w samo południe schodziłem ze wzgórz.
To się nazywa piękne rozpoczęcie dnia…

IMGP2771.JPG

17 lipca 2007 (wtorek)

Ciągle zimowo… Korzystając z Google- Earth zwiedzałem właśnie wulkany na Galapagos. Urzekają niesamowite kolory kraterów. Widać wyraźnie gdzie wylewała lawa. A po chwili już płynę nad Amazonką poskręcaną w misterne koronki i wzory. I tak wędruje z miejsca na miejsce…

Szykuje nam się następne wydarzenie artystyczne. Teatralną premierę pt. Sokrates przygotowuje od dłuższego czasu reżyser, ks.dr. Szablewski wraz ze swoim Teatrem Ottoway. Tak, tak – my tu mamy dwa teatry polonijne.
Premiera - 8 września, w tym samym miejscu gdzie występował Teatr Stary – Parks Community Centre o godz. 17.00
Będą 4 przedstawienia. A przygotowane są jak zwykle z wielkim rozmachem: aktorzy, chór “Cantores”, taniec grecki. Jest to dramat muzyczny Jerzego Zawieyskiego.
Ks. Szablewski jest znany od lat, z reżyserowania wręcz monumentalnych widowisk – jak na możliwosci amatorskie - o tematyce religijnej, patriotycznej, czy filozoficzno-etycznej jaka wspomniany „Sokrates”.
Jeszcze o tym wydarzeniu będę pisać.
A w międzyczasie czeka nas jeszcze jedno przedstawienie sztuki R. Latki „Zachciało się wam Kalwarii” teatru Starego w dniu 29 lipca o 15.00 w tym samym miejscu.


19 lipca 2007 (czwartek)

Dwóch znajomych ostatnio odeszło…
Polak i Australijczyk – obydwaj zaledwie weszli w półwiecze swego istnienia i już świeczki bytu zdmuchnięte. Obydwu znałem dość słabo, ale jeszcze za czasów kiedy miałem z nimi bliższy kontakt, nigdy by mi do głowy nie przyszło, że tak szybko skończą ziemską wędrówkę. Można powiedzieć, że odeszli na własne życzenie. W wieku uważanym przez wielu za czas do pełnego życia…
Bo właśnie wtedy zazwyczaj dzieci już są wychowane, wykształcone, domy spłacone i więcej czasu dla siebie. A więc okres korzystania z życia. Wypełnianie dotychczas niezrealizowanych marzeń i pomysłów. Co wiecej, pełna świadomość doznań wzmocniona zdobytym przez lata doświadczeniem. Znam paru, którzy twierdzą, że teraz dopiero życie ma smak… Wiele w tym prawdy. Niestety, nie wszystkim jest dana ta świadomość.


21 lipca 2007 (sobota)

Czytam opasły tom “Dzienników” Zofii Nałkowskiej. Jest to tom trzeci z lat 1918-1929. Nałkowska nie jest mistrzynią zapisów myśli, zdarzeń czy stanów ducha. Takie to postrzępione, pourywane, często bez ładu i składu… a do tego ile przypisów i objasnień. Praktycznie połowa tej książki to te dodatki. Gdzie jej tam do Dzienników Marii Dąbrowskiej. Wygląda na to, że Nałkowska traktowała te zapiski jako niewiele znaczącą chęć utrwalenia niektórych faktów, przynajmniej w pierwszych latach tego tomu.
Dużą zaletą tej książki jest sporo fotografii z tamtych czasów. Ciekawym jest - spostrzeżenia i wrażenia Nałkowskiej po dwudniowej wizycie Piłsudskiego w jej domu. Pisarka jest wyraźnie zawiedziona osobowością Naczelnika. Choć wychwala go “z urzędu”, widzi w nim człowieka zapatrzonego w swoje ego. Nie zauważającego wręcz innych wokół siebie. Zofia Nałkowska pisze z niesmakiem, że w ciągu tych dwu dni prawie nie zdarzyło mu się zainteresować tym co mówią wokół niego. On… i nic poza tym. Takim był człowiekiem… przynajmniej w czasie pierwszej wizyty w 1925 roku. Druga już była nieco lepsza.

IMGP2783.JPG

A dziś rano znów piesza wyprawa. Podjechałem rano autem w busz i europejski las. Połaziłem sobie w miejscach z pięknymi krajobrazami w tle a i parę rydzów znalazłem.
Jaki tu spokój, a jak pięknie. Urozmaicenie terenu i gama kolorów. Są tu także ciekawe okazy kamieni mieniących się w słońcu. Wyglądają jak bryłki drogocennych kruszców. Zawsze kiedy jestem w tych okolicach zabieram jakiś okaz na pamiątkę.


