« Emigranci - Felieton | Strona główna | Zachciało się wam Kalwarii - Felieton »

1 czerwca 2007

Dzienniki - czerwiec I - 2007

1 czerwca 2007 (piątek)

Nadszedł pierwszy z dwóch zimowych miesięcy.

Teraz tylko można się spodziewać wiatrów, pluchy i krótkich dni. Co wcale nie znaczy, że aura nie zaskoczy nas mile, bywa… ale nie tak często.
U nas zbliża się koniec roku finansowego. Handel jak oszalały atakuje ze wszystkich stron potencjalnych nabywców zniżkami cen i wariacką reklamą.
Chcą jak najwięcej sprzedać – a każda okazja jest dobra.

A ja czytam…
Powróciłem do wierszy Leszka Lamenta z książki podsumowującej jego 30-letnią działalność na niwie literatury. Jest on także utalentowanym grafikiem, malarzem.
Książka pt. “Zapiski czarnoksiężnika” jest urozmaiconym zapisem stanu jego duszy na przestrzeni czasu. Jak sam pisze w utworze Cisza nad przepaścią:

“Poezja dla mnie jest jak woda na pustyni
gasi pragnienie i pomaga przetrwać.
Albowiem życie bez sztuki jest pustynią”

4 czerwca 2007 (poniedziałek)

Teatralny weekend. Obydwa dni spędzam w Parks Community Centre gdzie adelajdzki Teatr Stary daje przedstawienia. Tym razem sztuka Ryszarda Latki pt. Zachciało się wam Kalwarii.
Premiera w sobotę po południu była pełnym sukcesem. Niedziela – jeszcze lepiej!
Zgrabnie zrealizowana i przedstawiona z gagami co rusz wzbudzała śmiech na widowni. A ja oprócz oglądania, zajmowałem się też przed spektaklem i w antrakcie sprzedażą książek. Gros stoiska to stare książki z których dochód szedł na potrzeby teatru, ale sprzedawałem też swoje produkty – książki i płyty w wierszami.
IMGP2602.JPG

Za tydzień powtórka, bo aktorzy grają jeszcze dwa razy.
Miła atmosfera, specyficzna tylko dla teatru, i choć on “tylko” amatorski, to niejeden zawodowy nie powstydziłby się takiego poziomu przygotowania artystycznego.
A co najważniejsze, w tych ludziach widać entuzjazm do tego co robią, a zawodowcy na ogół szybko to wytracają.
Nie będę się rozpisywać bo przygotowuje osobny felieton na ten temat.


6 czerwca 2007 (środa)

Od pewnego czasu szaleję w sieci internetowej. Uskuteczniam najbardziej wymyślne podróże w przestrzeni. Pędzę gdzie mi się tylko zamarzy. Odwiedzam miejsca dobrze mi znane, jak i te w których nigdy wcześniej nie byłem. A to wszystko dzięki programowi www.earth.google.com
Praktycznie, można zobaczyć dowolne miejsce na ziemi. Różnica tylko taka, że niektóre sa tak dobrze zrobione, że ludzi na ulicy widać, a inne nie są zbyt ostre. To tak jakby zafundować sobie wycieczkę helikopterem.
A przy okazji znalazłem informację, że moje miasto ma 1,072,038 ludności, a ja mieszkam na wysokości 204 metry nad poziomem morza.
glenelg.JPG


8 czerwca 2007 (piątek)

Zaczyna się długi weekend. W poniedziałek urodziny królowej – dzień wolny od pracy. Rzadko czytam niepolskich autorów. Ostatnio panią Fallaci, a teraz opowiadania południowoafrykańskiej pisarki Nadine Gordimer oraz Anglika Malcolm’a Lowry.

Nadine Gordimer pisze typowo dla tamtej kultury. Pewnie taką typową znowu nie jest bo otrzymała za swe pisarstwo nagrodę Nobla. Porusza sprawy niedawno zniesionego apartheidu i problemy z tym związane. Nawiązuje do współczesnej sytuacji Republiki Południowej Afryki w kontekscie życia matki i córki.

Natomiast Malcolm Lowry to taki odpowiednik polskiego Hłaski. Obydwaj żyli krótko i w podobnych czasach – choć Lowry wcześniej. Obaj nie mogli sobie miejsca na świecie znaleźć. Lecz Lowry był mniej buntowniczy niż Hłasko, bardziej liryczny. Oprócz opowiadań pisał także poezje. Miło czyta się jego utwory choć nasączone są pewną dozą niezrównoważenia, ale sam autor cierpiał na chorobę psychiczną.


11 czerwca 2007 (poniedzialek)

“Dzisiaj jest jeden z tych piękniejszych dni... gdyby nie chłodny
wiaterek można by pomyśleć, że to letni dzień... przynajmniej w
Polsce..." – powtarzam te słowa raz już wypowiedziane.
Dzień wspomnień i słońca. Tęsknota za upragnionym ciepłem.
IMGP2147.JPG

Jakże miło znów spędziłem czas w teatrze. Sobotnie i niedzielne przedstawienie -ponownie siedziałem na widowni i w międzyczasie sprzedawałem książki. Ile miłych rozmów z dawno nie widzianymi znajomymi i osobami których do tej pory nie znałem. A i z ludźmi teatru (może powinienem powiedzieć … człowiekami teatru – używając języka z tekstu sztuki) miłe pogawędki i wspólne pamiątkowe zdjęcia.
teatr5.JPG

A do tego jeszcze moja biblioteczka powiększyła się o conajmniej 10 książek. Jedną z nich jest książka pana Srokowskiego pt. Duchy dzieciństwa. Autora z którym niedawno miałem przyjemność wymienić myśli i książki.


13 czerwca 2007 (środa)
Nie jest źle. Mimo chłodu pogoda nie daje się za bardzo we znaki. Jest na ogół słonecznie i bez wiatrów.
festiwal2.JPG

Sprawę teatru powoli dopinam do końca. Podsyłam zdjęcia zainteresowanym, a i ilustrowany felieton juz u wydawcy Expressu. Wszyscy zadowoleni, aktorzy i realizatorzy – że doceniono ich trud. Widzowie – bo mieli pyszną zabawę. Może nie wszyscy – bo niektórzy z tej najstarszej polonii, narzekali na język i tematykę tu przedstawioną. Ale dla nich literatura polska, zatrzymała się na etapie Pana Tadeusza i wierszy Marii Konopnickiej.
Jednym słowem, potrafią zaakceptować tylko teksty bogoojczyźniane.

« Emigranci - Felieton | Strona główna | Zachciało się wam Kalwarii - Felieton »