« Zachciało się wam Kalwarii - Felieton | Strona główna | Symbole - Felieton »

15 czerwca 2007

Dzienniki - czerwiec II - 2007

15 czerwca 2007 (piątek)

Ten tydzień mija szybko. Tylko 4 dni pracy.

Dziś chłód o poranku – ledwie 2 stopnie. Widzę zabielone szronem trawniki i niektóre dachy domów. Wstaje dzień - niebo robi się nieskazitelnie błękitne, będzie pięknie.
A nad stawem, a szczególnie jeziorem w oddali, wiją się białe poduszki pary.
Taki niesamowity widok.

18 czerwca 2007 (poniedziałek)

Nic takiego się nie dzieje aby tu zanotować.
Teraz najkrótsze dni, płyną szybko. Ja siedzę przy swoich lekturach, swoich grach, swojej muzyce.
Dostałem informacje od wydawców miesięcznika Polskie Kulturalne Podziemie (www.pkpzin.com) że w lipcowym numerze ma się ukazać informacja o mnie.

IMGP2691.JPG

Odpisując jednej z czytelniczek zdałem sobie sprawę, że to już… cztery lata. Od czterech lat pisuję dzienniki poranne.
Muszę przyznać się, że tylko początek był w pełni otwarty, bo pisałem wtedy do szuflady. Parę miesięcy później kiedy wyszła propozycja ich publikacji w tym miejscu, już piszę trochę inaczej. Co nie znaczy, że piszę nie szczerze.


20 czerwca 2007 (środa)

Jestem trochę zaganiany – sporo zajęć w pracy. Żadna wena mnie nie gania, żaden przymus liryczny nie przyciska, choć mam nie najlepszy nastrój… a jednak to nie prawda, że lirycznie pisze się tylko w takich stanach ducha. Wszystko ma swoje limity…
A w domu czytam irlandzkich autorów. Ciaran Carson to poeta prawie sześćdziesięcioletni, a Glenn Patterson to powieściopisarz czterdziestoparoletni. Obydwaj tworzą po angielsku, a ten język to olbrzymi słownik synonimów, jak twierdzi jeden z nich.
Muszę przyznać, że interesująco piszą. Co ciekawe, wyczuwa się u nich piętno Joyce’a czy nawet nieco Beckett’a.
IMGP2334.JPG


22 czerwca 2007 (piątek)

Dziś dla rozweselenia opowiem – a właściwie przetłumaczę – amerykański kawał.

Mąż z żoną podróżowali po Stanach i późną nocą, już po północy, zmęczeni zajechali do hotelu. Po paru godzinach snu znów byli gotowi do drogi. Mąż poszedł uregulować rachunek.
Ku jego zaskoczeniu okazało sie, że ma do zapłacenia 350 dolarów.
Zdenerowowany zapytał recepcjonistę dlaczego tak drogo..
Ten odpowiedział spokojnie, że to hotel o wysokim standardzie i taka jest cena pokoju.

Nie przekonało podrożnego to wyjaśnienie i zażądał rozmowy z managerem.
Ten po wysłuchaniu pretensji mężczyzny stwierdził, że w hotelu znajduje się olbrzymi basen kąpielowy i centrum konferencyjne na wszelkie okazje z których mogli korzystać.

- Ale my tego nie używaliśmy – zaoponował podróżny.
- Cóż… one są do pańskiej dyspozycji… można było używać.

Dalej manager wyjaśnił, że mają tu przedstawienia z ktorych właśnie słynie ten hotel.

- Największe gwiazdy z Nowego Jorku, Hoolywood i Las Vegas tu występują – zachwalał manager.
- Ale my nie widzieliśmy żadnego przedstawienia – skarżył się przyjezdny.
- Cóż, one są, mogliście z tego skorzystać.

Manager wymieniał jeszcze parę atrakcji na które człowiek reagował w podobny sposób. Widać jednak, że powoli rezygnuje z dalszej konfrontacji, bo wyjął książeczkę bankową i wypisał czek.
Manager spojrzał na czek i zdziwiony powiedział:

- Ależ prosze pana, to czek tylko na $50.
- Tak, to prawda – odpowiedział spokojnie podróżny – bo 300 dolarów kosztował pana numerek z moją żoną.
- Ależ ja tego nie robiłem! – tłumaczył się zaskoczony manager.
- Cóż…przykro mi… ona tu była, trzeba było korzystać.


