« Dzienniki -lipiec I - 2007 | Strona główna | Dzienniki - lipiec II - 2007 »

12 lipca 2007

Anomalie - Felieton

No i mamy środek zimy...

Dla ludzi z innych części świata brzmi to raczej dziwnie. Zima w lipcu?!
Najkrótsze i najzimniejsze dni roku. Tak, i co więcej, właśnie teraz rozpoczyna się na dobre sezon narciarski w australijskich górach (w nowozelandzkich też).
Kto żyw (czytaj: lubi śnieg i narty), pędzi do Halls Gap, Thredbo czy Mt.Buller i szusuje po muldach i trasach zjazdowych.

Ja za śniegiem nie przepadam a jeszcze mniej za zimnem, więc wybrałem się w te strony w „bezpiecznym” sezonie letnim. No i w piękny styczniowy dzień, w samym środku australijskiego lata, właśnie w Halls Gap złapał mnie... śnieg.
W szortach i w tropikalnej koszulce w palmy, znalazłem się w żywiole zamieci śnieżnej. Nie wspomnę już, że natychmiast namierzyli mnie reporterzy telewizyjnej „dziewiątki” i później Zen śmiał się, że byłem „gwiazdą wieczoru w ogólnokrajowych mediach”. I jak tu można ufać aurze.

IMGP2394.JPG

Ergo mamy zimę.
Na ulicach rożnie – spotyka się ludzi otulonych szalikami i w kożuszkach, a obok paraduje panienka w japonkach i w ubranku jakby szła na słoneczną plażę. Obowiązkowo z brzuchem na wierzchu. I takie kontrasty spotyka się na każdym kroku. Dziwne to ale najważniejsze, że tak ci przesadnie opatuleni jak i prawie goli, dobrze się czują i nikt na nich nie zwraca uwagi.
Deszczu mamy sporo, ale czynniki rządowe twierdzą, że wciąż nie wystarczająco. To co, chcą potop na nas ściągnąć? Zresztą, mieszkańcy Newcastle i okolic wiedzą co to znaczy.

W Polsce z kolei – środek lata. Tam inaczej. Jakby po pozornym uspokojeniu się ludzie masowo zaczynają wyjeżdżać.
Liczbę emigrantów sezonowych szacuje się już sześciocyfrowo. Wyjeżdżają do pracy gdzie się da... Nawet do Portrugalii czy na Cypr, gdzie stawki płacy są zbliżone do polskich.
A ci co siedzą w kraju zachorowali na ustanawianie rekordów. Od dłuższego czasu zapanowała tam wręcz mania bicia rekordów Guinessa. Chyba w ten sposób chcą się pokazać swiatu po latach izolacji ideologicznej. Nie ma tygodnia aby nie bili jakiegoś rekordu. Główna siedziba Ksiegi Rekordów powinna się z Londynu przenieść do Warszawy.
W sumie, nie jest tak źle bo oddział polski już istnieje i mają pełne ręce roboty.
Szkoda że nie rejestrują rekordów w polityce, bo na tym polu Polska wysunęłaby się zdecydowanie na czoło.

Oczywiście lista jest długa i nie sposób wymienić wszystkich prób i przedsięwzięć w tym kierunku. Wiemy, że do Polaków należą rekordy w wyprodukowaniu najdłuższej deski, największego buta, a uczniowie w Strzegomiu pobili rekord w najdłuższej lekcji świata- była to maratońska lekcja polskiego, która trwała około 70 godzin. Przynajmniej ta będzie pożytkiem dla przyszłych humanistów.

Nie tak dawno – w majowy długi weekend na wrocławskim rynku bito (swój zresztą rekord sprzed roku) w ilości gitarzystów grających ten sam utwór. No i pobito – 1786 ludzi zagrało wspólnie Hey Joe - Jimi Hendrixa.

Miesiąc dni temu w Radomiu próbowano pobić rekord świata w ilości szachistów wspólnie rozgrywających partie szachowe. Rekord należał do Meksykanów którzy zgromadzili się w liczbie 14 tysięcy i ciągle należy, bo nie znalazło się tylu chętnych na partyjkę – przyszło zaledwie niecałe dziesięć tysięcy.

Jakby tego było mało w pięciu największych miastach Polski wymyślono – piknik z misiami?! Ludzie tłumnie przychodzili na spotkanie ze swymi pluszowymi przyjacielami. I też każde miasto miało chrapkę na rekord. Z tego co wiem, Poznań zarejestrował 6846 misiów i wygrał, wyprzedzajac Wrocław (3255 misiów) i Warszawę (2004).

Można by pomyśleć, że tam ludzie nie mają co robić. No bo weź i zgoń w jedno miejsce kilka tysięcy ludzi u nas! To musi być mecz: australijskiego footy, rugby czy krykieta. No może jakiś koncert gwiazdy rocka. Bez tego nie ma co marzyć aby dobrowolnie przyszli... o przepraszam – pokaz ogni sztucznych, szczególnie w Sydney gromadzi tłumy. Ciekawe, czy też są w księdze rekordów Guinessa? Chyba nie... masowe spotkania sylwestrowe organizowane są na całym świecie. To żaden wyczyn.

A póki co... aby do wiosny.


Wasz Chris
IMGP2374.JPG

« Dzienniki -lipiec I - 2007 | Strona główna | Dzienniki - lipiec II - 2007 »