23 lipca 2007 (poniedziałek)

Od dłuższego czasu siedzę popołudniami i śledzę walkę w peletonie Tour de France. Kiedyś mi wystarczały półgodzinne reportaże z etapów. Teraz nagrywam nocne transmisje na żywo i oglądam po pracy… Pasjonujące to. Nie będę wspominał o kontrowersjach z “koksem” bo to niestety jest jednym z elementów tej gry, ale sama jazda w przepięknych plenerach i taktyka, walka z przeciwnościami losu - jest czymś wciągającym. A swoją drogą to jest wyścig francuski tylko z nazwy, bo kilka innych krajów też przy okazji zaliczają. I jeszcze jedna ciekawostka – tego wyścigu od 22 lat nie wygrał żaden Francuz.

25 lipca 2007 (środa)

Wiosna tuż, tuż… takiej pogody jak wczoraj czy dziś, już dawno nie było. Ciepłe noce, a w dzień 20 stopni i piękne słoneczne niebo.
Tak to lubię…
Miłe zaskoczenie… mimo, że nie obchodzę tu imienin (często nawet zdarzało mi się zapomnieć o tym dniu w ciagu 24 lat) to dziś otrzymałem kilka miłych życzeń. Dziękuję bardzo.

IMGP2339.JPG


27 lipca 2007 (piątek)

Czy ktoś wie o co chodzi w polskiej polityce ???
Tak, rozumię… jak nie wiadomo o co chodzi to najpewniej gra idzie o pieniądze. Czyli, za wszelką cenę utrzymanie stołków i wyrwanie przy tej okazji jak najwięcej korzyści do ostatniego dnia. I nie to dziwi – to przecież nic nowego, to takie zwykłe, ludzkie… Dziwi a wręcz drażni, że całą tę działalność podpiera się sloganami prawdziwego patriotyzmu, “dobrego katolicyzmu”, czy Bogiem. Tego już za wiele, gdy się słyszy: my jesteśmy prawie święci, czyli nam wolno wiele (mamy monopol na prawdę), a reszta to wrogowie jedynie słusznej drogi (do Boga). I jak na ironię robią to ludzie którzy z etyką w życiu codziennym są na bakier, nie wyłączając tzw. duchownych.
To jeszcze tylko w Polsce z krajów rozwiniętych takie numery przechodzą. W żadnym innym normalnym kraju taki Rydzyk, czy jemu podobni nie zbudowaliby takiego imperium. Imperium finansowego a co gorsza, imperium dusz. Co więcej – to nic innego, jak wielka narodowa sekta. Takiego rodzaju katolicyzmu nie ma nigdzie na świecie. No, ale jak ludziom z tym dobrze, to na siłę uszczęśliwiać ich nie można, muszą sami przejrzeć.
Przejrzeć, raczej nie przejrzą bo są przeświadczeni, że grupowo wprowadzani są do raju – i to jedynie słuszną drogą. Zejście z tej drogi stanowiłoby wielkie niebezpieczeństwo, bo wokół tylko czychają watahy diabłów i innych złych duchów które chcą ich zniszczyć. Czyli, jedno z podstawowych przykazań - miłość bliźniego, jest u nich ograniczana do współwyznawcy spod znaku RM – RESZTA TO SZATANY.

30 lipca 2007 (poniedziałek)

Lubię odwiedzać pana Zbyszka Zołoteńkiego. U niego zawsze wesoło. A on zawsze zajęty. Pisze, przepisuje, archiwuje i fotografuje. Ciągle aktywny a wiosenek już ma sporo. Dziewiędziesiąta czwarta już mu idzie. Ale w duszy ciągle młody. Energia do działania go rozpiera, humoru nigdy nie brakuje i za to go lubię najbardziej.
W sobotę znowu usiedliśmy przy kawie i piernikach. A i połaziłem po plaży – taki miły dzień….

Niedziela natomiast, kolejny dzień w teatrze. Znów siedziałem z książkami w przerwach w foyer. Porozmawiałem ze znajomymi. Załączam jedno zdjęcie - od lewej: Stan z Australink.pl, Dorota i ja.
FOYER.JPG

Pączki, kawa, uśmiechy i uprzejmości.
I uśmiałem się po raz kolejny na spektaklu Teatru Starego pt. Zachciało się wam Kalwarii. To już było 5 przedstawienie. Znów wróciłem z lekturami i filmami na DVD. Lubię takie dni.
Poniżej scena z przedstawienia.

IMGP2594.JPG

« Anomalie - Felieton | Strona główna | Cuda świata - Felieton »