25 czerwca 2007 (poniedziałek)

Teraz na poranny marsz wychodzę jeszcze po ciemku, szczególnie gdy jest pochmurno tak jak dziś. Deszczów ciągle nie ma, choć są zapowiadane.

A w weekend połaziłem po okolicznych wzgórzach. Pogoda jak na tę porę roku wyśmienita. Szczególnie w sobotni poranek. Kiedy wszedłem w dolinę między wzgórkami zobaczyłem ciekawe zjawisko: na łące rozgościł się szron. Jakie to piękne… wymyślne faktury i kształty łąkowych roślin i traw, a w środku kępki kwitnących żonkili. Zadziwiające…
Niestety, nie miałem ze sobą aparatu. Natomiast w niedzielę, też byłem w tamtej okolicy, ale już nie było szronu…

Teraz jest okres kwitnienia azalii i kamelii. A są one tak piękne jak roże. Chyba nawet ciekawsze, no i nie mają kolców…
Właśnie w tej okolicy znalazłem miejsce gdzie krzaki kamelii rozrosły się do wielkości sporych drzew.

widok.JPG


27 czerwca 2007 (środa)

Dzień podobny do dnia, chociaż jak porównuje, to u nas ostatnio wcale nie gorzej w zimę, niż w Polsce w lato… temperatury i aura podobne.

Dziś znów lunch w restauracji bo odchodzi kolega z pracy. Ciekawa sprawa – młody, zdolny inżynier postanowił porzucić pracę i zacząć od nowa studia. Tym razem… medycynę. Nie chce być inżynierem, chce być lekarzem. Nie jest to codziennością, ale takie rzeczy się zdarzają.

Jeden księży w mojej australijskiej parafii, do trzydziestu paru lat życia też był inżynierem, metalurgiem, a później zaczął studia w seminarium i stał się księdzem. W ogóle z tego co obserwuję – większość tutejszych księży (których znam), decydowało sie na stan duchowny w wieku dojrzałym. Może stąd u nich taka naturalność w postępowaniu (znają życie) i konkretność w rozumowaniu codzienności. Bo co innego praktyka, a co innego teoria życia.

29 czerwca 2007 (piątek)

Okazuje się, że nasz teatr “Stary” zagra piąty raz sztukę pt. Zachciało się wam Kalwarii. Jest tak zwane zapotrzebowanie społeczne… I bardzo dobrze. A ja będę znów “książkował”. Odbędzie się to 29 lipca o 3 p.m.

Wczoraj natomiast, w centrum miasta miła uroczystość nadania obywatelstwa. W Głównym Hallu miejskim, czyli Magistracie w sali widowiskowej ponad 300 przyszłych obywateli przysięgało nowej ojczymiej ziemi. Przypomnała mi się moja uroczystość sprzed ponad 20 lat. Było bardzo podobnie. Z jedną zasadniczą różnicą – wtedy gros nowych obywateli to Wschodnioeuropejczycy z polską dominacją na wespół z Azjatami (głównie Wietnam), teraz – 95% to czarna Afryka i muzułmanie różnych nacji…

IMGP2711.JPG

A w ogóle wydaje mi się, że Australia, szczególnie Adelajda, w tym czasie niewiele się zmieniła. Miasto to wynowocześniało w końcu lat 70-tych i na początku 80-tych. Kiedy ja tu zawitałem było miło, nowocześnie, kolorowo – mówię o centrum. Sam koncept zagospodarowania terenów przybrzeżnych rzeki Torrens, kompleks budynków Festival Theatre czy Rundle Mall i innych - już wtedy błyszczały. A w tamtych czasach to było czymś niezwykłym, szczególnie kiedy się przyjeżdża z zaciemnionego kraju ogarniętego beznadziejnością i szarością stanu wojennego.

« Zachciało się wam Kalwarii - Felieton | Strona główna | Symbole - Felieton »